Jak uciekłam z akademika.
Jestem, a właściwie byłam kanarem jeszcze długo przed pandemią, na 3 roku studiów.
Mieszkałam w akademiku. Jako studentka pracowałam weekendowo, coś tam dostawałam od rodziców. Ogólnie ciężko. I traf chciał, że dostałam pracę w przedsiębiorstwie komunikacyjnym jako kontroler biletów. Praca ciekawa, ale i ciężka. Dowolne godziny pracy. Trafiłam na fajnych dwóch chłopaków, więc stworzyliśmy super ekipę w pracy. Poszły za tym pieniądze, choć byłam zjechana jak koń po westernie.
Weekendy w pracy po 14 godzin, po zajęciach też szliśmy na linie, nieraz na nogach byłam od 6-7 do 1 w nocy. Ale moja pensja wynosiła około 4-5 tysięcy złotych.
A czemu uciekłam z akademika? Opłaty niskie, wszystko jest. Ale współlokatorki...
Kilka wydarzeń.
- Wracam o 23-24, a w pokoju 15 osób, bo dziewczyny wpadły na pomysł imprezki...
- Innym razem wracam przed północą bardzo głodna, a że gotować nie chciałam, to kupiłam pizzę. Taką akurat - pół teraz, pół na rano. Postawiłam ją na łóżku i poszłam na szybki prysznic. Wracam - w pokoju są 4 osoby, pizzy brak. Tłumaczenie, że przyszłam z pizzą, to się poczęstowały. Oj co tam, że całą...
- W pokoju była lodówka. Każda z nas miała tam półkę. Jako że miałam kasę, to były tam produkty trochę lepsze od pasztetu, np. jakaś wędlina. I tak gdy kupowałam paczkę wędlin, to następnego dnia jej nie było, bo koleżanki akurat miały na nią chęć...
Ale punktem zapalnym był jeden raz.
Dostałam okresu i marzyłam tylko o położeniu się w łóżku. I pocałowałam klamkę własnego pokoju... Okazało się, że koleżanka przyjmowała swojego chłopaka i sorry, śpij dziś gdzie indziej.
Poszukałam i znalazłam kawalerkę - 19,3 m2. Rodzice pomogli w kredycie i remoncie, bo mieszkanie po 80-letniej babci, nawet niezniszczone, ale lata 80. czuć było mocno.
Z dnia na dzień uciekłam z akademika. I nawet nie wiecie, jak miło jest mieć swoje jedzenie w lodówce bez pilnowania albo jak miło wrócić do domu, wykąpać się i biegać tylko w majtach lub nago bez obawy, że ktoś wejdzie.
Pewnego dnia jechałem autobusem komunikacji miejskiej. Było to między godziną 9 a 10, więc ludzi już nie było tak dużo, tak że sam mogłem usiąść. Autobus zatrzymuje się. Na przystanku wsiadają 2 osoby. Dziewczyna, na oko 15 lat, z wyglądu typowa szara myszka, okulary, średniej długości włosy naturalnego koloru, ogółem mówiąc nic niewyróżniająca się osóbka. Mężczyzna zaś był ok. 30-letnim człowiekiem (nie, wcale nie Sebkiem), podpierającym się na kulach. Nie miał gipsu ani nic z tych rzeczy, ale widać było, że raczej bez tych kul daleko nie zajdzie, a tym bardziej nie wystoi w autobusie, więc zajął miejsce najbliżej drzwi, oznaczone ludzikiem z laską (nie wiem, czy w innych miastach takie są, ale w moim owszem). Dziewczyna postanowiła postać.
I tak jedziemy sobie przez 3 minuty w ciszy, gdy na następnym przystanku wsiada typowa "moherowa babcia". Jeszcze dobrze nie weszła do autobusu, a już wypatrzyła sobie ofiarę - biednego pana z bolącą nogą. Zaczęła na niego krzyczeć, że te miejsca są tylko dla starszych osób, oczywiście nie szczędząc przy tym miłych słów. Na nic zdały się upomnienia pasażerów, żeby babcia zostawiła mężczyznę w spokoju i argumentowanie, że przecież do dalszych miejsc nie będzie się z kulami pchał. Nie chciała również zająć innych miejsc (choć wolnych było jeszcze sporo, w tym jedno obok tego pana, jak by ktoś chciał napisać, że moher ma prawo siedzieć blisko drzwi).
