Za czasów podstawówki (2-3 klasa) zmagałam się z jednym z najczęstszych problemów tamtego okresu, a mianowicie byłam obiektem żartów innych dzieciaków. Szczególnie zainteresował się mną jeden chłopak z klasy, który z niewiadomych dla mnie powodów po prostu uwielbiał mi dokuczać - wyzywał, podstawiał nogę, ciągnął za włosy, przedrzeźniał, ogólnie wszystko, co mu tylko wpadło do tego głupiego łba.
Próbowałam już chyba wszystkiego, żeby się odczepił, włącznie z kompletną ignorancją, uwagami od nauczycieli i pobiciem go gumą do skakania, ale nic nie dawało efektów, było tylko gorzej.
W końcu, w akcie desperacji, zwierzyłam się z moich problemów babci. Sądziłam, że mnie wyśmieje lub powie coś w stylu "nie przejmuj się", ale wzięła to bardzo na poważnie i kazała mi zrobić tylko jedną rzecz, która wydała mi się wtedy kompletnie głupia i bezsensowna. Zaparłam się, że tego nie zrobię i koniec.
Jednak po kilku dniach dokuczania nie wytrzymałam i postanowiłam wprowadzić w życie pomysł babci. Gdy kolega po raz kolejny podstawił mi nogę, z dumą podniosłam się, odgarnęłam włosy z twarzy, zatrzepotałam rzęsami i powiedziałam najsłodziej jak się dało:
- Kamilku... Wiem, czemu tak robisz... Kochasz mnie? Chyba muszę cię pocałować. - I pochyliłam się nad nim, chociaż było mi niesamowicie głupio, ale wiedziałam, że nie mogę teraz odpuścić, bo to moja jedyna szansa.
Reakcja przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Kamilek zbladł i wystraszył się tak, jakbym mu co najmniej nasrała do buta, a potem kazała to zjeść, wymamrotał coś szybko i z krzykiem uciekł.
Unikał mnie przez następne kilka dni, a gdy znów próbował mi dokuczać, to sytuacja z mojej strony się powtarzała, ponieważ nabrałam pewności siebie i widziałam, że to działa. O dziwo klasa uwierzyła mi, nie jemu i zgodnie stwierdziła, że po prostu zwrócił moją uwagę swoim zachowaniem i mówiono tylko o nas, jako o parze, przyszłym małżeństwie, itp.
Biedny Kamil robił wszystko, by tylko temu zaprzeczyć, a ja miałam ogromny ubaw i mówiłam wszystkim wprost, że jesteśmy parą, tylko mój luby nie chce się przyznać. W końcu nie wytrzymał, przeprosił mnie, obiecał poprawę, więc powiedzieliśmy oficjalnie klasie, że zerwaliśmy i z nami koniec. Po krótkim czasie o wszystkim zapomniano, ponieważ w klasie pojawiła się następna parka, tym razem na poważnie.
Tak oto uwolniłam się od natręta i miałam na niego haka - gdy znów czasami zaczynał mi dokuczać, puszczałam mu ręką całuski i już miałam spokój.
Całe szczęście, że nie widziałam się z nim ani nie rozmawiałam od dobrych kilkunastu lat, bo nie wiem jak bardzo wybuchłabym śmiechem, gdybym go teraz spotkała.
Ale wiem jedno: babciu, uwielbiam Cię.
Jestem tu, bo w moje życie wkradła się niepewność i chciałbym się wygadać lub nawet usłyszeć coś konstruktywnego.
Babcia mojej kobiety zmarła i zostawiła po sobie mieszkanie. Z tego co się zorientowałem, to mieszkanie w postępowaniu spadkowym zostało przepisane na matkę mojej kobiety, lecz zważywszy na fakt, że u niej w rodzinie każdy poza nią jest już na swoim, w tym mieszkaniu zamieszkała moja dziewczyna wraz ze mną. I tu ja stawiam mój znak zapytania.
Monika (imię zmienione) zrobiła mi awanturę, że skoro tu mieszkam, moim obowiązkiem jest je wyremontować wspólnie z nią. Żebyśmy się jeszcze znali 10 lat, to mogę zrozumieć, ale nie znamy się nawet roku, a od 4 miesięcy mieszkamy razem i miałbym remontować coś, co nie jest nawet jej, tylko jej matki? To jeszcze mało, ona pracuje na recepcji za minimalną krajową i jak by miał wyglądać jej wkład w remont? Ona w zasadzie od kiedy razem mieszkamy i zwiększyły się jej wydatki (bo nie żyje już z rodzicami i mieszkanie trzeba opłacić) ciągle pożycza ode mnie pieniądze, bo jej brakuje, a i tak nigdy nie oddaje. Kupiłem za swoje całe RTV, AGD i łóżko, ale to jest coś, co zawsze mogę zabrać ze sobą. Najlepsze jest to, że ona nie dostrzega, że wydałem tyle pieniędzy.
