Kiedy byłem w gimnazjum, przeżywałem swoją wielką niespełnioną miłość. Niby oboje wiedzieliśmy co do siebie czujemy, wszyscy inni też wiedzieli, ale pewnego dnia nasze drogi po prostu się rozeszły. Byłem zwykłym gówniarzem i swoim dziecinnym zachowaniem wszystko zepsułem.
Pamiętam, że zawsze rozmawialiśmy na matmie. Na jednej lekcji, kiedy pani wyszła, zaczęliśmy wspominać poprzedni wieczór spędzony ze znajomymi, kiedy nagle powiedziałem:
- Jeśli do 20. roku życia nie będziemy nikogo mieć, to bierzemy ślub.
Zgodziła się. Ale - tak jak napisałem wcześniej - nasze drogi się rozeszły. Długo myślałem, jak odnowić kontakt, jak ją odzyskać, jednak znowu zabrakło odwagi.
W 20. urodziny nie miałem ochoty bawić się ze znajomymi. Siedziałem w domu, oglądając nasze wspólne zdjęcia, kiedy dostałem SMS-a. Złożyła mi życzenia i spytała pół żartem, czy nasza umowa wciąż aktualna...
I wiecie co? Piszę to wyznanie, bo dwa dni temu miałem urodziny. Świętowałem je z nią - moją najwspanialszą żoną na świecie.
Wiem, że to nie jest jakaś wspaniała historia, ale chciałam się nią podzielić.
Mieszkam w bloku, z okna mojego pokoju widać drugi blok od strony balkonów. Pewnego razu gdy patrzyłam przez okno zobaczyłam, że na balkon wyjeżdża chłopak w wieku 12 lat (ja mam 14), który jeździ na wózku inwalidzkim. Pomachał mi. Sytuacja kilka razy się powtórzyła.
Około dwa tygodnie temu zaczęliśmy grać sobie w papier, kamień, nożyce, a tydzień temu jak spojrzałam przez okno, chłopiec gdy tylko mnie zauważył pokazywał na palcach liczby. Po chwili zrozumiałam, że to numer telefonu i zadzwoniłam.
Od tygodnia codziennie o czymś gadamy. Pyta się, jak się czuję na e-lekcjach i takie tam. Dzisiaj powiedział mi, że wcześniej nie miał żadnych kolegów, bo wszyscy się z niego śmiali i że za każdym razem, jak mnie widzi przez okno i jak rozmawiamy, to poprawia mu się humor.
Fajnie jest być potrzebnym!
Kilka razy wyszłam z nim na spacer. Jest serio sympatyczny i ambitny i nie rozumiem, jak można się z kogoś śmiać przez niepełnosprawność.
Historia o tym, jak kilka lat temu nauczyłam się nie robić mężowi erotycznych niespodzianek.
Przed Bożym Narodzeniem mieliśmy piątą rocznicę ślubu. Chciałam to wyjątkowo uczcić, więc zakupiłam róże, szampana, świece i kilka akcesoriów w sklepie dla dorosłych. Kupiłam między innymi kostium rozwiązłej Mikołajki. Kusy fartuszek, stringi, biustonosz obszyty białym futerkiem z prześwitami w strategicznych miejscach. Do tego oczywiście czapka i pończochy.
Czekałam w tym stroju, aż mąż wróci z pracy. Ponieważ nigdy nie wiem ile mu zejdzie po drodze, to byłam gotowa dosyć wcześnie. Muszę dodać, że tego dnia rano schowałam mu klucze do domu, tak żeby musiał zapukać albo zadzwonić dzwonkiem. Więc czekam. Drugi kieliszek szampana już za mną, gdy słyszę dzwonek.
Wymyśliłam sobie, że otwierając drzwi obrócę się tak, aby pierwszym, co mój mąż zobaczy, były moje nagie pośladki. Piruet wyszedł znakomicie, stoję, klepiąc się zachęcająco po tyłku i czekam na jakąś reakcję mojego mężczyzny.
