Na czas remontu zamieszkaliśmy z żoną w jej rodzinnym domu, u moich teściów.
Był piękny majowy poranek, korzystając ze słonecznej pogody, postanowiłem wypić kawę na balkonie. Historia rozpoczyna się, kiedy kubek był pusty, a ja musiałem pilnie skorzystać z toalety. Wychodząc z balkonu zahaczyłem niefortunnie pantoflem o ramę drzwi i większość kawowych fusów wylądowała na podłodze, pobliskiej sofie i firance. A należy wiedzieć, że teściowa jest szczególnie uczulona na brud, a więc w domu są krystalicznie czyste szyby w oknach, lśniące parkiety, nieskazitelnie czyste dywany, a w szczególności śnieżnobiałe firanki, które mają szczególne miejsce w jej sercu. Jakby tego było mało, akurat zawieszona była ta najlepsza, prezent świąteczny od mojej małżonki. Możecie sobie tylko wyobrazić panikę, jaką poczułem w tamtym momencie. W sekundzie odechciało mi się korzystania z toalety, popędziłem do łazienki po miskę z wodą i ścierkę. Czym prędzej doprowadziłem sofę do porządku, wytarłem podłogę, ale niestety, najbardziej oberwała firanka. Nie było innego wyjścia, jak ściągnąć ją i wyprać, tylko że wtedy by się wydał mój wypadek z kawą. Na szczęście dzięki szybkiej reakcji wystarczyło delikatnie zaprać upaprane miejsca, zawiesić ją z powrotem i podsuszyć suszarką do włosów, żeby woda nie kapała na wypucowany parkiet.
Miałem w tym nieszczęściu wiele szczęścia, bo akurat na chwilę zostałem sam w domu. Ciężko mi wyobrazić sobie reakcję teściowej, gdyby coś takiego stało się w jej obecności. Wtedy raczej na pewno musiałbym szykować sobie miejsce w piwnicy remontowanego mieszkania :)
Wybrałam się dzisiaj na zakupy do Biedronki. Po wybraniu wszystkich potrzebnych rzeczy ustawiłam się w kolejce do kasy. Nagle usłyszałam płacz dziecka. Odwróciłam się, a za mną stał zapłakany 5-6-latek. Zapytałam co się stało i czy zgubił rodziców. Po chwili przyszedł tata chłopca. Mały od razu się uśmiechnął i powiedział:
- Tata, znalazłem ci dziewczynę, podoba ci się?
Zamurowało mnie, ale po chwili uśmiechnęłam się. Ojciec chłopca powiedział:
- Przepraszam panią bardzo za młodego, nie powinien pani zaczepiać.
Powiedziałam, że nic się nie stało i po skasowaniu produktów odchodziłam od kasy. Nagle za sobą usłyszałam:
- Tata, weź jej numer, nie chcę, żebyś chodził smutny, bo mamy już z nami nie ma.
Po tych słowach zrobiło mi się smutno.
PS Tak, zaczepił mnie, wziął numer :)
Miałam 18 lat, gdy zdarzyła mi się wpadka (dziś mam 35). Wszystko było OK z dzieckiem. Termin wypadał na maturę. Nagle w 6 miesiącu skurcze... Trafiłam do USK w Białymstoku. Urodziłam 0,5 kg synka. Nie dawali mu szans. Na sali leżałam z chyba pięcioma szczęśliwymi mamusiami i ich noworodkami. Zdjęcia, goście - wiadomo, każdy się cieszy. Ja byłam z miasta oddalonego ponad 200 km, sama. Nikt się mną nie interesował. Pamiętam, że po śmierci synka byłam na podwórku, nie wiem po co. Pamiętam, jak poszłam do łazienki, pod prysznic. Chciałam ze sobą skończyć. I wtedy przyszła sprzątaczka. To ona mi pomogła, tylko ona ze mną rozmawiała, wysłuchała, pomogła wytrzymać.
W 2014 roku znów miałam tam poród, tym razem szczęśliwy. Szukałam tej kobiety, ale była już na emeryturze.
Czasem zwykli ludzie nam najbardziej pomogą.
Historia nie jest moja, lecz mojej dziewczyny. Sama nie ma wystarczającej odwagi aby to napisać.