Biedny facet stwierdził, że woli się trochę namęczyć z dojściem do dalszych siedzeń, niż wdawać się w zaciekłą kłótnie z babuleńką. I w tym momencie słychać stanowczy głos tej szarej myszki.
D. - Niech pan zostanie na swoim miejscu.
B. - Dziecko, ty tu się w ogóle nie wtrącaj! Ślepa jesteś?! Przecież tu jest znaczek ludzika z laską! To miejsce jest przeznaczone tylko dla takich starszych osób jak ja!
D.- (nadal ze stoickim spokojem) Właśnie, z laską, a nie zmarszczkami.
Dziewczyna dostała torebką w plecy, a babuleńka zaczęła się wyżywać na niej - że jest dzieckiem szatana, że jak ona traktuje starszych, że pewnie matka ją w burdelu rodziła i inne tego typu teksty. Po zakończeniu monologu staruszki, młoda uśmiechnęła się tylko i powiedziała "Życzę pani miłego dnia. Oby pani nigdy nie musiała chodzić o kulach" i wyszła z autobusu.
Dziewczyno, nie wiem kim byłaś, ale szkoda, że nie zdążyłaś zauważyć miny tej staruszki.
Ten moment, kiedy twoja 13-letnia siostra z pełnym make-upem na ryju (+pomalowane brwi) i profesjonalnie zrobionymi paznokciami, ubrana w koszulkę, która nie zasłania nawet pępka, pyta się "czy idziemy na melo". A ty stoisz w dresie, z prowizorycznym kokiem i kawą w ręku i nie wiesz co powiedzieć, bo masz 18 lat i jeszcze nie byłaś na żadnym "melo". :)
A dzisiaj będzie coś z serii "warto dać szansę".
Jakiś rok temu obudził mnie w nocy telefon. Znajomy dzwonił, że padło mu auto. Poprosił, żebym go zaholował do domu. Oczywiście wstałem, idę do auta, a tam... Ktoś wykręca mi koła (dodam, że miałem dość drogie felgi).
Jestem dość rosłym facetem, więc z obezwładnieniem złodzieja nie było problemu. Uznałem, że najpierw znajomy, później policja. Zapakowałem złodzieja do drugiego samochodu i pojechaliśmy po znajomego. Ogólnie ze wszystkim zeszła godzina. Godzina tłumaczeń się złodzieja. Powiedział, że nie może znaleźć pracy, bo ma "nasrane w papierach", a pieniądze potrzebuje na spłatę "chwilówki". Błagał, żeby nie dzwonić po policję, bo ma zawiasy, a jeśli pójdzie siedzieć straci prawa do dziecka. W końcu się nad nim zlitowałem. Spisałem go z dokumentów i powiedziałem, że następnego dnia punkt 7 rano ma być pod moim domem. Zawsze jak wstaję rano idę zapalić na dwór (ok 6:30).
O dziwo, już o tej godzinie mój złodziej stał pod domem. Weszliśmy do domu, wypiliśmy kawę, przy której zaoferowałem mu pomoc. Podpisaliśmy umowę pożyczki cywilnej bez oprocentowania i dałem mu pieniądze na spłatę tej chwilówki. Dodatkowo przyjąłem go do swojej firmy. Żeby nie było tak kolorowo: zarabiał najgorzej ze wszystkich w firmie. Inni za tą samą pracę dostawali ok 30% więcej, ale była wina - musi być kara. Spłata pożyczki zajęła 6 miesięcy (potrącone 20% z każdej wypłaty). Już po drugim miesiącu zastanawiałem się, czy jednak nie podnieść mu pensji.
