#x4gsh

Historia głupiego Jasia z tic tacami.

Pewnego dnia, gdy miałem 4 lata, bawiłem się paczką tic taców. Mój genialny umysł wpadł na pomysł, aby wrzucić owego cukierka do nosa... Zadowolony paradowałem po mieszkaniu wskazując na nos i mówiąc "tik taczek tam wpadł".

Nikt nie wiedział o co chodzi, a moje przyjemne doznania zapachowe zamieniały się w piekące męki. Ojciec zajarzył co zrobiłem, więc wziął pęsetę i latarkę, aby go wyciągnąć. Niestety nie udało się go w taki sposób pozbyć, więc... tata go wyssał.

Do tej pory nie wiem, czy go zjadł czy wypluł...

#tdYUT

Wczoraj wieczorem, podczas mojej wizyty w pubie, jakiś pijany facet zrobił mi awanturę, twierdząc, że w sposób obelżywy patrzę na jego żonę. Jako że niewiasta, o której mowa, w moim odczuciu wyglądała niczym ziemniak z doklejoną do niego twarzą Micka Jaggera, kulturalnie odpowiedziałem, że nie mam w zwyczaju przesadnego obserwowania jakichkolwiek kobiet, kiedy wychodzę na piwko z kolegami. Usłyszawszy moje grzeczne wyznanie, opity agresor zwyzywał mnie od „bezwstydnych ped#łów” i „tęczowych sodomitów”. Podejrzewam, że rzuciłby się na mnie z pięściami, gdyby nie zdrowa reakcja moich kumpli, którzy dość stanowczo wyrzucili z lokalu awanturującego się pana, wraz z jego ziemniakiem.

Dziś miałem rozmowę o pracę. Zgadnijcie, kto będzie moim szefem. Najlepsze jest to, że facet nawet mnie nie pamiętał.

#7g2IP

O tym, jak nawróciłem alkoholika.

W pewną sobotę tato dał mi zlecenie - lecieć do dziadka po kosę, którą miał wyklepać. Jako że "co nie w głowie, to w nogach", pobiegłem do dziadka, który mieszka mniej więcej 2 kilometry ode mnie, dosyć późną porą, kiedy słońce już dawno zaszło.
Wracając z kosą na ramieniu, przystanąłem, żeby przejść przez jezdnię. Z naprzeciwka jechało kilka aut, więc czekałem cierpliwie. Usłyszałem jak coś, a raczej ktoś jęczy w rowie. To był pan X, zaprawiony w boju oraz pełen doświadczeń w wypijaniu trunków alkoholowych, typowy pan z pod sklepu ;) Wyglądało na to, że wstawał, więc podszedłem w jego stronę mu pomóc, ot, taki ze mnie altruista. Kiedy mnie zobaczył, krzyknął. Coś mniej więcej w stylu "Ło żesz kur*a! Kostucha po mnie przyszła!". Stanąłem jak wryty, z początku nie ogarnąłem o co chodzi. Postawiłem kosę i podałem mu rękę, ale usłyszałem tylko, żebym go nie zabierał, że on przestanie, po czym nastąpił cichy lament. Stwierdziłem, że pan X nie jest jeszcze w stanie iść, a że nie bardzo miałem jak się z nim naciągać, a on mieszkał blisko, to wziąłem kosę i poszedłem do domu.
Dopiero jak wróciłem, zrozumiałem czemu kostucha ;D Bluza z kapturem, luźny dres, wszystko czarne, i do tego stałem pod światło latarni.

Pan X od tego czasu nie przesiaduje pod sklepem, w kościele jest co drugi dzień, a każdy słyszał już historię o śmierci, która po niego przyszła jak wpadł do rowu ;)

#d6m1X

Najbardziej żenująca sytuacja (dla mnie) nie jest związana z tym, że chwyciło mnie rozwolnienie czy, że ktoś widział mnie nago...

Na studiach często jadałam w fast foodzie w galerii handlowej, która charakteryzuje się tym, że jest kilka knajpek, a siedzenia są wspólne dla wszystkich.

Na miejscach obok mnie siadły dwie osoby, pytając, czy wolne. Po chwili usłyszałam, że rozmowa toczy się na tematy uczelniane, więc delikatnie podniosłam głowę, bo i głos wydawał mi się znajomy, wtedy zauważyłam, że jedną z tych osób jest mój wykładowca. Nie mam pojęcia o czym rozmawiali, jakieś wewnętrzne sprawy uczelni czy coś w tym stylu. Wychwyciłam tylko słowa klucze typu "dziekan" czy "rektor". Zrobiło mi się głupio, że nie poznałam wykładowcy i nie przywitałam się. Przerwałam  zatem ich rozmowę, przepraszając, że nie poznałam i zaczęłam mówić "dzień dobry". Wtedy wykładowca z tą drugą osobą wstali i poszli sobie, a ja zrozumiałam, że nie zawsze powinno się witać z kimś, kto ma swoje sprawy, zwłaszcza, że przy okazji poczuli się niekomfortowo, kiedy uświadomili sobie, że rozmawiali o sprawach uczelnianych przy jakiejś studentce, więc uznali, że najlepiej wyjść.