Zadaję sobie pytanie, czy to nie powinien być ten moment, gdzie powinienem się ewakuować z tego związku? Dużo nasłuchałem się o laskach, które wykorzystują mężczyzn. Nie chcę zostać jednym z nich. Sam stoję z budową, bo ceny materiałów i robocizny wariują, a miałbym wkładać swoje środki w czyjąś nieruchomość? Fakt, ona zarabia najniższą, ale zwróciłem uwagę, że gdziekolwiek jesteśmy i musimy wydać jakieś pieniądze, Monika wychodzi z założenia, że ja to zrobię. Na początku przynajmniej udawała, że chce zapłacić i faktycznie czasem płaciła za jakieś pierdoły typu pizza lub piwo. Natomiast teraz odnoszę wrażenie, że mam utrzymankę.
Zastanawiający jest też fakt, że często wspomina o swoim byłym, podkreślając jak dobrze zarabiał. Mówi, że nie było dla niego problemem kupić jej szpilki za 1500 zł i wspomina jakimi samochodami jeździła, jakby chciała mi nakreślić, że czegoś jej w tym związku brakuje. Po tej awanturze i analizie wszystkiego mam wątpliwości, czy dobrze ulokowałem uczucia i czy nie pora się wycofać. Jedenasty dzień trwają jej humory i jeszcze mam bana na seks (to jej słowa).
Pożaliłem się bratu i opowiedziałem o swoich rozterkach. Stwierdził, żebym ja jej zrobił bana na sponsoring, pozabierał z mieszkania swoje rzeczy, wyniósł się do rodziców, ruszył z budową i znalazł normalną dziewczynę. Wiem, że chce dla mnie dobrze jako brat, ale łatwo mu powiedzieć. Logika kłóci mi się z sercem, bo co by nie było, to darzę tę dziewczynę jakimś uczuciem.
Jadę autobusem ze znajomym. Ja stoję, on siedzi, miejsc za bardzo nie było. Drogi trochę jest, bo z jednego końca dużego miasta na drugi, pół godziny drogi. Nic to.
Do autobusu wsiada starsza babcia, moher jakich wiele. Mówiąc wsiada, mam na myśli: wskoczyła wręcz do autobusu, zgrabnie przeskakując dwa stopnie jednym susem, po czym z gracją prześlizgnęła się między pasażerami, stając w końcu koło nas. I w tym momencie wszelkie siły życiowe z niej spłynęły. Zgarbiła się, zmęczona tym nagłym życiem, zaczęła ciężko oddychać, wręcz ostentacyjnie przechylając się w kierunku znajomego. A on nic. Myślę sobie, kobiecie pewnie już sił brakuje nawet na powiedzenie "przepraszam, czy mógłby mi pan ustąpić". A ona nie daje za wygraną. Jeszcze bardziej się schyla, jeszcze głośniej sapie, zaczyna coś bąkać pod nosem. Po czasie byłem w stanie zrozumieć pojedyncze słowa, coś o niewychowanej młodzieży, starych czasach i boskiej karze. Ale magicznego "proszę" dalej brak :D
Scena trwa dobre parę minut. W znajomym coś w końcu pękło, nie wiem, czy dobroć serca czy niemożność zniesienia jej oddechu na twarzy (sam go czułem, no fiołkami to nie trąciło). W każdym razie ustąpił starszej pani miejsca, odjeżdżając swoim siedzeniem metr dalej.
Znajomy stracił władzę w nogach w wypadku, jeździ na wózku inwalidzkim. A że go stać, to zafundował sobie ten elektryczny, co wygląda jak fotel.
Babcia spaliła takiego buraka, że w sekundę zebrała z powrotem wszystkie swoje siły witalne i na następnym przystanku wysiadła szybciej i zwinniej, niż gdy wsiadała :D
Mając naście lat, wyprowadziłam się do dziadków. Nie będę tu opisywać powodów, bo to w sumie odrębna historia. Chciałabym opowiedzieć o tym, jak zostawiłam starszą osobę i wyprowadziłam się...