Ale słyszę chrząknięcie. Nie reaguję, bardzo weszłam w rolę, tylko trzęsę tyłkiem. Słyszę drugie chrząknięcie. Więc zerkam przez ramię i widzę nie mojego męża, tylko księdza proboszcza z Biblią pod pachą. Ksiądz w szoku, ja próbuję się czymkolwiek zasłonić, w końcu udaje mi się drzwiami.
- Chyba przyszedłem z kolędą nie w porę.
- Jakby ksiądz mógł wpaść później, to byłabym wdzięczna - i zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem.
Pełna wstydu i zażenowania straciłam ochotę na jakiekolwiek przebieranki. Ale rocznica to rocznica, wszystko przygotowane, więc show must go on. Szampan dla kurażu i dalej czekam na męża. Minęło trochę czasu, kolejny dzwonek. Teraz przezornie sprawdziłam w judaszu, czy za drzwiami stoi właściwy człowiek. Jest mąż, możemy zaczynać.
Więc od nowa, piruet, klepanie się w tyłek i czekam na reakcję. I słyszę:
- Co ty wyrabiasz? - więc oburzona, że nie docenił moich starań, odwracam się i widzę tego samego księdza schodzącego po schodach, który mówi:
- Pan się nie przejmuje, nie ma tu nic, czego bym wcześniej nie widział.
Tato ma hodowlę przepiórek, jako że pracuje od 11-19, to ja muszę się nimi zajmować. Jako że był termin wylęgania, to trzeba było schodzić co jakiś czas do inkubatora i wyciągać już wylęgnięte (kilkugodzinne - jednodniowe są wielkości 1,5 monety 5-złotowej) i przekładać je do klatki z "kwoką" (taka żarówka, która daje dużo ciepła), tam właśnie mają nakrętki od słoików z wodą i paszą. Przychodzę tam raz do nich, zaglądam do klatki, a w nakrętce z wodą leży topielec. Musiało to się stać chwilę przed moim wejściem - był jeszcze ciepły.
Wyciągnąłem go i pomyślałem, że jak w straży ratuje się ludzi, to czemu mam nie uratować pisklaka? OK, jak pomyślałem, tak zrobiłem. Zacząłem od masażu serduszka, gdzie mój mały palec u ręki był wielkości jego klatki piersiowej, bardzo delikatnie to robiłem, potem dwa wdechy ratownicze, i tak przez 2-3 min. Udało się, pisklak zaczął się ruszać. Schowałem go potem do inkubatora, by się ogrzał i przeschnął, i tam go zostawiłem, później wróciłem i przełożyłem go do klatki.
Po jakimś czasie znów do niego poszedłem, a "topielec" biegał, jakby nic się nie stało...
Wniosek? Trzeba ratować każde życie, bo każde jest tego warte, nawet to najmniejsze.
Ostatni mój związek zakończył się przez głupotę mojego ówczesnego chłopaka - Wojtka. W sumie to do dziś zastanawiam się, jak można być takim ciołkiem...
Umówiłam się z nim na randkę. Mieliśmy iść do kina. Kupiłam bilety i zarezerwowałam idealne miejsca. Godzinę przed spotkaniem zadzwonił i przejętym głosem oznajmił, że jego dziadek trafił do szpitala i że musi być z nim. Sama bardzo się tym zmartwiłam i nawet zaproponowałam, że jak trzeba by było w czymś pomóc, to można na mnie liczyć.
Aby odgonić od siebie złe myśli, postanowiłam pójść do kina sama. Szkoda by było, aby bilet się zmarnował. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że na seans przyszedł Wojtek w towarzystwie jakiejś przytulonej do niego dziewczyny. Nigdy nie uważałam go za jakiegoś wyjątkowego geniusza, ale na jego miejscu, umawiając się na "skok w bok" raczej starałabym się unikać miejsc, w których można spotkać swoją aktualną narzeczoną...
Mam 14 lat i jestem w ciąży. Osoby, które znają mnie z widzenia zawsze są w szoku, kiedy widzą czternastolatkę uczącą się w najlepszej szkole w mieście i to zawsze z świadectwem z paskiem, która nosi w sobie dziecko od ponad pół roku.
