#80hTK

Nie wiem czy ktoś pamięta jeszcze moje wyznanie JpXS9. Jeśli tak i jest ciekawy jak sprawy się potoczyły to zapraszam do przeczytania poniżej.

Uzgodniliśmy z mężem wyjazd do Niemiec. Przed wyjazdem miał pogadankę ze swoją matką. Powiedział jej, że rozmowa raz w tygodniu wystarczy. W miarę się tego trzymał więc tragedii nie było. Gorzej zaczęło się robić jak urodził się nasz syn. Znowu codziennie do niego pisała, a on większość z wiadomości ignorował. Więc zaczęła żądać codziennych zdjęć małego. Zmieniła obiekt zainteresowania. Teraz zamiast zdjęcia mojego męża na swoim Whatsapp'ie ma zdjęcie mojego syna...

A teraz najlepsza rzecz. Gdy pojechaliśmy do kraju to oczywiście "mamusia" musiała nas odwiedzić. Jak tylko przyjechała zaczęła awanturę, że ona wie, że to przeze mnie już tyle nie piszą itp. Wiecie co mój mąż jej powiedział? Że to nie jego problem, że ona nie potrafi zaakceptować tego, że jest dorosły. Że ma teraz swoją rodzinę, żonę i dziecko i ona nie będzie na pierwszym miejscu. Odpowiedziała, że w takim razie więcej jej nie zobaczymy. Mam od niej bloka na fejsie ale od prawie 4 miesięcy mamy spokój. Ani wiadomości ani telefonu. Mąż mówi, że sama tak wybrała.

Ze swojej strony dodam, że jednak nie każdy maminsynek jest stracony. A my od ponad 3 miesięcy jesteśmy w końcu szczęśliwi.

#Bvrfn

W przedszkolu, jak to większość małych dziewczynek, miałam swoją wielką miłość, miał na imię Szymon. Często się razem bawiliśmy, przytulaliśmy, chodziliśmy za rączkę, do tego "zakazane pocałunki w policzek" pod stołami, pożyczanie kredek, skończyło się na wzięciu "ślubu" w ogródku pod takim dużym drzewem, w czym brało udział prawie całe przedszkole, łącznie z przedszkolanką pełniącą rolę księdza :') Niestety, potem poszliśmy do szkół i zapomniałam jego nazwiska, pamiętałam jedynie imię.

Ostatnio sobie przypomniałam o mojej przedszkolnej miłości i powiedziałam o nim mężowi, który - tak się złożyło - ma na imię Szymon. Wtedy zaczął się śmiać i opowiadać o swojej przedszkolnej ukochanej Patrycji (ja mam tak na imię). Śmiejąc się z tego zbiegu okoliczności spytałam go, do jakiego przedszkola chodził.
Okazało się, że mój Szymon i Szymon z przedszkola to jedna i ta sama osoba!

#tXnFo

Na anonimowych czytałem kilka historii o kobietach, których partnerzy są dżentelmenami - oddają swoją kurtkę, kiedy jest zimno, przynoszą koc, myją się w zimnej wodzie, żeby partnerka miała możliwość wymycia się w ciepłej, przepuszczają w drzwiach czy przygotują kolację, kiedy zmęczona partnerka wróci do domu po pracy. Dla mnie to w sumie oczywiste - facet musi dbać o swoją kobietę, opiekować się nią itp., w ten sposób pokazując, że jego kobieta jest dla niego najważniejsza.

Obecnie jestem w związku z wspaniałą kobietą. Wcześniej miałem kilka poważnych związków, ale to nieistotne. Chodzi właśnie o bycie dżentelmenem. Gdzie i czy jest granica między byciem dżentelmenem a byciem "cipą", "piz*ą" czy "pod pantoflem"? Kilka razy spotkałem się z opiniami moich znajomych o mnie, że jestem właśnie cipą, bo moja dziewczyna nie umie gotować, sprzątać, prać czy prasować i wg nich ja to wszystko za nią robię. Otóż nie, nie robię. Sam jestem w tym słaby, ale wspólnie sobie radzimy. Czasem dowiozę jej jedzenie do domu (nie mieszkamy razem), bo widzę, że sprawia jej to radość. Kiedy przeskrobałem coś, będąc w stanie upojenia alkoholowego, na drugi dzień kupowałem kwiaty albo jakiś słodycze i przepraszałem ją za moje zachowanie. Nie rozumiem co w tym złego. Czy okazywanie szacunku swojej kobiecie, dogadzanie jej, przyznanie się do błędu/winy, to jest bycie pi*dą lub pantoflarzem?