Zacznę może od tego, że po śmierci babci zostałam w domu z dziadkiem, z którym miałam już wtedy mocno napiętą atmosferę. W trakcie opieki nad babcią pomagałam jak tylko mogłam, a mimo to po jej śmierci stwierdził, że wszystkim zajmował się przecież sam. Bardzo mnie to zabolało, bo nie spałam po nocach, kąpałam, przebierałam, dawałam leki, robiłam zakupy itp. – uczęszczając jeszcze do gimnazjum.
Po śmierci babci dziadek stał się apatyczny. Kiedyś przy obiedzie stwierdził, że muszę się wyprowadzić – to był kolejny cios. Jednak po jakimś czasie ochłonął i sytuacja się uspokoiła. Chciałam go wspierać w żałobie, chciałam jakoś pomóc, więc sama zorganizowałam delikatny remont z zaoszczędzonych zaskórniaków. Potem kazał mi pozbyć się ubrań po zmarłej żonie, więc przez parę dni wynosiłam je do rodziny i części przyjaciółek babci, a te gorsze trafiły w śmietnik. Znów nastał chwilowy rozejm – do czasu, aż dziadek zaczął sobie popijać.
Zdarzało się, że wchodził do pokoju kiedy spałam, grzebał po wszystkich szafkach... Nie miałam żadnej prywatności, nawet w toalecie ani kiedy się przebierałam. Parę razy nawet obudziłam się, bo mnie dotykał...
Nikomu nie mówiłam, wstydziłam się cholernie. Ale moje obrzydzenie do niego sięgało już zenitu, więc poprosiłam o zamek do drzwi, miałam wtedy ok. 18 lat.
Dziadek zaczął traktować mnie jak służącą. Miałam prać, gotować itd. Raz stanął nade mną, kiedy zamiatałam i powiedział: "dobrze, że znasz swoje miejsce". Miałam ochotę wysypać na niego zawartość zmiotki, ale nie miałam odwagi.
Pewnego dnia wyszedł do brata, który mieszkał w tym samym mieście. Pomyślałam, żeby ogarnąć mu w pokoju. Same kurze, zabrać ubrania i je wyprać, umyć okna – takie podstawy (dziadek zapuścił strasznie pokój, w ogóle nie sprzątałam tam, bo na to nie pozwalał, a już sąsiadka zaczęła się skarżyć...).
Wrócił nagle, zaczął wymachiwać rękami, twierdził, że mu ukradłam jakąś teczkę. Dostałam w twarz, ale to był moment, kiedy nie wytrzymałam i oddałam mu tak mocno, jak tylko potrafiłam. Dopiero wtedy zebrałam się na odwagę, żeby się wyprowadzić... To było piekło.
Przez te lata skończyłam szkołę średnią, mieszkając z nim, rok po szkole wyprowadziłam się. Teraz słyszę, jaka jestem niewdzięczna, bo zostawiłam starszą, schorowaną osobę.
Mam wyrzuty sumienia, ale pomimo upływu kolejnych lat już w swoich czterech kątach nie umiem normalnie funkcjonować i zapomnieć. Marzę o tym, żebym kiedyś potrafiła zapomnieć.
PS Przepraszam za błędy, ale nie umiem powstrzymać emocji i musiałam chociaż spróbować to wyrzucić gdziekolwiek. Może w ten sposób dam komuś siłę, żeby uwolnił się z podobnej sytuacji.
Rok 2007, kościół, pasterka.
Jestem sobie sześcioletnia ja i jest moja rodzina.
Wchodzi ksiądz, organista zaczyna grać kolędę "Wśród nocnej ciszy". Ludzie śpiewają, ja też, ale co w tym dziwnego i anonimowego, przecież każdy może sobie śpiewać, czyż nie? Jasne, że tak, ale żeby śpiewać, trzeba znać tekst.
A ja zamiast "Wstańcie, pasterze, Bóg się wam rodzi" zaśpiewałam "Wstańcie, kibice, Legia nadchodzi" :')
No cóż, "od małego na całego".
P.S. Tata prawie udusił się ze śmiechu :)
Dziś mój syn uznał, że świetnym pomysłem będzie zrobienie mi urodzinowej niespodzianki. A polegała ona na odegraniu marszu imperialnego ze „Star Wars” na waltorni. W mojej sypialni. W akompaniamencie całego zespołu wirtuozów instrumentów dętych. O 5 nad ranem. Mimo wszystko jestem cholernie wzruszony.