Często słyszę chamskie komentarze, coś typu "niby taka mądra, a się puściła", "trzeba było użyć gumek", "ja to bym w takim stanie z domu nie wyszła". Zawsze robi mi się bardzo przykro, kiedy słyszę takie słowa od ludzi. Jednak to, co stało się wczoraj zabolało mnie najbardziej.
Wsiadłam do tramwaju i oczywiście widzę wzrok wszystkich, patrzą się jak na dziwadło. Ku mojemu zdziwieniu w zatłoczonej jak zwykle komunikacji miejskiej pewien chłopak około 16-17 lat ustępuje mi miejsca i uśmiecha się do mnie. Wiadomo, zrobiło mi się bardzo miło, ale moja radość nie trwała długo.
Pewna czterdziestoparolatka wszczyna awanturę. Krzyczy do chłopaka "ty gówniarzu, starszej pani (chodziło jej o nią) nie zwolnisz siedzenia tylko jakiejś smarkatej dzi*ce?!? Oboje nie macie wstydu! Puściła się, to niech się męczy!". NIKT dorosły nie zareagował. Chłopak był w szoku, ale kiedy wstałam żeby ustąpić miejsca tej kobiecie kazał mi siedzieć. Podszedł do tej pani i z uśmiechem na twarzy odpowiedział "Szacunek. Radzę się tego nauczyć. Bo szanować trzeba wszystkich. A bezczelność to nic dobrego. Do widzenia." I wysiedliśmy na jednym przystanku.
Bardzo mu podziękowałam, a on mnie przytulił i wydusił, że każdy powinien się tak zachować i że życzy mi zdrowego maleństwa.
Mam 14 lat i ponad pół roku temu zostałam zgwałcona zachodząc w ciążę.
Jestem tzw. geniuszem. Całe moje życie, wszystkie moje badania nakierowane były na pewien dopiero powstający dział chemii. Rzecz naprawdę wielka, zakładając, że moje cele są w ogóle możliwe do osiągnięcia. Ogromny poziom komplikacji i głębia tematów, które trzeba opracować sprawiają, że często myślę, że nigdy nikomu nie uda się sformułować najważniejszych, fundamentalnych praw, rządzących reakcjami cząsteczek. Badania wymagają znajomości najbardziej zaawansowanej fizyki i matematyki, przy czym obie dziedziny nie są w stanie zapewnić odpowiednich narzędzi do analizy ogólnie pojętych reakcji. Praca wymaga ogromnej kreatywności i ciągłego skupienia, poszukując nowych praw, stosuje się mniej lub bardziej rozwiniętą metodę prób i błędów; wyprowadza się podstawy teorii, rozważa, bada głębsze implikacje, weryfikuje z rzeczywistością.
I tu pojawia się mój problem.
Kreatywność nawiedza mój umysł dopiero po alkoholu. Po kilku głębszych zaczynam wyczuwać prawdę, zaczynam dostrzegać zależności, zaczynam prawdziwie rozumieć badaną dziedzinę. Nie jest to pijackie bredzenie, na trzeźwo wyniki, które otrzymuję są bardzo sensowne, choć mniej przejrzyste niż po wódzie... I boję się... boję się, że zostanę alkoholikiem, boję się, że by osiągnąć swoje marzenia, będę musiał się stoczyć na samo dno. Że przez alkohol zostanę menelem czy ćpunem (inne używki również mocno mnie przyciągają). Najbardziej boję się, że pracując nad wymarzoną teorią upadnę, zanim zdążę ja wyprowadzić.Nie mam pomysłu co mógłbym zrobić, by uciec od marnego losu chlejusa.
Czerwiec kilka lat temu, lato. Najdłuższe wakacje w życiu. Młoda (prawie) 19-letnia K. postanawia autostopem objechać cała Skandynawię.
Norwegia, Vesteralen. Stoję sobie i łapię stopa. Podziwiam zapierające dech w piersiach widoki i cieszę się piękną, słoneczną pogodą. Droga niby turystyczna, ale samochodów coś brak. Tak czekam i czekam, aż nagle zatrzymuje się mój wybawca.
