#FBCbn

Kupiłam sobie mieszkanie. Wymagało ono remontu, więc mój tata, nie chcąc nawet słyszeć, abym wynajęła ekipę fachowców, sam zakasał rękawy i doprowadził moją uroczą kawalerkę do idealnego stanu. Wymienił mi nawet drzwi wejściowe.

Kiedy przyjechałam zobaczyć efekt jego pracy, byłam wniebowzięta. Uściskałam tatę z całych sił i powiedziałam, że jest najlepszym ojcem na świecie. Wychodząc, tatko pokazał mi klucze do drzwi. „Zobacz” - powiedział naciskając jeden z trzech guziczków na breloczku. - „Jak naciśniesz czerwony guziczek to zapali się białe światełko”. I faktycznie, zapaliła się mała dioda schowana w plastikowej obudowie breloka. „A jak naciśniesz ten żółty guziczek, to zapali się czerwone światełko”. Klik! Zapaliło się czerwone światełko. „A tu jest jeszcze ten niebieski guziczek. Jak go naciśniesz, to… A zresztą – sama zobaczysz. Muszę lecieć, pa!” - rzekł i wręczył mi klucze.

Kiedy drzwi zamknęły się, moja wrodzona ciekawość kazała mi czym prędzej sprawdzić, jaka jest ostatnia funkcja breloczka. Nacisnęłam więc niebieski guziczek i… kopnął mnie prąd. Wrzasnęłam przerażona, a z dołu, gdzieś dwa piętra niżej, rozległo się stłumione „Hue, hue, hue...” mojego ojca.

Chwilami mam wrażenie, że nawet najbardziej leciwy i poważny facet w środku jest głupawym dzieciakiem.

#GKHfA

Mam kolegę (P), z którym się znamy od pierwszej klasy podstawówki. Wiem, że jako mały szczyl był mną zauroczony, nawet wręczył mi walentynkę, co w tym wieku było bardzo znaczące. Jednak ja miałam w głowie pewnego wysokiego blondyna, a mój kolega przeniósł swoje młodzieńcze zauroczenie na moją najlepszą przyjaciółkę.

Tak wyglądała sytuacja do czasu ostatniej klasy gimnazjum, kiedy poczułam, że się zadurzyłam. Zgadza się, w owym koledze. Jednak nie miałam odwagi mu tego wyznać i tak minął sobie rok, ukończyliśmy gimnazjum, wakacje się skończyły, a my poszliśmy do różnych liceów. Nasz kontakt osłabł, mi przeszło, znalazłam świetnego chłopaka. Wkrótce jednak zaczął się rok osiemnastek, dużo imprez, na których relacje z moim kolegą się odnowiły. Staliśmy się bliskimi przyjaciółmi. Wtedy zaprosił mnie na wesele, nie miał z kim iść, a że był świetnym tancerzem, zgodziłam się. Bawiliśmy się świetnie, dużo tańczyliśmy i piliśmy. Pod koniec wesela wyszliśmy się przejść. Wtedy powiedział, że jestem dla niego bardzo ważna i próbował mnie pocałować, jednak odsunęłam się od niego.

Na drugi dzień, gdy z nim rozmawiałam, nie pamiętał tego, a ja nie chciałam mu przypominać, byłam w szczęśliwym związku. Nie chciałam go psuć. Ale nie mogłam przestać o tym myśleć. Cały czas rozważałam co by było, gdybym pozwoliła się pocałować. Czy teraz bylibyśmy razem? Taki scenariusz coraz bardziej mi się podobał.