Ja czuję się świetnie, kiedy sprawiam radość swojej kobiecie. Widzę jej szczery uśmiech. To naprawdę wspaniałe uczucie. Współczuję ludziom, którzy tego nie potrafią.

#czMSI

Jakiś czas temu przeprowadziłem się do własnego mieszkania. Moja mama, rasowa pedantka, z wielkim zaangażowaniem zabrała się za pomoc w sprzątaniu mojego rodzinnego gniazdka. Nie żebym ją o to prosił, no ale cóż począć – przecież jej nie zabronię. Zostawiłem parę moich gratów do zabrania w weekend. Wśród nich były oryginalne, japońskie komiksy „Dragon Ball” w swojej pierwotnej, czarno-białej jeszcze, wersji! Ta niewielka, zapakowana w foliowe woreczki kolekcja warta jest kilkanaście tysięcy złotych. Planowałem wystawić ją na eBayu i zainwestować zarobione pieniądze w remont mieszkania.
Kiedy przyszedłem po resztę rzeczy, okazało się, że komiksów nie ma. Zapytałem mamę, czy ich nie widziała. „Mówisz o tych książeczkach dla dzieci? Oddałam je do świetlicy środowiskowej, żeby maluszki miały z tego jakiś pożytek… Tyle lat miałeś je w domu, a nawet nie zacząłeś tego kolorować” - odparła moja mama.
No i co teraz zrobić? Mam iść do świetlicy i zabierać jakimś biednym dzieciakom moją drogocenną, pewnie już „pokolorowaną” kolekcję?

#jURYk

4 lata temu, jakieś 4 miesiące przed studniówką, szedłem do swojej szkoły jak zawsze rano i chcąc nie chcąc, podsłuchałem rozmowę dwóch dziewczyn idących za mną.
Jedna z nich żaliła się, że chciałaby iść na studniówkę, ale nie ma z kim i wszyscy będą się śmiać. Jaki miałby być powód wyśmiewania - zapytacie. Otóż okazało się, że dziewczyna ma lekki zespół Downa, co odznaczyło się na jej rysach twarzy i budowie ciała. Coś mnie tknęło i postanowiłem, że ja będę tym szczęściarzem, który ją zaprosi (nie chcąc się chwalić, byłem jednym z tych popularniejszych w szkole i dużo osób wyśmiewało moją decyzję).
Dziewczyna długo nie chciała się zgodzić ale w końcu uległa i... to była najlepsza decyzja w moim życiu. Okazało się, że dziewczyna po pokonaniu nieśmiałości wobec mnie, stała się wspaniałą tancerką, interesującą towarzyszką rozmowy i niesamowicie ciekawą osobowością, a mimo że nie wyglądała jak milion dolców, to jej optymizm i poczucie humoru sprawiło, że była piękniejsza od niejednej dziewczyny na tej studniówce.
Nie, nie jesteśmy do dzisiaj razem, ale ciągle się przyjaźnimy, a M. bije na głowę co drugą moją koleżankę z liceum, które nie miały nic do zaoferowania oprócz ładnej buzi.
Dlaczego to piszę? Nie żeby się chwalić swoją dobrodusznością czy czymkolwiek w ten deseń, ale żeby zwrócić uwagę, że choroba nie zabija człowieka i jego zainteresowań, a zwłaszcza nastolatki powinny uważać na swoje "hejty", które naprawdę mogą zranić drugą osobę. Dostrzegajmy piękno nieidealnych rzeczy, czasami warto.

#bVdk9

Historia, którą opowiedział mi tata.