Pytam się po angielsku gdzie jedzie i odpowiada, że do Risoyhamn. Myślę sobie "świetnie!" i wsiadam do auta. No i zaczęły się schody. Pytam się coś po angielsku i koleś totalnie nie zna języka. Pyta się czy może mówię po niemiecku. No i teraz gafa z mojej strony - no coś tam umiem, ale jakoś zawsze stałam murem przeciwko germanizacji. No i tak postał oto taki dialog:
- Woher kommst du?
- Polen...
- O ku*wa! Polak!
No i tak, mój wybawca okazał się żyjącym na dalekiej północy Polakiem :D
Wiecie, jakie to niesamowite uczucie spotkać kogoś "swojego" będąc gdzieś totalnie nie wiadomo gdzie samemu hen hen daleko od domu?
Tak w ogóle to mówi się, że Polak Polakowi za granicą nie pomoże, a będąc miesiąc w ciągłej podróży stopem, przekonałam się, że nie każdy Polak jest tego przykładem. Każdy Polak, jakiego spotkałam w Norwegii pomógł mi i to ponad miarę. Dostawałam mnóstwo jedzenia, podpowiedzi, rad... nawet spałam u jednego w tirze! A gdy byłam już totalnie bez kasy, to pewni Polacy sami mi zaproponowali, że bez problemu mi trochę pieniędzy pożyczą - a gdy tylko wróciłam do domu, to oddałam im przelewem :) (zaufanie do nieznajomej lvl wow, a uratowali mi tym moje poślady).
Pozdrawiam serdecznie tych niesamowicie uprzejmych ludzi, którzy pomogli zagubionej w swoich marzeniach nastolatce i pokazali że Polak Polakowi nie zawsze wilkiem ;)
Nowy dom, nowa kuchnia, w której brakowało (a raczej nadal brakuje) tylko zmywarki. Z żoną upatrzyliśmy taką, która będzie nam pasowała do koloru reszty sprzętu kuchennego, wysokości blatu i będzie do zabudowy - z wystającym tylko frontem.
Dzisiaj w południe przychodzi do nas prezent od rodziców - nowa zmywarka, wolnostojąca. Wyprzedzili nasz zakup. Piękny gest, doceniamy, ale... nie pasuje kolorystycznie do reszty sprzętów, jest za niska i zbyt wąska - psuje cały układ mebli. W miejscu, w którym docelowo ma stać, nie sięga do linii płytek, odstaje od mebli.
Dzwonimy do rodziców, dziękujemy i prosimy, żeby źle nie odebrali naszego komentarza, ale "lepiej, żeby takie prezenty konsultować i warto zapytać, chociażby o wysokość szafek". Efekt? Obraza majestatu, chcą przyjechać i niewdzięcznikom zabrać zmywarkę do siebie.
Żona na mnie zła, że za mocno zareagowałem. Rodzice źli, że nie potrafiliśmy docenić gestu. Rozumiem ich uczucia, rozumiem, dlaczego mogą być źli czy smutni. Pytanie tylko, czy przyczyną takiego stanu jest to, ze nie "potrafimy docenić prezentu", czy to, że wystarczyło zapytać i zakup tak drogiego sprzętu okazałby się dużo bardziej udany i trafiony.
Pracuję w sklepie militarnym i na co dzień mamy do czynienia z ludźmi o "inteligencji psa" bądź "rycerzami ortalionu".
Pewnego dnia siedzimy przy komputerach przeglądając różne strony, bo na sklepie w tej chwili nikogo nie było, w pewnym momencie wpada chłopak z walizką w ręku i krzyczy na cały sklep "Mam tu bombę i zaraz ją tu wypier#%*lę" (dosłownie).
Na co my nieprzejęci zdarzeniem spojrzeliśmy na siebie i kolega odpowiada znudzonym głosem "Łeb se rozpie#%ol, debilu".
Pacjent nie wiedział, co zrobić, bo chyba nie takiej odpowiedzi oczekiwał i zdezorientowany wyszedł.
Dodaj anonimowe wyznanie