Kupiłam sobie mieszkanie. Wymagało ono remontu, więc mój tata, nie chcąc nawet słyszeć, abym wynajęła ekipę fachowców, sam zakasał rękawy i doprowadził moją uroczą kawalerkę do idealnego stanu. Wymienił mi nawet drzwi wejściowe.
Kiedy przyjechałam zobaczyć efekt jego pracy, byłam wniebowzięta. Uściskałam tatę z całych sił i powiedziałam, że jest najlepszym ojcem na świecie. Wychodząc, tatko pokazał mi klucze do drzwi. „Zobacz” - powiedział naciskając jeden z trzech guziczków na breloczku. - „Jak naciśniesz czerwony guziczek to zapali się białe światełko”. I faktycznie, zapaliła się mała dioda schowana w plastikowej obudowie breloka. „A jak naciśniesz ten żółty guziczek, to zapali się czerwone światełko”. Klik! Zapaliło się czerwone światełko. „A tu jest jeszcze ten niebieski guziczek. Jak go naciśniesz, to… A zresztą – sama zobaczysz. Muszę lecieć, pa!” - rzekł i wręczył mi klucze.
Kiedy drzwi zamknęły się, moja wrodzona ciekawość kazała mi czym prędzej sprawdzić, jaka jest ostatnia funkcja breloczka. Nacisnęłam więc niebieski guziczek i… kopnął mnie prąd. Wrzasnęłam przerażona, a z dołu, gdzieś dwa piętra niżej, rozległo się stłumione „Hue, hue, hue...” mojego ojca.
Chwilami mam wrażenie, że nawet najbardziej leciwy i poważny facet w środku jest głupawym dzieciakiem.
Mam kolegę (P), z którym się znamy od pierwszej klasy podstawówki. Wiem, że jako mały szczyl był mną zauroczony, nawet wręczył mi walentynkę, co w tym wieku było bardzo znaczące. Jednak ja miałam w głowie pewnego wysokiego blondyna, a mój kolega przeniósł swoje młodzieńcze zauroczenie na moją najlepszą przyjaciółkę.
Tak wyglądała sytuacja do czasu ostatniej klasy gimnazjum, kiedy poczułam, że się zadurzyłam. Zgadza się, w owym koledze. Jednak nie miałam odwagi mu tego wyznać i tak minął sobie rok, ukończyliśmy gimnazjum, wakacje się skończyły, a my poszliśmy do różnych liceów. Nasz kontakt osłabł, mi przeszło, znalazłam świetnego chłopaka. Wkrótce jednak zaczął się rok osiemnastek, dużo imprez, na których relacje z moim kolegą się odnowiły. Staliśmy się bliskimi przyjaciółmi. Wtedy zaprosił mnie na wesele, nie miał z kim iść, a że był świetnym tancerzem, zgodziłam się. Bawiliśmy się świetnie, dużo tańczyliśmy i piliśmy. Pod koniec wesela wyszliśmy się przejść. Wtedy powiedział, że jestem dla niego bardzo ważna i próbował mnie pocałować, jednak odsunęłam się od niego.
Na drugi dzień, gdy z nim rozmawiałam, nie pamiętał tego, a ja nie chciałam mu przypominać, byłam w szczęśliwym związku. Nie chciałam go psuć. Ale nie mogłam przestać o tym myśleć. Cały czas rozważałam co by było, gdybym pozwoliła się pocałować. Czy teraz bylibyśmy razem? Taki scenariusz coraz bardziej mi się podobał.
Mój związek zaczął się psuć, aż w końcu po trzech miesiącach od wesela rozstaliśmy się. Postanowiłam się w końcu się spotkać z P (tak się złożyło, że nie mieliśmy kontaktu około miesiąca) i powiedzieć mu co czuję. Gdy się zobaczyliśmy z P, okazało się, że znalazł dziewczynę. Sam się nie spodziewał, że znajdzie kogoś, na kim tak szybko zacznie mu zależeć.