Tata miał pewną koleżankę (nazwijmy ją Ania). A więc Ania miała znajomą, która mieszkała w Stanach (nazwijmy ją Kasia). Były to czasy PRL-u, więc Ania bardzo się ucieszyła, gdy dostała paczkę od Kasi z masą prezentów - słodyczami, mydełkami, napojami, ubraniami itd.
I właśnie wśród tych wszystkich rzeczy była pewna tubka, a że Ania nic po angielsku nie rozumiała, musiała sama odkryć co to jest. Otworzyła, powąchała - zapach bardzo ładny, truskawkowy. Dała trochę na palec - kolor taki jak zapach, konsystencja gęsta, jak polewa do ciast. Polizała... i okazało się strasznie smaczne! Wniosek? Lukier do ciasta!

Kilka dni później Ania zaprosiła koleżanki, żeby pochwalić im się co dostała. Na tę specjalną okazję upiekła ciasto właśnie z wyżej wspomnianym lukrem. Przyjaciółki wychwalały i zachwycały się niesamowicie, szczególnie pyszną polewą. Jakoś tak wyszło, że zjadły całą tubkę, a potem się pożegnały.

Kilka tygodni później przyjechała Kasia. Oczywiście opowiadała o Ameryce, ludziach itp. W końcu zapytała się, czy Ani spodobały się prezenty. No oczywiście, że się spodobały, a jakżeby inaczej? A potem Kasia zadała bardzo ważne pytanie:
- A spodobał ci się ten żel truskawkowy do higieny intymnej?

#097jd

Moja mama miała dziecko. Niechciane. Niekochane. Oddała je do adopcji ponad 30 lat temu. Nie, to nie byłem ja. To była moja siostra.

Pewnego dnia po śmierci mojej mamy znalazłem w jej papierach zdjęcie z noworodkiem. Mama na zdjęciu wyglądała bardzo smutno. Na zdjęciu nie byłem ja, ja nie mam czarnej skóry i czarnych włosów. Ja mam skórę bladą jak śnieg i rude włosy po mamie, a mój tato jest blondynem. Poszedłem do babci zapytać się o to dziecko. Babcia niechętnie stwierdziła "To mamy córka". Jak to? Mama miała córkę? "Tak. Jakiś człowiek zrobił jej wielką krzywdę lata temu. Ale nie szukaj, nie dopytuj, zostaw to tak jak jest. Jakby chciała, to sama by was znalazła".

I teraz nie wiem, czy szukać mojej siostry, czy nie szukać. Może wy mi podpowiecie co mam w takim wypadku robić, bo jestem naprawdę skonsternowany.

#Oxao9

Wiem, że zostanę za to zlinczowany ale trudno.

Kiedy chodziłem jeszcze do szkoły średniej, była z nami też taka dziewczyna.
Jeździła na wózku, ale nic nie miała oprócz tego (sama nam mówiła, żadnych innych chorób oprócz związanych z nogami).
Była strasznie wścibska, obgadywała każdego za jego plecami (co szybko wyszło bo nie wiedziała kto z kim się przyjaźni), oczywiście potem fakt, że nikt jej nie lubi, zrzuciła na to, że jest na wózku (nie wspomnę, że nawet inny chłopak ze szkoły, fajny, na wózku, nie chciał z nią gadać).

Dziewczyna dostawała 2 razy łatwiejsze sprawdziany. Skąd to wiemy? Bo ktoś zauważył podczas sprawdzianu, że ma inne zadania niż my (które potem sprawdziliśmy). Nie wspomnę o tym, że podczas sprawdzianów mogła ściągać jawnie.

U mnie w szkole funkcjonował system, że jak masz więcej niż jedną jedynkę z sprawdzianu to nauczyciel MOŻE ale nie musi cie udupić.

Kolega: 1.4.1.5 - zagrożenie (sprawdziany wszystko).

Koleżanka: 1.1.1.2 - 2

Więcej? Proszę bardzo:
Potrafi sobie wyjechać na wakacje w środku roku szkolnego, oczywiście wszystko zaliczone, obecności też (tutaj sprawa przed pandemią).

Mówili, że szkoła średnia będzie inna, a widzę, że było jak w gimnazjum: byle przepchnąć.
Dodaj anonimowe wyznanie