Gdyby ktoś mnie kiedyś spytał jaka jest moja cecha dominująca, bez wahania odpowiedziałabym "Naiwność".
Mała dziewczynka, żyjąca sobie spokojnie w mieście wojewódzkim na zachodzie kraju i jej jeszcze mniejsza przyjaciółka z klatki obok. Spędzałyśmy ze sobą większość czasu i byłyśmy pewne, że zostaniemy przyjaciółkami niczym Ania Shirley i Diana Barry. Niestety - jedną z nas, konkretnie mnie, wywiało kilkadziesiąt kilometrów od miasta. Rodzice postanowili, że wyprowadzamy się na wieś, do mojej prababci, którą po śmierci wujka nie miał się kto opiekować. Ale przecież prawdziwej przyjaźni nic nie zniszczy, prawda? Pisałyśmy do siebie listy, wysyłałyśmy ręcznie robione witraże czy mini paczuszki z łańcuchem na choinkę. Opowiadałyśmy o zajęciach w scholi, o tym, że chłopcy są głupi, a potem, że coraz fajniejsi. Tak było do czasu rozpowszechniania internetu. Epulsy, nasze-klasy i na listy Marcie zabrakło czasu. Ja na swojej wiosce o czymś takim jak internet mogłam pomarzyć i serduszko mi pękało na myśl, że straciłam tak cudowną przyjaciółkę...
W końcu, po kilku latach bez kontaktu, spotkałyśmy się, zupełnym przypadkiem. Okazało się, że mamy sporo wspólnych znajomych, mimo dzielących nas kilometrów. W międzyczasie wyjechałam do Anglii, mimo odległości kontakt bardzo się polepszył i po trzech latach dostaję wiadomość, która wynagrodziła wszystkie lata, kiedy nie miałyśmy kontaktu. Marta bierze ślub. Marta mnie zaprasza! Marta prosi, bym była jej świadkiem! Cała w skowronkach zgadzam się i zaczynam przygotowania :)
Nastał ten wielki dzień. Czekamy w domu na fotografa, korzystam z chwili spokoju i zmykam do łazienki. To, co usłyszałam po powrocie, zwaliło mnie z nóg. Świadek pana młodego pyta Marty kim jestem ja. Na to ona:
- Ha, ha, Anka? (Z szyderą w głosie). Mieszkałyśmy kiedyś na jednym osiedlu, ale potem wolała pasienie krów od życia w mieście. Gdyby nie to, że mieszka za granicą, to w życiu bym tej wieśniary nie zaprosiła, ale wiem, że mi się opłaci. Trochę wstyd mieć druhnę pastucha, ale co zrobisz, są rzeczy ważne i ważniejsze.
Wiecie co jest najlepsze? Że miała rację. Przez pół roku zbierałam każdy odłożony grosz, żeby wsadzić do koperty. Uzbierały się dwie moje miesięczne wypłaty, około 13000 zł. Dodatkowo w ramach niespodzianki wykupiłam parze młodej wycieczkę do Barcelony, datę mieli wybrać sobie sami.
Wymknęłam się z domu Marty. Po drodze zgarnęłam mojego narzeczonego. Pojechaliśmy prosto do biura podróży. 3 dni później zwiedzaliśmy Barcelonę.
Nigdy nikomu nie powiedziałam o tym, jak bardzo mnie wtedy upokorzyła.
Marta, jeśli to czytasz, wiedz, że nigdy nie pasłam krów. Ba, nie mieliśmy nawet gospodarstwa. I wiesz co? Kij ci w oko, cholerna materialistko.
Mój związek chyli się ku upadkowi za sprawą córki siostry mojej dziewczyny.
Z dziewczyną znamy się rok, z czego 3 miesiące razem zamieszkujemy. Już nie chcę układać sobie życia po raz kolejny, niestety wszystko wskazuje na to, że będę musiał.
Coraz bardziej przekonuję się, że to dziecko jest ważniejsze ode mnie. Codziennie u nas przebywało i codziennie powodowało jakieś szkody. Nie potrafi usiedzieć 5 minut przy jednej czynności, nie potrafi słuchać. Robi co chce. Są w domu pewne przedmioty, których nie powinno dotykać i pomimo tego, że mówi się do niego podniesionym głosem, że tego nie wolno dotykać, a nawet się je fizycznie odciąga, to i tak podejdzie i musi wcisnąć tam jakiś guzik albo coś zniszczyć.