Kiedy powiedziałam mu, że jestem znowu wolna, zrobił dziwną minę i powiedział, że kiedyś przyjdzie na nas czas... Postanowiłam poczekać. Od tego czasu minęły dwa lata. Zgadnijcie, kto wczoraj przejechał prawie pół Polski, żeby mi coś wyznać?
Sytuacja sprzed godziny.
Pojechałem do marketu po rzeczy na jutrzejszy obiad. Na kartce mam zapisane "pierś z kurczaka lub pierś z indyka". I, teraz, kojarzycie te januszowe żarty pt. "Interesują mnie piersi?". Ekspedientki najwyraźniej też. I mają także poczucie humoru i potrafią zaskoczyć.
Podchodzę do lady mięsnej. Rozglądam się za towarem kilka chwil. Miła i młoda (i ładna!) dziewczyna zagaja:
- Co podać?
- Rozglądam się za piersiami, ale nie widzę...
- Bo mam małe...
Ani o milimetr nie podniosłem oczu, aby ocenić.
Zacznę od tego, że już na początku liceum pokłóciłam się z chłopakiem z mojej klasy. Nie poszło o nic ważnego, ale do końca liceum ograniczaliśmy swoje rozmowy tylko do zdawkowego "cześć".
Potem złożyłam papiery na studia w mieście, gdzie miałam mieszkanie dla dwóch osób. Jednak moja przyjaciółka w ostatniej chwili mnie wystawiła, by mieszkać ze swoim chłopakiem, a ja zostałam z jednym wolnym pokojem.
I w tym czasie dowiedziałam się, że ten kolega szuka pokoju, bo też zamierzał studiować w tym mieście. Powiedziałam mu, że mam wolne miejsce u siebie, a ten się zgodził i zamieszkaliśmy razem. Od razu ustaliliśmy, że nie będziemy nawzajem wchodzić sobie w drogę, a nasze relacje będą ograniczały się do opłat za rachunki, jedzenie itp.
Mieszkaliśmy tak dobre dwa lata i nic specjalnego się nie działo. Aż pewnej nocy brałam prysznic i wychodząc, poślizgnęłam się na mokrych kafelkach i uderzyłam plecami o kant prysznica...
Zemdlałam, a gdy się ocknęłam, byłam ubrana, na plecach miałam na szybko przygotowany opatrunek, a współlokator wiózł mnie do szpitala. Leżałam tam kilka dni z założonymi szwami i pulsującym bólem pleców.
Gdy wróciłam do domu... zaczął się mną zajmować. Pilnował, bym leżała na brzuchu, zmieniał mi opatrunki, robił herbatę i przygotowywał posiłki... A najdziwniejsze jest to, że nawet go o to nie prosiłam. Wzruszała mnie jego troskliwa opieka, a także poświęcenie, bo większość czasu spędzał ze mną, a nie ucząc się.
Trochę to trwało, ale w końcu wyzdrowiałam, a zaledwie tydzień po wyjściu z łóżka zaprosił mnie na randkę.
Od tamtego czasu jesteśmy razem i teraz planujemy ślub. Jestem szczęśliwa i wiem, że gdyby nie wypadek (na zawsze będę miała bliznę), to nie zostalibyśmy parą. A pomyśleć, że nie lubiliśmy się za bardzo...
Kilka lat starałam się z narzeczonym o dziecko. W końcu zaszłam w ciążę. Okazało się, że nasze upragnione dziecko ma wadę letalną, zespół Downa z ciężką wadą serduszka. Był tak zniekształcony, że prawdopodobnie zmarłby kilka godzin po porodzie, jeżeli udałoby się w ogóle donosić tę ciążę.
Cała rodzina wiedziała, że jestem w ciąży. Cała rodzina cieszyła się z wieści, że w końcu zostanę mamą.