Mój związek zaczął się psuć, aż w końcu po trzech miesiącach od wesela rozstaliśmy się. Postanowiłam się w końcu się spotkać z P (tak się złożyło, że nie mieliśmy kontaktu około miesiąca) i powiedzieć mu co czuję. Gdy się zobaczyliśmy z P, okazało się, że znalazł dziewczynę. Sam się nie spodziewał, że znajdzie kogoś, na kim tak szybko zacznie mu zależeć.
Kiedy powiedziałam mu, że jestem znowu wolna, zrobił dziwną minę i powiedział, że kiedyś przyjdzie na nas czas... Postanowiłam poczekać. Od tego czasu minęły dwa lata. Zgadnijcie, kto wczoraj przejechał prawie pół Polski, żeby mi coś wyznać?

#V9jcL

Sytuacja sprzed godziny.
Pojechałem do marketu po rzeczy na jutrzejszy obiad. Na kartce mam zapisane "pierś z kurczaka lub pierś z indyka". I, teraz, kojarzycie te januszowe żarty pt. "Interesują mnie piersi?". Ekspedientki najwyraźniej też. I mają także poczucie humoru i potrafią zaskoczyć.

Podchodzę do lady mięsnej. Rozglądam się za towarem kilka chwil. Miła i młoda (i ładna!) dziewczyna zagaja:
- Co podać?
- Rozglądam się za piersiami, ale nie widzę...
- Bo mam małe...

Ani o milimetr nie podniosłem oczu, aby ocenić.

#fsLBt

Zacznę od tego, że już na początku liceum pokłóciłam się z chłopakiem z mojej klasy. Nie poszło o nic ważnego, ale do końca liceum ograniczaliśmy swoje rozmowy tylko do zdawkowego "cześć".
Potem złożyłam papiery na studia w mieście, gdzie miałam mieszkanie dla dwóch osób. Jednak moja przyjaciółka w ostatniej chwili mnie wystawiła, by mieszkać ze swoim chłopakiem, a ja zostałam z jednym wolnym pokojem.
I w tym czasie dowiedziałam się, że ten kolega szuka pokoju, bo też zamierzał studiować w tym mieście. Powiedziałam mu, że mam wolne miejsce u siebie, a ten się zgodził i zamieszkaliśmy razem. Od razu ustaliliśmy, że nie będziemy nawzajem wchodzić sobie w drogę, a nasze relacje będą ograniczały się do opłat za rachunki, jedzenie itp.

Mieszkaliśmy tak dobre dwa lata i nic specjalnego się nie działo. Aż pewnej nocy brałam prysznic i wychodząc, poślizgnęłam się na mokrych kafelkach i uderzyłam plecami o kant prysznica...
Zemdlałam, a gdy się ocknęłam, byłam ubrana, na plecach miałam na szybko przygotowany opatrunek, a współlokator wiózł mnie do szpitala. Leżałam tam kilka dni z założonymi szwami i pulsującym bólem pleców.

Gdy wróciłam do domu... zaczął się mną zajmować. Pilnował, bym leżała na brzuchu, zmieniał mi opatrunki, robił herbatę i przygotowywał posiłki... A najdziwniejsze jest to, że nawet go o to nie prosiłam. Wzruszała mnie jego troskliwa opieka, a także poświęcenie, bo większość czasu spędzał ze mną, a nie ucząc się.
Trochę to trwało, ale w końcu wyzdrowiałam, a zaledwie tydzień po wyjściu z łóżka  zaprosił mnie na randkę.

Od tamtego czasu jesteśmy razem i teraz planujemy ślub. Jestem szczęśliwa i wiem, że gdyby nie wypadek (na zawsze będę miała bliznę), to nie zostalibyśmy parą. A pomyśleć, że nie lubiliśmy się za bardzo...