Po sytuacji, w której mała utopiła kluczyk od samochodu, powiedziałem, że już dość tego. Najpierw awanturowałem się ze swoją dziewczyną, to odpowiedziała mi, że to moja wina, bo powinienem chować kluczyk i inne rzeczy, które dziecko może zniszczyć. To ja się pytam, dlaczego mam czuć się we własnym domu nieswobodnie i wszystko chować? To rolą opiekuna jest upilnowanie dziecka i odpowiadanie za nie w gościach. Potem poszedłem do matki dziecka. Za kluczyk nie odda, bo nie ma z czego, nie pracuje i żyje ze świadczeń. Postawiłem ultimatum, że w momencie, w którym to dziecko przekroczy stopą próg domu, ja zabieram rzeczy i wracam do siebie. Mieszkamy u mojej dziewczyny, na szczęście jeszcze nie wynająłem swojego mieszkania i będę miał z dnia na dzień gdzie wrócić.
To dziecko okropnie zaczęło działać mi na nerwy – otwiera wszystkie szafki, wyciąga z nich przedmioty, nie słucha się, kiedy każę mu je zostawić, kiedy mu je zabieram, wpada w szał i biegnie otwierać inne szafki. Wciska wszystkie guziki jakie zobaczy – od komputera, mikrofali, telewizora, lampek, pralki itp. Próbuje wyciągać wszystkie kable z kontaktów, wszędzie zapala światła. Uszkodziła telewizor mojej dziewczyny, gdy nie zgodziłem się włączyć jej bajki, bo oglądałem coś swojego – podeszła do niego i zaczęła tak uderzać rękoma i nim szarpać, że zanim doskoczyłem, żeby sprzęt ratować, to już był na ziemi. Zgadnijcie, czyja była wina.
Dochodziło nawet do tak absurdalnych sytuacji, że zaglądałem do szafki czy lodówki, a tam nie było tego, co sobie kupiłem i chciałem zjeść lub wypić, bo dziecko zobaczyło i moja dziewczyna mu dała.
To jest ponad moje nerwy. Moja dziewczyną pracuje za minimalną, po opłatach, zatankowaniu samochodu i opłaceniu rat pożyczek nie zostaje jej zbyt wiele. Żyjemy głównie za moje. Nie przeszkadzało mi to zbytnio, do momentu kiedy powiedziała mi, że w tym miesiącu muszę ponieść na życie większe opłaty, bo dziecko jej siostry ma urodziny i ona musi coś kupić (za 500 zł). W praktyce miało wyjść na to, że to ja fundowałbym ten prezent. Odpowiedziałem stanowcze NIE. Od kilku dni żyjemy jak kot z psem i nic nie wskazuje na to, że coś się poprawi.
Opiszę wam autentyczną sytuację, którą opowiedziała mi moja babcia.
Rzecz działa się w przychodni. Po wejściu babci do gabinetu, lekarz nawet na nią nie patrząc, rzucił oschle "Siadać". Babcia w tym momencie zaczęła się rozglądać po podłodze. Doktor zdziwiony zapytał jej co robi, na co ona:
- Usłyszałam komendę, ale jakoś nie widzę tutaj psa.
W tym momencie lekarz zreflektował się i kulturalnie poprosił, by usiadła.
Trochę śmieszna sytuacja i pokazuje, że nieważne kim się jest, należy traktować innych ludzi z szacunkiem. Przecież to tak dużo nie wymaga :)
Działo się to kilkanaście lat temu. Był remont, przez co spałam wraz z mamą.
Zawsze marznę w nocy, więc żadną nowością nie było to, że budziłam się przytulona do niej.
Jednak pewnej nocy przegięłam...
Otóż... obudziłam się z ręką wsuniętą w jej majtki. Człowiek obudzony w środku nocy za bardzo nie kontaktuje, więc postanowiłam obadać gdzie jest moja dłoń. Takim oto sposobem wymiziałam trochę mamę. Kiedy już ogarnęłam co wyczyniam, wyciągnęłam w popłochu stamtąd rękę i to dosyć niefortunnie, bo solidnie strzeliłam jej z gumki. Spała i nic nie wie. Albo udawała, że śpi i wie o tym. Liczę na tę pierwszą wersję.
Mamo, przepraszam!
Dodaj anonimowe wyznanie