Po kilkunastogodzinnych rozmowach z narzeczonym zdecydowaliśmy się na aborcję. Tego co się działo w gabinecie nie zapomnę chyba do końca życia. Jako że płód był już bądź co bądź duży (26 tydzień), podali mi jakieś leki rozkurczowe, podpięli pod kroplówkę i kazali mi leżeć i czekać. Po kilkunastu godzinach urodziłam syna. Nie chciałam nawet na niego patrzeć, kazałam go zabrać pielęgniarkom ode mnie. Nie nadałam mu imienia, nie zrobiłam mu pochówku, dalszym znajomym i większości rodziny powiedziałam, że poroniłam. Tylko dwie osoby wiedziały o tym, że usunęłam ciążę i oczywiście było gadane, że po co, a co jakby się urodziło zdrowe? Otóż nie mogło się urodzić zdrowe, byłam konsultowana z kilkunastoma ginekologami.
W tamtym roku w końcu zaszłam w upragnioną ciążę i urodziłam piękną, zdrową córeczkę. Chcemy mieć z narzeczonym jeszcze przynajmniej jedno dziecko, jednak po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego najzwyczajniej w świecie boimy się następnej ciąży. Boimy się tego, że dziecko może być tak samo uszkodzone jak tamto albo jeszcze gorzej.
Ostatnio dużo tu o relacjach damsko-męskich, w których to mężczyźni mówią o naturalnym makijażu. Dodam swoje trzy grosze.
Na sam początek chcę powiedzieć, że nie nakładam tony szpachli na twarz. Zazwyczaj jest to puder, tusz i trochę kredki - taki standardowy naturalny make up.
Ostatnio byłam u chłopaka, ten wyznał, że jestem śliczna i że nie muszę się malować. Postanowiłam go zaskoczyć i przy ponownej wizycie (tym razem on u mnie) w ogóle się nie pomalowałam. Wszedł do pokoju i z przerażeniem w oczach zapytał:
- Jezu, jesteś chora?
Postanowiłam, że jednak będę się malować.
Sytuacja miała miejsce parę lat temu w gimnazjum. Nadchodziła lekcja matematyki - niby nic, ale zawsze nauczycielka pytała kogoś na niemalże każdej lekcji, a że byłem jej "ulubionym uczniem", byłem pytany przynajmniej raz w tygodniu. Lekcja się zaczęła, a ja poczułem dziwne uczucie w moich dresach - namiot został postawiony (if you know what i mean :P ). Nawet nie wiedziałem, czemu tak się stało, ale nieważne. Myślę sobie: spoko, normalna rzecz, wiecznie stać nie będzie. W tym momencie nauczycielka wypowiada moje imię:
- Panie (przypuśćmy) Konradzie, zapraszam do tablicy!
Myślę sobie: co mam robić, czemu właśnie w tym momencie, co zrobiłem złego, za jakie grzechy i odpowiadam:
- Ale... ale ja teraz nie mogę, później.
- Co to w ogóle ma znaczyć później?! Proszę natychmiast podejść do tablicy, albo pała! (tak, nauczycielka zawsze mówiła pała).
A ja wtedy jakby nigdy nic:
- Pała to mi teraz stoi! Erekcję mam! W dresach!
Klasa w śmiech, babka w szoku, słowa nie mogła z siebie wydusić. Po chwili przerwy rzekła:
- Kasia, do tablicy.
Od tamtej pory nie zostałem spytany już ani razu.
Dziękuję mojemu namiotowi :D
Są takie wydarzenia, które przypomniane nawet po latach przywołują uczucie przeszywającego trzewia zażenowania.