#Q9lVM

Kilka lat starałam się z narzeczonym o dziecko. W końcu zaszłam w ciążę. Okazało się, że nasze upragnione dziecko ma wadę letalną, zespół Downa z ciężką wadą serduszka. Był tak zniekształcony, że prawdopodobnie zmarłby kilka godzin po porodzie, jeżeli udałoby się w ogóle donosić tę ciążę.
Cała rodzina wiedziała, że jestem w ciąży. Cała rodzina cieszyła się z wieści, że w końcu zostanę mamą.
Po kilkunastogodzinnych rozmowach z narzeczonym zdecydowaliśmy się na aborcję. Tego co się działo w gabinecie nie zapomnę chyba do końca życia. Jako że płód był już bądź co bądź duży (26 tydzień), podali mi jakieś leki rozkurczowe, podpięli pod kroplówkę i kazali mi leżeć i czekać. Po kilkunastu godzinach urodziłam syna. Nie chciałam nawet na niego patrzeć, kazałam go zabrać pielęgniarkom ode mnie. Nie nadałam mu imienia, nie zrobiłam mu pochówku, dalszym znajomym i większości rodziny powiedziałam, że poroniłam. Tylko dwie osoby wiedziały o tym, że usunęłam ciążę i oczywiście było gadane, że po co, a co jakby się urodziło zdrowe? Otóż nie mogło się urodzić zdrowe, byłam konsultowana z kilkunastoma ginekologami.

W tamtym roku w końcu zaszłam w upragnioną ciążę i urodziłam piękną, zdrową córeczkę. Chcemy mieć z narzeczonym jeszcze przynajmniej jedno dziecko, jednak po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego najzwyczajniej w świecie boimy się następnej ciąży. Boimy się tego, że dziecko może być tak samo uszkodzone jak tamto albo jeszcze gorzej.

#mCGdN

Ostatnio dużo tu o relacjach damsko-męskich, w których to mężczyźni mówią o naturalnym makijażu. Dodam swoje trzy grosze.
Na sam początek chcę powiedzieć, że nie nakładam tony szpachli na twarz. Zazwyczaj jest to puder, tusz i trochę kredki - taki standardowy naturalny make up.

Ostatnio byłam u chłopaka, ten wyznał, że jestem śliczna i że nie muszę się malować. Postanowiłam go zaskoczyć i przy ponownej wizycie (tym razem on u mnie) w ogóle się nie pomalowałam. Wszedł do pokoju i z przerażeniem w oczach zapytał:
 - Jezu, jesteś chora?

Postanowiłam, że jednak będę się malować.

#xZsc7

Sytuacja miała miejsce parę lat temu w gimnazjum. Nadchodziła lekcja matematyki - niby nic, ale zawsze nauczycielka pytała kogoś na niemalże każdej lekcji, a że byłem jej "ulubionym uczniem", byłem pytany przynajmniej raz w tygodniu. Lekcja się zaczęła, a ja poczułem dziwne uczucie w moich dresach - namiot został postawiony (if you know what i mean :P ). Nawet nie wiedziałem, czemu tak się stało, ale nieważne. Myślę sobie: spoko, normalna rzecz, wiecznie stać nie będzie. W tym momencie nauczycielka wypowiada moje imię:
- Panie (przypuśćmy) Konradzie, zapraszam do tablicy!

Myślę sobie: co mam robić, czemu właśnie w tym momencie, co zrobiłem złego, za jakie grzechy i odpowiadam:
- Ale... ale ja teraz nie mogę, później.
- Co to w ogóle ma znaczyć później?! Proszę natychmiast podejść do tablicy, albo pała! (tak, nauczycielka zawsze mówiła pała).
A ja wtedy jakby nigdy nic:
- Pała to mi teraz stoi! Erekcję mam! W dresach!

Klasa w śmiech, babka w szoku, słowa nie mogła z siebie wydusić. Po chwili przerwy rzekła:
- Kasia, do tablicy.

Od tamtej pory nie zostałem spytany już ani razu.
Dziękuję mojemu namiotowi :D

#aozto

Są takie wydarzenia, które przypomniane nawet po latach przywołują uczucie przeszywającego trzewia zażenowania.

