#epUsU
Kiedy byłam mała, moja mama drugi raz wyszła za mąż. Wybranek mojej mamy miał dwójkę młodszych braci, gdzie każdy z nich miał dzieci. Czyli, podsumowując, prócz mnie dziadkowie mieli czwórkę wnucząt, którzy byli "ich". Wiadomo, krew z krwi.
Ja byłam jedyną wnuczką, która nie miała żadnego pokrewieństwa z dziadkami. Po prostu byłam córką żony ojczyma.
Historia, o której chcę wspomnieć, dotyczy mojego dziadka.
Był to surowy mężczyzna, który swoich synów wychowywał ciężką ręką. Utrzymywał dyscyplinę, a oni nawet nie mieli śmiałości się buntować.
Paradoksalnie, uwielbiałam go. Był to jedyny dziadek, do którego zwracałam się "dziadku", a nie "proszę pana".
Dla mnie zawsze był miły, nigdy nie uniósł na mnie głosu. Robił mi każdego ranka zupy mleczne zwane zacierkami i pozwalał jeść z lekko ułamanej łyżki, którą - jak opowiadał - nadgryzł niedźwiedź. Ja i kuzyni walczyliśmy o nią, bo kryła się za tym wspaniała historia. Jednak to mnie zawsze przypadał ten zaszczyt i czułam się z tego powodu dumna.
Zawsze spędzałam z dziadkiem czas na działce. On zajmował się roślinkami, a ja leżałam na kocu i czytałam, bawiłam się z kotami czy tworzyłam ślimacze królestwo.
Historia, o której chcę wspomnieć, miała miejsce właśnie podczas jednego z takich dni. Zbliżał się koniec wakacji, więc ciążyła mi na sercu wizja tego, że muszę się pożegnać z dziadkami i zobaczę ich dopiero za rok, w kolejne wakacje. Starałam się o tym nie myśleć, tylko skupiać się na tym co było teraz.
Spojrzałam na dziadka, chcąc go o coś poprosić, a on stał na środku działki i patrzył w górę.
- Zobacz, bociany. To oznacza, że zaraz będziesz szła do szkoły.
Wstałam, by być "bliżej nieba" i spojrzałam tam gdzie dziadek. Faktycznie, zobaczyłam kilka bocianów, które krążyły nad nami. Było mi smutno, więc burknęłam tylko pod nosem, że do szkoły wcale iść nie chcę.
Gdy położyłam się znowu na kocu, zobaczyłam przed sobą porcelanową figurkę. Chłopczyka i dziewczynę, którzy dawali sobie całusa. Biało-niebieską, w holenderskim stylu.
Dziadek nigdy nie chciał się przyznać, że to prezent od niego. Choć ja w głębi serca znałam prawdę.
Niestety rok później dziadek zmarł na raka.
Figurkę trzymam na półce od przeszło 15 lat, wygląda dokładnie tak samo jak tego dnia, kiedy ją dostałam. Jest moim najcenniejszym skarbem.
Po latach dowiedziałam się, że jestem także jedyną z wnucząt, która posiada jakąkolwiek pamiątkę po nim. Jestem jedyną, której dał jakikolwiek prezent przed jego śmiercią, bym nigdy o nim nie zapomniała.
I pamiętam, cały czas pamiętam. Raz w roku opłakując śmierć mężczyzny, który zaakceptował mnie w swojej rodzinie. Siedząc przy biurku, z ustawioną obok figurką całującej się pary.
Ale nie sądzisz że takie wyróżnianie ciebie zarówno w dobra jak i zła stronę jest czyms złym
Nie, to nie jest zle.
Potrzebowała wsparcia i akceptacji bardziej od innych...
A ja nie rozumiem jednej rzeczy - widywania się z dziadkami wyłącznie raz do roku. Ok, fajnie, rozumiem że dziecko się wysyła do dziadków na wieś na wakacje. Ale co stoi na przeszkodzie, by spotkać się z nimi w któryś weekend?
