Jestem emerytowanym nauczycielem matematyki.
Ubiegłoroczne lato, wiadomo, zaczyna się sezon grillowania, więc postanowiłem zmienić deski na tarasie, bo nie były już w najlepszym stanie. W tym celu wybrałem się do pobliskiego tartaku. Zamówiłem materiał i powiedziano, że jutro będą dostarczone. Na drugi dzień faktycznie przywieźli, wyładowali, więc nie tracąc czasu zabrałem się do roboty. Po jakimś czasie pracy zauważyłem, że na jednej z desek widniał napis, napisany ołówkiem: "Ty ch**u, przez ciebie nie zdałem".
W pewnym wielkim mieście w szpitalu psychiatrycznym pracowała pewna pani doktor. Do każdego z pacjentów podchodziła z ogromną wrażliwością - co wywoływało żarty, kpiny i nawet szyderstwa wśród personelu szpitala. Jednym z jej pacjentów był pan Jan. Neurotyk kompletnie zamknięty w sobie. Nie ruszał się, nie mówił. Zero kontaktu. Praktycznie roślina.
Pani doktor podczas każdego obchodu przychodziła do takich pacjentów i łapała za rękę, pytała (wręcz retorycznie) co u tego pacjenta, opowiadała o sobie dwa słowa, zagadywała. I tak za każdym razem. Lata mijały, a współpracownicy nadal uważali ją za wariatkę. Przyszła redukcja etatów i w konsekwencji pracę straciło kilku sanitariuszy i pielęgniarek. Z tego powodu jedynie do groźnych pacjentów chodziło się z obstawą sebków-sanitariuszy.
Pewnego dnia podczas wizyty w sali, gdzie leżał pan Jan, pani doktor została zaatakowana przez innego pacjenta. Zaczął ją dusić tak, że nie mogła z siebie wydać głosu. Sala była zbyt daleko od dyżurki, aby personel usłyszał szamotaninę. Lekarka praktycznie żegnała się z życiem.
Wtem z łóżka wstał pan Jan, wziął do ręki krzesło, znokautował nim agresora i jak gdyby nigdy nic wrócił do swojego łóżka, powracając do bycia "rośliną".
Jakieś pół roku temu przeprowadziłam się na wieś. Sąsiedzi znają mnie tylko z widzenia, ale dla mieszkających w pobliżu dzieciaków jestem bohaterką. Dlaczego?
Ponieważ codziennie widują mnie jak wędruję do i z pracy. W ciężkich butach roboczych, którymi można by mury burzyć (jak twierdzą dzieciaki). W ubraniu ochronnym z ogromem kieszeni, z których wystają śrubokręty, kombinerki, imbusy, rękawice, mentosy i inne tałatajstwo. Do tego czasem trafi się jakiś młotek, łom, maska pyłowa czy gogle ochronne. I pewnie pomaga również to, że czasem coś małolatom naprawię. No naprawdę jaki pięciolatek nie chciałby nosić takich bajeranckich rzeczy i być w stanie naprawić samochodziki na baterie?
Jednakże niedawno przypadło mi kilka dni urlopu, więc zrobiłam to co każda kobieta w mojej sytuacji by chętnie zrobiła. Przez cały dzień paradowałam w starych, wyciągniętych różowych dresach i kłapiących kapciach emu. Wyszpachlowałam twarz maseczką, na włosy nałożyłam jakąś odżywkę... I przypomniałam sobie w tym momencie, że natychmiast muszę wystawić śmietnik, bo jak nie zdążę teraz, to następna wywózka za dwa tygodnie.
No to dalej, wybiegłam jak stałam, wywlekłam zielony pojemnik na chodnik i... i ujrzałam te zszokowane twarzyczki. Widniał na nich ten sam wyraz zaskoczenia, jak w momencie, w którym dziecko odkrywa, że nauczyciele nie mieszkają w szkole. Dziadkowie byli kiedyś młodzi. Święty Mikołaj nie istnieje. A mechanik z sąsiedztwa nie jest zrośnięty ze strojem roboczym, tylko jest normalnym człowiekiem!
A kiedy pierwszy szok minął, usłyszałam jeszcze tylko ciche:
- To... pan... pani jest kobietą?!
Mam trzech starszych braci. Bliźniaków (załóżmy) Tomka i Adriana i 3 lata młodszego Rafała. Wszystkich trzech jest trudno rozróżnić. I mimo że Rafał jest młodszy, to nawet mama czasem myli go z którymś z bliźniaków. Zresztą ja również jestem do braci bardzo podobna, ale na szczęście mnie z nimi nie mylą. :D
Jednak przechodzę do historii właściwej.