Kiedyś siedziałem z przyjacielem w restauracji, gdy usłyszałem, że jakaś niemłoda już klientka przy stoliku obok zadławiła się jedzeniem. Bohatersko zerwałem się i podbiegłem do niej, szybkim ruchem podniosłem ją z krzesła, a następnie zastosowałem tzw. chwyt Heimlicha – stojąc z tyłu, objąłem panią i zacząłem z całej siły naciskać na jej przeponę, licząc na to, że kobieta wykrztusi kawałek klopsika, który utknął gdzieś w jej przełyku. Tak się jednak nie stało, po paru sekundach bycia podrzucaną i szarpaną przeze mnie, babina wyrwała się z mojego uścisku i odwróciwszy się, zasadziła mi siarczysty policzek na oczach wszystkich widzów tego „spektaklu”. Upokorzony szybko wyszedłem z lokalu, gdzie po chwili dołączył do mnie mój przyjaciel.
Okazało się, że kojarzył panią, której „ratowałem życie” i dźwięk, jaki uznałem za odgłos dławienia się, w rzeczywistości był jej… śmiechem.
Właśnie dowiedziałam się, że mój chłopak mnie zdradził.
Co więcej, z innym chłopakiem.
Co więcej, z moim bratem...
Znacie to uczucie, kiedy jesteście niepewni, czy zamknęliście drzwi? Wstajecie z wygodnej kanapy, stąpacie po zimnych kafelkach i upewniacie się, że wszystko jest zamknięte, wasze gniazdko jest bezpieczne, a wy możecie wrócić do ulubionego serialu.
Niestety, ale u mnie jest inaczej.
Godzina 2:43, ktoś puka do moich drzwi. Przebudziłam się, nadsłuchuję. Dzwonek.
Wstaję, podchodzę do drzwi, spoglądam przez judasza - ciemność. Nikogo nie ma, powrót do łóżka.
Długo nie mogę zasnąć, w głowie słyszę szum. Zasypiam po godzinie 5 nad ranem.
Jest piękna niedziela, budzę się po godzinie 10. Słyszę dźwięk włączonej mikrofalówki w kuchni i zapach kawy. Zakładam kapcie, szlafrok, idę do kuchni. Po sprawdzeniu, iż mikrofalówka jest wyłączona i nie wydaje żadnych dźwięków, robię kawę. Nigdy nie wypijam jej do końca - w trakcie połowy jest niezwykle cierpka.
Biorę prysznic. Czasem czuję czyjąś dłoń na swoich plecach, ignoruję to.
Po południu idę oddać książki do biblioteki. Zawsze w drodze powrotnej idę szybszym krokiem. Jestem pewna, że ktoś za mną idzie i woła moje imię. Wbiegam na trzecie piętro, szybko zamykam za sobą drzwi od mieszkania i patrzę przez judasza, czy aby na pewno nikt mnie nie śledził. Klatka schodowa jest pusta.
Wieczorem bardzo cicho oglądam telewizję, muszę mieć włączone światła w całym mieszkaniu. Czasem słyszę pukanie do drzwi, czasem słyszę pisk czajnika z gotującą się wodą.
Wiecie, kiedy jest najgorzej? Kiedy leżę już w łóżku. Pomimo iż śpię przy włączonej nocnej lampce - słyszę różne dźwięki, czuję, jak coś czasem pełza po mojej nodze. Nim zasnę średnio 3-5 razy sprawdzam, czy są zamknięte drzwi, czy aby na pewno jestem sama w mieszkaniu, czy nikt nigdzie się nie ukrył. Spoglądam przez judasza w czerń, boję się, że ktoś czeka pod moimi drzwiami i coś szepcze.
Cierpię na schizofrenię paranoidalną. Cały czas się leczę, jest znacznie lepiej niż kilkanaście lat temu. Każdy dzień jest dla mnie piekłem.
Gdy skończyłam to pisać - jest godzina 22:42. Słyszę, jakby ktoś brał prysznic w moim mieszkaniu. Miałam kiedyś psa, ale po tym, jak wydawał jakiekolwiek dźwięki było jeszcze gorzej. Zwłaszcza wieczorami.
Dodaj anonimowe wyznanie