Okazał się bardzo dobrym pracownikiem. Pracował jakieś 30-40% szybciej od pozostałych. Było widać, że się stara. Jednak postanowiłem, że skoro zawinił musi swoje odcierpieć. Nie dawałem mu żadnego znaku, że zostanie w firmie na dłużej. Gdy szósty miesiąc jego pracy dobiegał końca, niespodziewanie w piątkowy wieczór pojawił się u mnie z córką. Nie zapomnę jego słów: "Wiem, że zawiniłem. Wiem, że pewnie za kilka dni zostanę zwolniony, ale i tak dzięki panu nie straciłem wszystkiego co mam. Gdyby jednak chciał pan mnie zatrzymać w firmie, to mogę pracować dalej za aktualną stawkę" (wiedział ile zarabiają inni). Dodatkowo wręczył mi butelkę dobrej whisky. Zaprosiłem ich do siebie. Kiedy zaproponowałem, że może wypijemy po drinku odparł, że nie może.
Wyjaśnił, że zanim go zatrudniłem miał również problemy z alkoholem, dlatego już go w ogóle nie rusza. Wtedy zobaczyłem, że naprawdę zmienił się jako człowiek i postanowiłem na niego postawić. Wysłałem go na kilka szkoleń i w ciągu 3 miesięcy nauczył się naprawdę wiele. Aktualnie jest jedną z najlepiej zarabiających osób w firmie, a jeśli dalej będzie się sprawdzał, prawdopodobnie awansuje na kierownika działu IT. Teraz można powiedzieć, że się zaprzyjaźniliśmy. No i od jakiegoś czasu mam dużo laurek od jego córki ;)
Parę dni temu spotkałam na ulicy Krzyśka, mojego byłego chłopaka – największą (i pierwszą!) miłość mojego życia. Zerwaliśmy ze sobą, kiedy on dostał pracę w Australii i musiał tam wyjechać. Jak widać – wrócił i ułożył sobie życie, bo szedł ze swoim dzieckiem. Zamieniliśmy z Krzyśkiem parę słów. Dziewczynka to w istocie jego dziecko i nazywa się Matylda.
Szczerze życzyłam mu szczęścia w życiu.
Kiedy maszerowałam już do domu dotarło do mnie, że skoro jego pociecha idzie w tym roku do podstawówki, to ma ok. 7 lat. To zastanawiające, kiedy weźmie się pod uwagę fakt, że z Krzyśkiem rozstaliśmy się 3 lata temu...
Jak byłam mała, mama zabrała mnie do kina na mój pierwszy w życiu film w 3D :) Była to dla mnie nowość, bardzo to przeżywałam, nie potrafiłam sobie wyobrazić jak to jest zobaczyć na tym wielkim ekranie trójwymiarowy obraz.
Do sali kinowej weszłam niezwykle przejęta, wniebowzięta i z szerokim uśmiechem spod znaku "łaaaał" :) Film był animowany i - jako że był to okres przedświąteczny - opowiadał o Świętym Mikołaju; niestety fabuły już zupełnie nie pamiętam.
Pamiętam za to doskonale scenę, w której ów Święty Mikołaj - obiekt uwielbienia wielu małych dzieci, w tym i także mój - przechadzał się po swoim pokoju i na głos sporządzał listę niegrzecznych dzieci, którym w tym roku podaruje rózgi. Więc po kolei wyliczał, że niegrzeczny był ten, ten, ten i... nagle - z podstępnym, okrutnym (tak zapamiętał to mózg małej dziewczynki) uśmiechem - powiedział, a właściwie krzyknął: "i wiem kto jeszcze był niegrzeczny!". Z tym swoim uśmieszkiem zaczął wodzić palcem po ekranie i - o, moje nieszczęście - wskazał na mnie i znów krzyknął: ... "TY!".