Działo się to 8 lat temu, kiedy moja luba miała 10 lat. Wracała sobie wesoło do domu, aby dojść "normalnie" ulicami musiałaby iść około 2 kilometrów. Z racji że było to ok. 19 jesienią, postanowiła iść skrótem przez las, od koleżanki do domu miała jakieś 300-400 metrów. Znała te lasy jak własną kieszeń, praktycznie szła na pamięć. Zobaczyła, że idzie grupka pseudokibiców dwóch warszawskich klubów na "ustawkę". Mała A. wystraszyła się widząc ok. 50 osób idących się bić. Postanowiła nadrobić kilkadziesiąt metrów i obejść "kibiców". Pech chciał, że trafiła na coś najbardziej zwyrodniałego, co może spotkać kogokolwiek.
Szła dosyć powoli i po cichu, zauważył ją ten bydlak. Złapał ją i próbował zgwałcić. Zaczął ją rozbierać i przytrzymywał jej usta, aby nie krzyczała. Na szczęście udało się jej wykrzyczeć "pomocy", na tyle głośne, aby zwrócić uwagę kibiców. Do bijatyki jeszcze nie doszło, przez co wszyscy ruszyli jej na pomoc. Uratowali ją. Połowa z nich została z tym zwyrodnialcem, połowa poszła odprowadzić ją do domu. Zdziwienie rodziców było ogromne, gdy do domu ich córkę przyprowadziło 30 osób. "Kapitanowie" obu drużyn weszli do domu i opowiedzieli o co chodzi. Powiedzieli, aby nie wzywać policji, bo część z nich została i już się nim zajęła.
Wiem, że ten portal ma duży zasięg. Mam nadzieję, że którykolwiek z was to czyta. Wiedzcie jedną rzecz: uratowaliście najwspanialszą dziewczynę jaką znam. Mam nadzieję, że wam w życiu się powodzi.
Razem z moim przełożonym przeprowadzaliśmy rozmowę dotyczącą pracy. Nie można jej chyba nazwać kwalifikacyjną, bo pani, która została na nią zaproszona, byłaby dla nas wybawieniem i właściwie to próbowaliśmy ją podebrać innym. Chodziło bardziej o wynegocjowanie warunków. Przyszedł moment, kiedy zaczęła się rozmowa o pieniądzach. Pani zaproponowano pewną kwotę. Zapytała się, czemu proponują jej mniej niż zarabiał na początku jej znajomy zatrudniony u nas. Mój głupi przełożony odpowiedział, że to facet i że będzie się bardziej poświęcał pracy i że kobieta nie musi zarabiać tyle i coś o tym, że to faceci pracują w kopalniach. Pani wysłuchała tego ze spokojem. Pozbierała w milczeniu swoje dokumenty. Wstała i patrząc na niego powiedziała tylko "w takim razie co z ciebie za cipa, że pracujesz za biurkiem, a nie w kopalni i dlaczego dostajesz za to większe pieniądze niż magazynierzy, którzy muszą się nadźwigać?".
Pan głupi przełożony dostał po uszach, bo pani była nam potrzebna, a po jego wyskoku już za żadną kwotę nie zgodziła się, jak to powiedziała "pracować dla cipeuszy, skoro może pracować dalej tam, gdzie ludzie się szanują".
Po roku przełożony już sam szukał sobie nowej pracy (nie była to jedyna lipa z jego strony).
Umówiłem się z pięcioma kumplami, że podczas naszego wspólnego urlopu spędzimy tydzień w jakimś polskim zakątku, który wspólnie wybierzemy na drodze demokracji. Zasada była taka, że każdy z nas miał zapisać na kartce nazwę miasta. Jeśli przynajmniej dwa by się powtarzały się, to tam właśnie mieliśmy się udać. Natomiast w wypadku, gdyby każda miejscowość była inna, losowanie należałby powtórzyć, wpisując inne nazwy interesujących nas lokacji. Na szczęście nie trzeba było tego robić. W pierwszym losowaniu, wynikiem pięć do zera, wygrał… Radom. Każdy z nas, wychowanych na internetowych memach kretynów, uznał, że śmiesznym żartem będzie wpisanie na karteczce tego akurat miasta.