W drodze przypadku Tomek i Adrian zdawali egzamin na prawko dzień po dniu. Najpierw Tomek, następnego dnia Adrian. Tomek zdawał u pana X, ogólnie bez zarzutu, POZYTYWNY. No i przychodzi następny dzień, i zdaje Adrian. Akurat tak się złożyło, że również ma zdawać u pana X. Niczego nieświadomy idzie do samochodu, wita się z egzaminatorem, a ten oczy jak spodki i pyta się, czy to jakiś żart. Adrian nic nie rozumiejąc mówi, że nie wie o co chodzi. Pan X prosi o jego dowód i mówi, że przecież wczoraj już u niego zdawał. Adrian w śmiech i mówi, że to jego brat bliźniak. Jednak pan X był mocno podejrzliwy (chociaż jak dla mnie to całkiem normalna sytuacja), więc wrócił do budynku, pół godziny zajęło mu upewnienie się, że dzień wcześniej zdawał Tomek, a teraz Adrian. Wrócił do Adriana i sam uśmiał się z tej sytuacji, a na koniec wynik pozytywny.
Mijają 3 lata. Do egzaminu na prawko przystępuje Rafał. I tak jak myślicie... egzaminuje go nie kto inny jak pan X :D Dowód oglądał przez parę minut, jednak nic nie powiedział, ale podobno przez cały egzamin dziwnie mu się przyglądał. Po jego skończeniu egzaminu (zdany) spytał, czy nie ma czasem braci bliźniaków. Rafał, że tak i nawet ich pan X egzaminował. No to pan X uśmiech od ucha do ucha i mówi, że już myślał, że to kolejny brat bliźniak, bo taki podobny, jednak rok urodzenia mu się nie zgadzał. :D Spytał czy jeszcze jakiś brat Kowalski (nazwisko zmyślone) będzie mógł mu się trafić. Brat poinformował, że w rodzinie została tylko młodsza siostra.
Nie, niestety nie egzaminował mnie pan X. Pewnie dlatego egzaminu nie zdałam za pierwszym razem. :D
Opowiem wam pewną historię o tym, jak niektóre dziewczyny mają nierówno pod kopułą.
Mam 23 lata, preferuję raczej seks bez zobowiązań aniżeli jakieś związki. Stąd też będzie o pewnej dziewczynie, z którą się poznałem w wiadomym celu. Oboje byliśmy tego świadomi, wszystko wiadomo od początku. A więc spotkaliśmy się raz, żeby porozmawiać, wydawała się fajna, więc na drugim spotkaniu już zadecydowaliśmy, że przejdziemy do rzeczy. Po fakcie stwierdziłem, że nie trafia w moje upodobania, więc grzecznie odmówiłem dalszych spotkań, o czym też wcześniej rozmawialiśmy i było wszystko cacy. I co? Dziewczyna zaczęła mnie wyzywać, grozić mi, że poda mnie na policję itp. Zablokowałem ją, wiadomo. W efekcie dostałem na fejsbuku groźby z fejkowych kont.
Około dwa miesiące później skontaktował się ze mną dzielnicowy, wręczył mi wezwanie w sprawie wiadomej dziewczyny, bo oskarżyła mnie o gwałt. Finalnie nic jej z tego nie wyszło, bo genialna oskarżyła naraz 5 osób, które ją po prostu odrzuciły. Tak że chłopaki, pilnujcie się 😂
Jestem szczęśliwą posiadaczką kota syberyjskiego (dla niewtajemniczonych - jest to jedna z tych kilku ogromnych, kudłatych ras kota, z którymi można robić wszystko, a one i tak będą dzielnie to znosić, taki odpowiednik labradora, zresztą właśnie dlatego wykorzystuje się je do terapii m.in. dzieci z autyzmem).
Mój kocurek, ze względu na małą ilość obcych, którzy by zjawiali się w naszych progach, szalenie boi się gości. Po prostu, gdy zjawia się w domu ktoś nowy, on zajmuje jedną ze swoich kryjówek i czeka, aż teren się oczyści.
Pewnego razu tata musiał wezwać informatyka do nagłej awarii komputera. Obok biurka, na którym się znajdował, leżała szafka z wnęką, w której akurat leżał mój kot. Jako że pan wszedł dość niepostrzeżenie, zwierzak nie zdążył uciec, więc siedział nieruchomo, wpatrując się swoimi wielkimi niebieskimi oczami w przybysza. Informatyk grzebie, grzebie, po czym patrzy na szafkę i mówi: "o, jaka ładna maskotka!". W tym momencie kot mrugnął, a pan przerażony odskoczył z krzykiem.
W ten sposób mój kot strollował naszego gościa i pierwszy raz ktoś bał się bardziej od niego :D
Nigdy nie ziewajcie bez upewnienia się, że macie czyste ręce.