Kiedyś siedziałem z przyjacielem w restauracji, gdy usłyszałem, że jakaś niemłoda już klientka przy stoliku obok zadławiła się jedzeniem. Bohatersko zerwałem się i podbiegłem do niej, szybkim ruchem podniosłem ją z krzesła, a następnie zastosowałem tzw. chwyt Heimlicha – stojąc z tyłu, objąłem panią i zacząłem z całej siły naciskać na jej przeponę, licząc na to, że kobieta wykrztusi kawałek klopsika, który utknął gdzieś w jej przełyku. Tak się jednak nie stało, po paru sekundach bycia podrzucaną i szarpaną przeze mnie, babina wyrwała się z mojego uścisku i odwróciwszy się, zasadziła mi siarczysty policzek na oczach wszystkich widzów tego „spektaklu”. Upokorzony szybko wyszedłem z lokalu, gdzie po chwili dołączył do mnie mój przyjaciel.

Okazało się, że kojarzył panią, której „ratowałem życie” i dźwięk, jaki uznałem za odgłos dławienia się, w rzeczywistości był jej… śmiechem.

#2v1Md

Znacie to uczucie, kiedy jesteście niepewni, czy zamknęliście drzwi? Wstajecie z wygodnej kanapy, stąpacie po zimnych kafelkach i upewniacie się, że wszystko jest zamknięte, wasze gniazdko jest bezpieczne, a wy możecie wrócić do ulubionego serialu.
Niestety, ale u mnie jest inaczej.

Godzina 2:43, ktoś puka do moich drzwi. Przebudziłam się, nadsłuchuję. Dzwonek.
Wstaję, podchodzę do drzwi, spoglądam przez judasza - ciemność. Nikogo nie ma, powrót do łóżka.
Długo nie mogę zasnąć, w głowie słyszę szum. Zasypiam po godzinie 5 nad ranem.

Jest piękna niedziela, budzę się po godzinie 10. Słyszę dźwięk włączonej mikrofalówki w kuchni i zapach kawy. Zakładam kapcie, szlafrok, idę do kuchni. Po sprawdzeniu, iż mikrofalówka jest wyłączona i nie wydaje żadnych dźwięków, robię kawę. Nigdy nie wypijam jej do końca - w trakcie połowy jest niezwykle cierpka.

Biorę prysznic. Czasem czuję czyjąś dłoń na swoich plecach, ignoruję to.

Po południu idę oddać książki do biblioteki. Zawsze w drodze powrotnej idę szybszym krokiem. Jestem pewna, że ktoś za mną idzie i woła moje imię. Wbiegam na trzecie piętro, szybko zamykam za sobą drzwi od mieszkania i patrzę przez judasza, czy aby na pewno nikt mnie nie śledził. Klatka schodowa jest pusta.

Wieczorem bardzo cicho oglądam telewizję, muszę mieć włączone światła w całym mieszkaniu. Czasem słyszę pukanie do drzwi, czasem słyszę pisk czajnika z gotującą się wodą.

Wiecie, kiedy jest najgorzej? Kiedy leżę już w łóżku. Pomimo iż śpię przy włączonej nocnej lampce - słyszę różne dźwięki, czuję, jak coś czasem pełza po mojej nodze. Nim zasnę średnio 3-5 razy sprawdzam, czy są zamknięte drzwi, czy aby na pewno jestem sama w mieszkaniu, czy nikt nigdzie się nie ukrył. Spoglądam przez judasza w czerń, boję się, że ktoś czeka pod moimi drzwiami i coś szepcze.

Cierpię na schizofrenię paranoidalną. Cały czas się leczę, jest znacznie lepiej niż kilkanaście lat temu. Każdy dzień jest dla mnie piekłem.

Gdy skończyłam to pisać - jest godzina 22:42. Słyszę, jakby ktoś brał prysznic w moim mieszkaniu. Miałam kiedyś psa, ale po tym, jak wydawał jakiekolwiek dźwięki było jeszcze gorzej. Zwłaszcza wieczorami.
Dodaj anonimowe wyznanie