A mogłam zwyczajnie wstać i odejść...

#RdIe7

Sytuacja miała miejsce w zeszłym roku. Zatrudniłam się w dość dużej korporacji, a że była to moja pierwsza praca, czułam się zagubiona, a zarazem nastawiona na nowe wyzwania. Już od pierwszego dnia zasypywano mnie informacjami na temat procedur oraz systemu pracy.

Pewnego dnia, jak to czasami bywa, coś stało się z moim służbowym laptopem. Napisałam więc do naszych firmowych informatyków, którzy kazali mi do siebie przyjść. Nie zastanawiając się wstałam i poszłam. Trochę czasu mi to zajęło, bo musiałam wjechać na ostatnie piętro. Gdy już tam dojechałam, coś ciągle nie dawało mi spokoju. Idę zatem powoli i czuję coraz to więcej wpatrzonych we mnie oczu. Pomyślałam najpierw, że może coś z moją fryzurą itp. W końcu podchodzę, a pan grzecznie mnie pyta:
- A gdzie komputer?
Nie zastanawiając się, odparłam:
- A to ja miałam wziąć komputer?!

Wszyscy wybuchli śmiechem, a ja myślałam, że się spalę ze wstydu. Niestety, to nie koniec tej historii. W krótkim czasie w tej samej firmie zatrudnił się mój kolega ze studiów, po jakimś czasie spotkałam go na mieście i zaczął opowiadać anegdotę, że po całej firmie krąży historia jak to jakaś blondynka wybrała się do IT bez laptopa. Po chwili zastanowienia odpowiedziałam, że też o tym słyszałam...

#6H5sD

Gdy chodziłem do podstawówki, jednym z moich „kolegów” ze szkolnej ławki był Cartman (tak go nazywaliśmy) – gruby chłopak o paskudnym charakterze i skłonnościach do dręczenia słabszych dzieciaków. Szczyl ten miał w zwyczaju zabierać innym małolatom drugie śniadania, a jedną z jego ofiar byłem ja.

Ostatnio go spotkałem. Po dobrych 20 latach od skończenia podstawówki, Cartman wyszedł na ludzi – okazał się bardzo sympatycznym facetem. To był dobry moment, aby poinformować go, że przez dobre dwa lata edukacji codziennie żarł bułkę z zawartością najtańszej kociej konserwy.

Wiedząc, że i tak ukradnie mi mój posiłek, zawsze szykowałem sobie dwa – jeden dla mnie, drugi (ten z galaretowatą karmą Puszka – naszego kota), dla mojego oprawcy.

#evzCL

To będzie historia o tym, jak pewna pani na targu utarła nosa dość nieprzyjemnej koleżance mojej mamy.

Każdy z nas, a przynajmniej większość, był kiedyś na targu. Masa ludzi, straganów i sprzedawcy, do których owe stragany należą.

Pewnego dnia moja mama postanowiła wybrać się na targ, a że jej koleżanka, Żanetka, również w to miejsce się wybierała, wybrały się we dwójkę.
Mama chciała mi kupić jakieś nowe spodnie, więc Żanetka postanowiła, że też kupi jakieś spodnie swojej córce. Podeszły do pierwszego lepszego straganu, właśnie z odzieżą dla dzieci. Akcja potoczyła się miej więcej tak:
- Przepraszam, ma pani jakieś getry, na dziewczynkę, metr pięćdziesiąt? - zapytała mama, a kobitka zaczęła szukać czegoś takiego. W tym samym momencie Żanetka (tu należy wspomnieć, że do najmilszych i do uległych osób nie należała) znalazła jakąś bluzkę dla swojej córusi i zapytała:
- Ile ta bluzka?
- 30 zł.
- Słucham?! To już w sklepie są tańsze! Jak przechodziłam, widziałam takie za 15 zł! To za drogo, jak pani nie opuści, to nie mam zamiaru tego kupić!! - i rzuciła tę bluzkę jak byle czym. Stanęła obok i czekała, aż sprzedawczyni przystosuje się do jej warunków.

