Do mojej mamy dalej nie dociera, ile jej dzieci mają lat.
Ostatnio w sklepie spytała:
"Michałku, może dziś na obiad będzie ryba? Chociaż nie, bo ty się ości boisz...".
Wspomnę tylko, że mam 28 lat i przyjechałem do niej w odwiedziny. Ości bałem się, jak miałem 7.
Innym razem, jak jeszcze mieszkałem w domu, mama wróciła z imienin w stanie wskazującym. Obudziła mnie i brata specjalnie po to, żeby się dowiedzieć, czy nie będziemy mieli urazu po dzieciństwie, w którym matka przychodzi pijana do domu. 24 i 25 lat wtedy mieliśmy...
Tacie popsuły się buty i oddał je do reklamacji. Sprzedawca zapytał co tata z nimi robił. Tata odpowiedział, że nic - po prostu chodził.
Reklamacja nie została uwzględniona, bo... buty były do biegania!
W sezonie pracuję w barze typu fast food we Władysławowie.
Wielu było Januszów czy Grażyn, o których mogę dziesiątki opowieści pisać, ale dzisiejsza była najzabawniejsza, z jaką się spotkałem.
Podchodzi rodzinka do lady, zamawiają pizzę i pytają, czy da radę bez oliwek.
Ja wyuczona gadka, że to własny wyrób i jasne, że się da.
Wszystko spoko, pizzę dostali, wsunęli z apetytem. Nawet, o dziwo - sprzątnęli po sobie.
Zbierają się do wyjścia i podchodzi ojciec rodziny i wywiązuje się taki dialog:
- Ale pan mi da te oliwki.
- Słucham?
- No, bo wzięliśmy pizzę bez oliwek i teraz byśmy chcieli te oliwki.
- ... (chwila zmieszania i zastanawiania się co jest grane O_o?)
- No, bo my dzisiaj wracamy do domu i nasza ciocia jada oliwki, to jej zawieziemy...
Poszedłem na kuchnię, wziąłem oliwki w pojemniczek i je dałem, ojciec rodziny poszedł szczęśliwy.
Podstawówka.
Beztroska ja weszłam jak zawsze do szkoły, do mojej klasy. Od trzeciej lekcji jakoś źle się czuję. Kolejny dzwonek, lekcja religii. Modlitwa i oglądanie filmu. W trakcie lekcji czuję, że muszę wyjść do toalety, bo zaraz zwymiotuję. Zgłaszam to nauczycielce, na co ona odmawia mi wyjścia. Mówię, że naprawdę źle się czuję. Jednak nauczycielka nie reaguje, mówi mi, że nie i że mam usiąść. Siadam na krześle, ale mój brzuch nie daje mi spokoju. Kolejny raz podnoszę rękę, nauczycielka woła mnie do biurka. Podchodzę, ona wstaje i przygląda mi się jak doktor. Po chwili mówi, że na pewno kłamię i wszystko jest w porządku. W tym samym momencie zwymiotowałam na jej buty.
Było mi trochę wstyd, ale z czasem myślę, że bardzo dobrze, że tak się to skończyło.
Myślę, że zapamiętała to na długi czas...
Mam 20 lat. Gdy byłem mały, na początku gimnazjum, zmarł mój ojciec.
Najgorsze jest to, że kiedy już prawie był na drugiej stronie, ale jeszcze kontaktował, to chciał mnie zobaczyć. Nikt mnie do niego wtedy nie przyprowadził, bo nikt nie chciał, żebym widział go umierającego.
Dowiedziałem się o tym przypadkiem.
A może pomimo tego, że byłem mały, chciałem po raz ostatni go zobaczyć i się z nim pożegnać...?
Jestem strażakiem, jest to jedno z wielu wyznań które stopniowo będę opisywał.
Godzina 4.00 (około ;)) - wyje alarm w remizie, wiadomo, adrenalina, szybki bieg do remizy, przebranie się w nomex (taki specjalny strój ;)) Ze zgłoszenia wynikało że w miejscowości X jest pożar, dość duży bo domu jednorodzinnego. Jako iż ja dobrze znałem tamtejszą okolice to od razu skojarzyłem, że nie ma tam żadnego domu. Ale nic, jedziemy na miejsce.
Po dojeździe na miejsce zastajemy trzech młodych ludzi, schlani jak jasna cholera. Wzywamy na miejsce policję, schlani dostają mandaty za fałszywe wezwanie. W czasie naszego odjazdu dostajemy kolejne zgłoszenie - wypadek samochodowy, niecałe 500 metrów od naszej remizy, a od naszego obecnego położenia około 7 kilometrów. Znów włączamy tzw. ''wyjca'' i jedziemy, dojeżdżamy i co zastajemy? Samochód rozbity na trzy części, rozwalone drzewo i auto z rozwalonym zderzakiem.
Po kilku minutach z trudem wycięliśmy z samochodu już niestety ciała osób, po wstępnej analizie, lekarz z pogotowia powiedział nam, że szanse na przeżycie były, tylko za późno niestety dojechaliśmy na miejsce. Oczywiście wiadomo, że my jako strażacy którzy tam pracowali przy wypadku mieliśmy lekkie załamanie, jak zawsze zresztą, gdy nie uda nam się kogoś uratować.
W tym miejscu chciałbym nadać taki przekaz, mianowicie, nie wzywajcie służb ratunkowych gdy tego nie trzeba. Wy możecie się dobrze bawić, ale za to my możemy nie zdążyć kogoś uratować...