Zdębiałam. Ale jak to JA? Dlaczego? Przecież byłam grzeczna... Oczywiście natychmiast zrobiło mi się niemiłosiernie wstyd. Wiecie... wyobraźcie sobie: małe, wierzące w Świętego Mikołaja dziecko w obecności całego tłumu słyszy, że zostaje przez niego wytknięte, że było niegrzeczne i że nie dostanie prezentu. Dyskretnie - nadal paląc się ze wstydu - rozejrzałam się wokół, żeby sprawdzić, czy ktoś widział, że chodziło o mnie. Stwierdziłam, że tak - że wszyscy widzieli. I wszyscy wiedzą.
Czułam się strasznie! Schowałam się głębiej w fotel. Marzyłam, żeby film ("bajka") - na który przyszłam tak rozanielona - w końcu się skończył. Zaklinałam los, żeby jakimś cudem w kinie zabrakło prądu, bym mogła niepostrzeżenie, niezauważona wymknąć się na zewnątrz, unikając spojrzeń ludzi, którzy na pewno chcą zobaczyć twarz tej niegrzecznej dziewczynki, wyklętej przez Świętego Mikołaja...
Gdy wracałyśmy z mamą do domu, milczałam jak zaklęta. Udawałam, że nic się nie stało, że to nie ja. Chciałam wierzyć, że moja mama nie kapnęła się, że Mikołajowi chodziło o jej ukochaną córkę...
Nie wiedziałam, że każde dziecko zobaczyło - i pewnie przeżywało - to samo co ja.
Możecie mnie nazwać złym człowiekiem, proszę bardzo. Ale nie lubię ludzi chorych, ułomnych. Zespół Downa i inne tego typu schorzenia wręcz mnie obrzydzają. Nie chciałabym urodzić takiego dziecka, czułabym do niego tylko wstręt i obrzydzenie. Nie uważam jednak, że powinno ich nie być. Jeśli ktoś jest na siłach urodzić i wychowywać, to proszę bardzo, ale ja nigdy się na to nie zdecyduję.
Jestem wolontariuszem w pewnym zakładzie. Moim zadaniem jest odbieranie telefonów i rozmowa.
Nikt o tym z moich znajomych ani rodziny nie wie, ponieważ mogą bać się dzwonić jeśli będą wiedzieć, że po drugiej stronie telefonu dla samobójców jestem ja.
Kilka miesięcy temu jeden mój kolega śmiał się z samobójców i ich wyzywał. Dzisiaj zadzwonił...
Mam 18 lat, uczę się w technikum, mieszkam na wsi z rodzicami i mam problem. Nie wiem jak sobie z tym poradzić, więc może ktoś tutaj posłuży dobrą radą?
Od ok.14 roku życia przestałam dostawać kieszonkowe, z czasem coraz więcej rzeczy muszę opłacać sobie sama. Najpierw były kosmetyki, wyobrażacie sobie nie kupić dorastającej córce szamponu do włosów albo dezodorantu? Potem przestali dawać mi na doładowanie telefonu, ubrania, a nawet książki do szkoły. Najpierw opłacałam to sobie z resztek oszczędności z kieszonkowego albo z tego, co dała babcia. Sytuacja zmusiła mnie do podjęcia pracy. No więc pracowałam, bardzo się do tego przykładając. Wreszcie mogłam sobie kupić kurtkę (poprzednia miała dziury) i buty do szkoły. Zaczęłam wyglądać jak normalne dziewczyny w moim wieku.
Gdy miałam jakoś 16-17 lat, zaczęto na mnie raptem zrzucać wszystkie obowiązki domowe. Pranie, prasowanie, sprzątanie, mycie okien i podłóg, odkurzanie, wyrzucanie śmieci. Akurat to był czas, gdy poszłam do technikum. Pracowałam tylko w soboty, żeby wyrobić z nauką i robotami domowymi, a jednocześnie mieć np. na bilety do szkoły. Nie miałam życia towarzyskiego, czasu na zainteresowania ani na szkolne lektury. Nauki dużo, zawsze uczyłam się w drodze do/ze szkoły.