Kobitka popatrzyła się na nią gniewnie, ale nic nie powiedziała. Wróciła do mojej mamy, która chciała kupić spodnie. Podała jej cenę, mama zapłaciła, ale nie miała drobnych, więc była zmuszona dać banknot 50 zł. Kobitka zawołała jakiegoś facia i zapytała, czy nie ma drobnych, bo jej się skończyły, a musi wydać. Facet wyciąga odpowiednią ilość pieniędzy.
- To dla której pani są te pieniążki?
Kobitka, od której kupiła mama, uśmiecha się szyderczo:
- Dla tej ładniejszej.

Podobno Żanetka tak się wk**wiła, że już więcej się do mamy nie odezwała.

Ale trzeba przyznać, sprzedawczyni z klasą :)

#QOpaB

Kiedy miałam 10 lat, moi rodzice rozwiedli się. Nie wiem w ogóle, jakim cudem się dobrali. Ojciec był starszy od mamy o 15 lat, policjant z hmm... ujmijmy to, dość przeciętnym poziomem inteligencji. Za to mama była poliglotką (biegle posługiwała się czterema językami), na wysokim stanowisku, zawsze zaradna, oczytana, elokwentna. To ona dbała o rodzinne finanse (zarabiała sporo), o moją edukację, po pracy spędzała ze mną mnóstwo czasu i organizowała moc zabaw i zajęć. Zawsze rozmawiała ze mną na wszystkie tematy, starała się zadbać o mnie w każdym aspekcie. Ojca pamiętam głównie jak siedział w domu na emeryturze, a właściwie rencie - miał problem z biodrem. Kiedy byłam mała, odwoził i przywoził mnie z przedszkola, czasem poszedł na jakiś plac zabaw. Później, gdy byłam w szkole, głównie zajmowała się tym mama, on w domu robił niewiele. Niewiele się też mną zajmował. Wtedy już widziałam, że między nimi nie ma miłości. Nie kłócili się nigdy przy mnie, mama na to nie pozwalała, zawsze odzywała się do niego z szacunkiem.

W końcu rozstali się, chociaż ojciec nie chciał przyjąć tego do wiadomości. Mieszkanie było matki, kupiła je jeszcze przed ślubem, wykładała kasę na samochód ojca, bo on wiecznie nie miał. Było mu wygodnie, nie chciał z tego rezygnować. Nie chciał się wyprowadzić, wszczynał kłótnie przy mnie i próbował mnie w nie wciągać, stosować szantaż emocjonalny. W końcu zaszantażował i mamę - wyprowadził się pod warunkiem, że dała mu 40 tysięcy.

Rzadko się z nim widywałam, miałam 10-11 lat i nasze spotkanie ograniczały się do niczego... Pytania co w szkole, wypytywanie, czy mi bez niego dobrze, siedzenie w dusznym mieszkaniu i ewentualnie spacer na pobliska ławkę, jak mocno namawiałam. Nie to, że nie mógł przez biodro - nie chciało się mu, wolał oglądać tv.

Kiedy miałam 12 lat, tata zmarł. Wysiadło mu serce i odszedł we śnie. Nie chciałam być na pogrzebie, chociaż mocno mną wstrząsnęła ta sytuacja, ale wiedziałam, że nie dam rady tam być.

Dopiero tydzień temu, po ponad 6 latach, mama wyznała mi prawdę. Ojciec strzelił sobie w głowę. Bała się powiedzieć mi o tym, chciała mnie chronić. Od tygodnia nie mogę zebrać myśli.

#hwNco

Zginął mi portfel. Szukałem go wszędzie, ale nie było po nim śladu. Zrezygnowany chciałem już jechać na policję zgłosić sprawę, bo w portfelu znajdowały się wszystkie moje dokumenty i spora suma pieniędzy (ponad 1000 zł), gdy nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Przyjechał młody chłopak, na oko 15-16 lat, i zapytał, czy przypadkiem nie zgubiłem portfela. Nie zabrał z niego ani złotówki.

Młody dostał znaleźne, a ja przekonanie, że nie cała młodzież jest zepsuta moralnie.

#FOa2E

Nigdy nie jest za późno na zmiany w życiu. Ja mam 35 lat i do niedawna byłem dość mocno spasiony. Nie miałem z tego powodu absolutnie żadnych kompleksów, aż do dnia, kiedy ratownik na plaży w Hiszpanii, gdzie spędzałem wakacje, zwrócił mi uwagę, żebym założył stanik albo przeniósł się na oddaloną o jakieś 200 metrów strefę dla nudystów. Tak, gość pomylił mnie z otyłą kobietą…

Dotarło do mnie, że tak być nie może. Od roku intensywnie ćwiczę. Zgubiłem już 24 kg i jestem dopiero w połowie drogi. Trzymajcie za mnie kciuki.
Dodaj anonimowe wyznanie