Rozpakowywałam właśnie paczkę owiniętą w folię, kiedy zebrało mi się na ziewanie. Odruchowo zasłoniłam usta, ale do dłoni przyczepił mi się niewielki kawałek folii, taki około 1x1 cm, który podczas ziewania zassałam do ust i dalej, do gardła.
Niemal się udusiłam. Udało mi się jakoś ją wykaszleć po dłuższym czasie.
Teraz za każdym razem jak ziewam, sprawdzam dłoń, zanim zasłonię nią usta. Folia była naelektryzowana, więc miałam dużo szczęścia, że nie utknęła na amen.
Będąc na drugim roku studiów, postanowiłam spotkać się z dwójką znajomych z liceum. Nasze spotkanie należało do tych mocno zakrapianych. Rozmawialiśmy na wiele różnych tematów, w tym też o izbie wytrzeźwień. Zrobiło się już dość późno, więc poleciałam na tramwaj. Podczas jazdy zasnęłam... Obudził mnie pan motorniczy na pętli. Telefon mi padł, więc nawet nie wiedziałam, która jest godzina. No cóż... czekał mnie spacer do domu przez osiedle maczet (jestem z Krakowa). Oczywiście musiało zacząć padać, a ja byłam na wysokich obcasach.
W mojej główce zrodził się świetny pomysł: przebiegnę się do domu. Ściągnęłam buty, zaczęłam biec i wtedy wpadłam na kolejny genialny pomysł: złapię stopa. Widzę, że jedzie jakiś większy samochód, więc szybko buty na nogi i staję przy jezdni. Samochód się zbliża, zwalnia i wtedy widzę, że to radiowóz. Pierwsza myśl: wyląduję na Rozrywki (przy tej ulicy znajduje się wytrzeźwiałka). Gdy przemiły policjant spytał mnie w czym pomóc, odpowiedziałam, że byłam u koleżanki na urodzinach i uciekł mi nocny, więc postanowiłam wracać na piechotę i wpadłam na pomysł złapania stopa. Wtedy też panowie zaproponowali, że podrzucą mnie do domu. Tak więc wróciłam do domu radiowozem w wesołej atmosferze. Panowie poczekali aż wejdę przez bramkę "żeby na pewno nic ci się nie stało", pomachali i pojechali.
Policjant też człowiek :)
Jakiś czas temu zrobiłam to z moim chłopakiem bez zabezpieczenia. Wczoraj postanowiłam dla żartu powiedzieć mu, że obawiam się, że mogę być w ciąży. Wpadł w panikę.
Dzisiaj rano poszłam do ginekologa w celu okresowych badań. Gdy siedzę na fotelu i lekarz robi mi USG nagle mówi, że jestem w ciąży. Panika, łzy w oczach, nie wiedziałam co robić.
Po chwili lekarz się uśmiecha i mówi, że żartuje i nic mi nie jest.
Karma to suka.
Kiedy miałam jakieś 5-6 lat, pojechałam razem z rodzicami do jakiejś dalekiej części rodziny ze strony taty.
Wielki dom, własne ogromne jezioro, rowerek wodny i on, wysoki, przystojny i 10 lat starszy. Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia i choć on mnie ciągle odpychał, ja dalej mówiłam, że kiedyś będziemy razem, weźmiemy ślub i będziemy mieli syna i córkę, a jeśli nie, to go po prostu zabiję, żeby go inna nie miała.
Po kilku dniach oczywiście wyjechaliśmy i tyle go widziałam.
Jakiś czas temu byłam na weselu. Nie wiedziałam do kogo konkretnie jedziemy, ale tata przekonywał nas, że rodzina, że nie wypada odmówić itd...
Ślub przebiegł bez większych rewelacji. On powiedział tak, ona również i wszyscy szczęśliwi.
Na weselu Młody postanowił wygłosić przemówienie. Dziękował wszystkim za przybycie i opisywał swoją miłość do Panny Młodej... Nagle zrobił dramatyczną pauzę, po czym powiedział te piękne słowa:
"i mam tylko nadzieję, kochana kuzynko, że nie dotrzymasz swojej obietnicy i nie zabijesz mnie za to, że nie będziemy mieli razem dzieci...".
Pomijam fakt, że w tym momencie zdążyłam się nie tylko opluć sokiem, ale też wylać resztę zawartości butelki na stół. Wszystkie oczy zwróciły się na mnie, a goście zaczęli podawać sobie mikrofon przez całą salę aż do mnie... i tak właśnie, gdy to zdradzieckie urządzenie zostało podetknięte pod mój nos, a ludzie patrzyli z wyczekiwaniem... Jedyne, co byłam w stanie powiedzieć, oczywiście wciąż nie dowierzając, to "Boże, gdzie ja miałam oczy...".
I tak oto dostali moje błogosławieństwo... a ja wciąż jestem sama :')
Dodaj anonimowe wyznanie