Trzy lata temu przeprowadziliśmy się z mężem i dziećmi z miasta wojewódzkiego do nowego domu na wsi, 2 km od domu teściów. Mają spore gospodarstwo rolne, żniwa, więc wiadomo, rąk do pracy potrzeba. Mimo że całe życie mieszkałam w mieście, nie boję się pracy na roli - jeżdżę ciągnikami, skubię brojlery i gęsi, za widły do wyrzucania gnoju też złapię bez problemu. Oprócz tego pracuję na pełnym etacie od 9 do 17, dojeżdżam do pracy 30 km, wychowuję 2 dzieci i zajmuję się domem. Nieraz po pracy jadę pomagać u teściów, ale staram się nie zaniedbywać obowiązków we własnym domu. Przez 14 lat małżeństwa nie miałam żadnych problemów z teściami, do dziś...
Wróciłam wcześniej z pracy, szwagier mówił, że przydałaby się mu pomoc przy dmuchawie do zboża - więc zaparkowałam za domem teściów, żeby zostawić przejazd dla ciągnika. Szłam już pod tarasem do wejścia, gdy usłyszałam dość głośną rozmowę teściowej z sąsiadką. Normalnie bym weszła itd., ale coś mnie tknęło, więc stanęłam pod schodami i zapaliłam papierosa, słuchając rozmowy...
I się nasłuchałam, u la la, jak świnia grzmotu...
Jaką to jestem okropną synową, jaka ze mnie syfiara, darmozjad i gołodupiec, sentymentalna idiotka, która się dała zrobić na kasę (zrzekłam się na rzecz siostry własności mieszkania po babci), że jestem fatalną żoną i jeszcze gorszą matką (bo 7-letnia córka sama robi sobie kanapki do szkoły - tak lubi, nie hejtujcie, jest bardzo samodzielna - a mój mąż trzy razy w tygodniu zmywa naczynia po kolacji...). Mało tego. Gwoździem do trumny było jej stwierdzenie, że "zrobiłam" sobie dwójkę bachorów, a nikt jej nie spytał, czy ona już chciała zostać babcią...
Nigdy więcej moja noga tam nie stanie, skończyłam z nimi. Mąż w furii na wieść o zachowaniu mamusi zapowiedział, że jak chcą widywać wnuki, to zaprasza na drogę sądową.
Tyle dobrego, że już śmierdzieć krowami nigdy nie będę i kręgosłup odpocznie...
Kiedyś w Castoramie pracownicy chodzili w pomarańczowych koszulkach. Pewnego dnia założyłem taką i stanąłem przed sklepem. Wchodzący ludzie zaczęli mnie pytać o różne rzeczy typu wiertła, wkrętarki itp., a ja nie wiedziałem czemu. Jak się zorientowałem, to zacząłem posyłać ich w różne losowe miejsca, kręcąc się potem w domu na karuzeli śmiechu.
Mój ociec zostawił mnie i moją mamę dla kochanki (niezbyt ładnej i rozgarniętej, co boli jeszcze bardziej). Przepisał na nią firmę i udaje, że jest bezrobotny. Przestał płacić nam alimenty i kompletnie odciął się od rodziny. Kiedy my ledwo wiążemy koniec z końcem, on lata na drogie wakacje i jeździ wypasionym autem.
Dzisiaj do mnie zadzwonił, żebym oddała mu dekoder (płacił za telewizję, jak jeszcze z nami mieszkał), bo firma do niego zadzwoniła, że jak go nie zwróci, to dostanie 500 zł kary, a on nie może sobie na to pozwolić, bo sama wiem jak jest, nie ma pieniędzy, bla bla bla...
Zgodziłam się. Szkoda tylko, że przy odłączaniu dekoder wypadł mi przez balkon z drugiego piętra prosto pod koła samochodu mojego chłopaka.
Ups...
Do mojej mamy dalej nie dociera, ile jej dzieci mają lat.
Ostatnio w sklepie spytała:
"Michałku, może dziś na obiad będzie ryba? Chociaż nie, bo ty się ości boisz...".
Wspomnę tylko, że mam 28 lat i przyjechałem do niej w odwiedziny. Ości bałem się, jak miałem 7.
Innym razem, jak jeszcze mieszkałem w domu, mama wróciła z imienin w stanie wskazującym. Obudziła mnie i brata specjalnie po to, żeby się dowiedzieć, czy nie będziemy mieli urazu po dzieciństwie, w którym matka przychodzi pijana do domu. 24 i 25 lat wtedy mieliśmy...
Dodaj anonimowe wyznanie