Nie wiemy jak daleko od siebie mieszkali, teoretycznie dziadek mógł być w Polsce, a autorka z rodzicami w Australii (albo odwrotnie).
No nie wiem, moze dlatego, ze czasem nie chce sie jechac 600km w te i z powrotem? Juz widze siebie i rodziców, jadacych przez pol Polski, co weekend do dziadków, zeby mi bylo miło :/
Fakt, mogli mieszkać w dużej odległości od siebie. Ja nie mówię, że co weekend, ale dla dziecka widywanie tak stosunkowo bliskiej rodziny raz do roku, to jednak w moim odczuciu spore wyzwanie. Z własnego doświadczenia - mam ciotkę (siostrę mojej mamy), którą od dziecka widywałam raz do roku - w grudniu, na święta. I mimo wszelkich chęci, to zawsze była, jest i pewnie nadal będzie niemal obca osoba; z którą wprawdzie nie skaczemy sobie do gardeł, ale też nie mamy tematów do rozmowy. W dzieciństwie wigilie z jej obecnością były dla mnie niekomfortowe, bo nie do końca wiedziałam, jak mam się zachować. Teraz po prostu odbębniam. Ominęły mnie również te wszystkie "magiczne chwile" opowiadane przez znajomych, o wujostwie, które często odwiedzało lub zapraszało do siebie, rozpieszczało, no po prostu uczestniczyło w życiu rodzinnym.
Łatwo oceniać. Moje dziecko widzi rodzinę raz w roku. Nie dlatego, że mieszkamy koszmarnie daleko, ale dlatego, że moje dziecko ma szkołę, z której nie można tak sobie dziecka zabrać (za to są mandaty, bywa że i nadzór). Samolotów nie ma tak, by pojechać na weekend, ale nawet jeśli mielibyśmy taką możliwość, w weekend nie obejdziemy wszystkich, którzy tęsknią (duża rodzina), poza tym to drogie i po prostu męczące. Też mamy swoje zobowiązania w pracy. Jedziemy raz w roku na kilkanaście dni i wtedy widzimy się z każdym (moje dziecko jeszcze nie jest gotowe na to, by zostać bez nas w wakacje np). Jeśli ktoś chce nas odwiedzić, zawsze jest mile widziany, często mamy gości z Polski, ale sami jeździmy raz w roku. Teraz przez pandemię nie byliśmy już półtora i nie wiem, kiedy będziemy mogli polecieć. Nie stać nas na kwarantanny. Tęsknimyy, ale takie jest życie, taka jest dorosłość. Dobrze nam tu, gdzie żyjemy.
Fajny dziadzio, całe życie lał własne dzieci i był gnojem ale zdobył się aby jednej wnuczce dać figurkę. Prawdziwy anioł jak JP2. Może go też beatyfikują.
Dyscyplina nie musi oznaczać przemocy, lol
oczywiście , że nie. Ciężka ręka dziadziusia oznaczała tylko, że nosił grube rękawiczki. Napewno, jak wielu debili z tamtego pokolenia wyznawał metodę pasa, no bo to dobrze robi dzieciom a i o babcie pewnie dbał, żeby jej wątroba nie gniła.
Nie ma ŻADNEJ wzmianki o tym w tekście, dlaczego wyciągasz wnioski z dupy?
"Był to surowy mężczyzna, który swoich synów wychowywał ciężką ręką. Utrzymywał dyscyplinę, a oni nawet nie mieli śmiałości się buntować." - to było na 100 procent o łągodnych metodach wychowawczych. Czytaj całość na drugi raz to nie będziesz zadawać pytań z dupy.
Czyli byłaś jedyną wnuczką. Może miał surowego ojca i nie umiał okazywać czułości chłopcom i stąd tylko z dziewczynką udało mu się zbudować relację.
Wspaniałą historia
Smutna historia.