Chciałbym, żeby moja dziewczyna przytyła. Taki mam gust, lubię krągłe, grube dziewczyny. Ona zawsze była pulchna. Ale odkąd zamieszkaliśmy razem, dużo schudła. Zależy jej na tym. Bardzo mi zależy, żeby była szczęśliwa i wspieram ją jak tylko mogę, ale w duchu cierpię. Chciałbym odzyskać jej szerokie biodra, drugi podbródek i brzuszek wystający za pasek, a nigdy jej tego nie powiem. I nie wiem jaki to będzie miało wpływ na dalszy związek. Nie wyobrażam sobie żyć z kimś, kto kompletnie mnie nie pociąga.
Wiecie kiedy zrozumiałam, że najwyższa pora iść na siłownię?
Kiedy na jednej z mszy ksiądz pobłogosławił mój brzuch.
Druga klasa gimnazjum. Religii uczył nas dosyć młody ksiądz, który często z nami żartował, puszczał nam jakieś śmieszne filmy itd. Pewnego czerwcowego dnia ciężko było wysiedzieć w klasie. Niedługo wakacje, upał niemiłosierny. Ktoś podsunął pomysł, żeby pójść na lody. Ksiądz się zgodził, powiedział nawet, że zasponsoruje, bo większość klasy nie miała pieniędzy. I tak oto dwadzieścia rozbrykanych małolatów na czele z księdzem udało się co pobliskiego sklepu.
Nie powiem, ludzie się gapili. Aby nie robić tłumu, ksiądz sam wszedł do środka, my zostaliśmy na zewnątrz. Ja tymczasem zaczęłam śmieszkować z koleżankami, że wyglądamy jak dzieci księdza. Moje stwierdzenie usłyszał kolega z klasy. Wymyśliliśmy, że wejdzie on do sklepu i zrobi księdzu kawał. Tak też się stało.
Jasiek - imię zmienione - wparował do środka, podszedł do kasy, gdzie ksiądz już płacił za lody i powiedział: "Tato, a dla wszystkich na pewno starczy?". Ksiądz zażenowany, kasjerka uśmiecha się pod nosem. Wchodzi Wojtek. Staje obok księdza i konspiracyjnych szeptem mówi: "Tato, wszyscy czekamy!". Ksiądz szybko zapłacił za zakupy i wyszedł, pozostawiając obsługę sklepu w lepszym humorze. Rozdając nam lody powiedział tylko: Następnym razem mówcie chociaż "wujku".
Może to nie straszna tajemnica, ale głupio się ludziom przyznawać: boję się psów. Panicznie. Tych większych. W dodatku one to najwyraźniej wyczuwają, bo często agresywnie reagują szczekaniem na samą moją obecność - mimo że nic im nie robię. A najgorsze jest to, że jestem miłośnikiem psów, uważam je za bardzo mądre, piękne i inteligentne stworzenia.
Czemu ten strach zawdzięczam? Dwóm spotkaniom.
We wczesnym dzieciństwie (kilkulatek) na wózek, w którym jechałem skoczył owczarek niemiecki jakiegoś idioty. Nie pogryzł mnie tylko dzięki interwencji ojca. Nie pamiętam tego już, ale podobno na sam widok psa przez parę lat reagowałem histerią.
W późniejszym czasie powoli z tego wychodziłem. Nie żadni psychologowie, tylko sam się przełamywałem - bo po prostu kocham psy i zabawę z nimi.
Niestety w tamtym roku miałem spotkanie nr 2.
Lato, wolne - rano wyskoczyłem na stację benzynową po browarka i hot doga. Wracając przystanąłem, by popatrzeć na piękny wschód słońca. A tu z tyłu podbiega pies - doberman, zero smyczy, zero kagańca, skacze wokół mnie, szczeka, warczy, szczerzy kły - pełen serwis. Ja mało na zawał nie zszedłem. Zasłaniam się torbą na ramię. Za psem przybiega właścicielka - staje dwa metry od psa i do niego woła coś w stylu "no zostaw pana Fiona, no już, chodź tu". To tyle jej reakcji. Pies na moment się odwrócił - to ja siup, wskoczyłem na taki murek. Pies wokół tego skacze, dalej na mnie szczekając. I tak z 3-4 minuty. Ja ciągle proszę, żeby psa zabrać i czemu on nie ma kagańca, a paniusia tłumaczy, że to moja wina, bo pies się zdenerwował, bo na niego patrzyłem O_o Stojąc do niego tyłem, 30 m dalej... W końcu odciągnęła go, zarzucając mu na głowę... pasek z torebki (smyczy brak).
Jeden mój błąd - nie zadzwoniłem po policję - po prostu byłem za bardzo przerażony, by myśleć logicznie.
Niesamowicie mnie wkurzają ludzie, szczególnie z dużymi psami, którzy nie zakładają im kagańca (bo Pusia spokojna, nie lubi tego) i puszczają psy swobodnie przy ludziach obcych. U mnie taki teren zielony gdzie pieski biegają swobodnie sąsiaduje z chodnikiem, którym ludzie na przystanek chodzą. A potem zdziwienie, że psu odwaliło i kogoś pogryzł... Albo że jak w moim przypadku - odnowił mu po latach zaleczania traumę... No bo przecież Dżeki czy Pimpuś, który właśnie gryzie twoją nogę, to by muchy nie skrzywdził...
Dodaj anonimowe wyznanie