Od kiedy jest zdalne nauczanie, mam też robić obiady, bo zaoszczędzam tak dużo czasu na dojazdach, więc na luzie powinnam zdążyć ze wszystkim na czas, a z tymi zdalnymi to wiadomo jak jest... Nie mam sił, nie wysypiam się, chodzę spać grubo po północy, bo wszystko musi być perfekcyjne i codziennie od nowa sprzątane. Mama nie robi w domu nic, bo jest zmęczona po pracy, a tata całymi dniami udaje, że pracuje (firma 1-osobowa, która przynosi straty i jest mało zajmująca).
W lutym zaliczyliśmy kwarantannę, która była straszna. Nie wspominając już o tym, że cały czas chcieli wychodzić z domu - a to na zakupy, a to na spacer, a to z psem do weta, ale do pracy? Przecież kwarantanna... Zawsze wymagali ode mnie dojrzałości, odpowiedzialności, ale patrząc na nich ostatnimi czasy, to tracę w nich wiarę.
Jestem tym wszystkim strasznie zmęczona i myślę o przeprowadzce do większego miasta, gdzie jest moja szkoła. Równocześnie bardzo się boję, że sobie nie poradzę, a wiem, że na rodziców nie ma co liczyć w razie W... Mam co prawda trochę oszczędności, ale też na utrzymaniu kota (zostawić bym go nie mogła, oni bardzo go nie lubią, pewnie by go oddali do schroniska). Miasto docelowe jest miastem wojewódzkim, więc dość drogim. Jak myślicie, dam radę się sama utrzymać pracując w weekendy albo w dni po szkole? Wyprowadzać się czy czekać, aż będzie po maturze i wszystkich egzaminach? Strasznie mi ciężko na psychice z tym nadmiarem wszystkiego i brakiem odpoczynku, pomocy.
Mniej więcej 10 lat temu za namową kochanej mamy wybrałem się na młodzieżową pielgrzymkę do Częstochowy. Niezbyt mi to pasowało, bynajmniej nie ze względu na charakter wyjazdu, ale ze względu na fakt, że nikogo nie znałem z tamtego środowiska.
Jednak w autokarze udało mi się złapać kontakt z paczką osób i szybko zakumplowaliśmy się. Byli to goście, których system wartości był podobny, jak mój - to znaczy bycie pobożnych chłopakiem, który jeździ na pielgrzymki, można jednocześnie od czasu do czasu walnąć browarka itp. (bo to żaden grzech). Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, spotkanie młodzieżowe rozpoczęło się koncertem (notabene całkiem fajnych zespołów), a potem była chwila wolnego czasu do mszy.
W tym właśnie czasie z nowo poznanymi kolegami wpadliśmy na pomysł, że trzeba przypieczętować przyjaźń jakimś wypadem na piwko. Niestety nasz budżet był zbyt okrojony, by kupić sobie po piwku w ogródku i kulturalnie napić się złocistego trunku przy plastikowym barowym stoliku. Poszliśmy do "Biedry", kupiliśmy po zimnym Leszku i zaczęliśmy się delektować piwkiem gdzieś w bramie. Jakiś czas później wyszli nam na przeciw panowie w mundurach i poprosili o dowody osobiste. Myślę sobie - no cóż... przyjdzie mi wypić najdroższe piwo w życiu, tylko dlatego, że szkoda mi było kasy na piwo z ogródka.
W czasie spisywania naszych danych, jeden z policjantów stwierdził:
- Widzę, że panowie nie są z Częstochowy, ciekaw jestem, co tutaj robicie.
Jeden z kolegów rzucił:
- Pewnie pan nie uwierzy, ale jesteśmy tutaj na pielgrzymce.
Policjant uśmiechnął się porozumiewawczo i spytał:
- A zimne chociaż macie to piwo?
Odpowiedziałem:
- W taki upał tylko zimne...
Policjant na to:
- To dobrze, bo jakby było ciepłe, to dostalibyście mandat.
:)
Dodaj anonimowe wyznanie