#Heqw7

Narobiłam wiele głupot w młodym wieku. Brałam narkotyki, kradłam, sypiałam z kim popadnie i prawie nigdy nie używałam zabezpieczenia, uprawiałam też seks za pieniądze. Moje życie było beznadziejne i właściwie mi na nim nie zależało, dlatego w głowie miałam taką myśl, że będę robić to na co mam ochotę, a gdy sprawy za bardzo się skomplikują (typu ciąża, HIV, jakieś poważne problemy), to po prostu się zabiję. Miałam nawet ułożony plan na swoje samobójstwo i było mi naprawdę wszystko jedno. Trwało to wszystko od 16 do 24 roku życia. Wszystko się zmieniło, gdy poznałam chłopaka, na którym naprawdę mi zależało. O ironio, był to diler, od którego kupowałam narkotyki. I jeszcze bardziej ironiczne jest to, że to właśnie dzięki niemu przestałam brać, kraść i się prostytuować. To był najwspanialszy człowiek, jakiego w życiu poznałam. Pierwsza osoba, której naprawdę na mnie zależało. Miał dobre, czyste serce, był tak prostolinijny i szczery, a jednocześnie mądry i inteligentny, że zakochałam się w nim bez pamięci. Nawzajem sobie pomogliśmy, ja przestałam ćpać, a on przestał handlować i zajął się na poważnie tym, o czym zawsze marzył, czyli sztuką.

Wyjechaliśmy za granicę i rozpoczęliśmy całkiem nowe życie. Wzięliśmy ślub i mamy dziecko. Minęło 10 lat. Nikt z naszych obecnych znajomych nie zna naszej przeszłości, a z nikim ze starego życia nie utrzymujemy kontaktu (oboje pochodzimy z patologicznych rodzin). Patrząc z boku na nasze obecne życie, nikt nigdy by nie uwierzył, jak wyglądało nasze życie wcześniej. I do dziś nie mogę uwierzyć, jak wiele szczęścia miałam, pomimo własnej głupoty i nieodpowiedzialności. Oczywiście robiłam wszystkie badania, nie zaraziłam się żadną chorobą weneryczną. Nigdy też nie zaszłam w niechcianą ciążę, co przy trzycyfrowej liczbie partnerów i stosunku przerywanym jako "środku antykoncepcji" w większości przypadków jest wręcz niepojętym cudem.

Jestem wdzięczna losowi, że z totalnego dna udało mi się wspiąć na sam szczyt i mieć szczęśliwe i dobre życie.

#Bq4Vd

Rzecz działa się jakieś 2 lata temu. Dostałam od rodziców nowego laptopa z powodu pójścia na studia (nowy laptop był wymogiem, ponieważ mój stacjonarny miał koło 10 lat i ledwo zipał). Pod koniec grudnia wraz z koleżankami postanowiłyśmy urządzić sobie "wigilię". Jedna zajęła się jedzeniem, druga alkoholem, za to ja muzyką - wiązało się to jedynie z przyniesieniem laptopa. Alkohol się lał, jedzenie znikało...w takich momentach przychodzą do głowy głupie pomysły. Jednym z nich było obejrzenia filmu porno. Przechodziłyśmy z jednej strony do drugiej, komentowałyśmy, śmiałyśmy się itp.

Następnego dnia każda wstała z lekkim kacem. Postanowiłyśmy obejrzeć jakiś film bądź serial. Po włączeniu laptopa zaczynały się schody. Ekran migał, klawiatura nie działała - mówiąc krótko ZAWAŁ! Co w takich sytuacjach robi każdy? WŁĄCZA PONOWNIE, to też uczyniłam. Zdawałoby się, że sytuacja została opanowana, lecz nic bardziej mylnego. Mimo, że ekran i klawiatura działały, to dźwięk nie. Włączałam i wyłączałam milion razy, jednak bez rezultatów. W mojej głowie była tylko jedna myśl: "Rodzice mnie zabiją!". Nowy komputer… ledwo minęły 3 miesiące, a już trzeba dać go do serwisu.

Zdusiłam w sobie lęk i tego samego dnia opowiedziałam rodzicom co się stało. Oczywiście pomijając część o filmach pornograficznych, zmyśliłam, że ściągałam film. O dziwo nie byli wkurzeni. Na weekend zjechałam do domu rodzinnego by oddać laptopa do informatyka. Znał się na rzeczy, a do tego nie kosił za usługę jak za zboże.

Weszłam do budynku, grzecznie się przywitałam i wręczyłam mu sprzęt. Był to młody mężczyzna max 26 lat. Bez wahania wziął ode mnie laptopa i po chwili zaczął się zabierać za naprawę. Nie ukrywam, że byłam ciekawa, w jaki sposób chce go naprawić, więc co chwila zaglądałam dyskretnie przez ramię i obserwowałam całą sytuację. Wchodził m.in. w przeglądarkę i wpisywał kilka literek, cyferek. I TUTAJ UWAGA!!! Kiedy uznał, że mniej więcej wie, co mogło się stać, nie chcąc wpisywać ponownie skomplikowanej nazwy strony, wszedł w historię przeglądania. Z racji, że komputer odmawiał posłuszeństwa nie dotykałam go od czasu "wieczoru wigilijnego"... Jego wzrok przykuły strony, na które wchodziłam 2 dni wcześniej. W głowie jedynie brzmiały liczne przekleństwa. Od razu poczerwieniałam. Uwierzcie mi, jeszcze tak wielkiego wstydu nie przeżyłam. Koleś na szczęście tylko się uśmiechnął. Usunął wirusa, który w skutek wchodzenia na TE strony pobrałam i oddał mi laptopa. Zabrałam go pospiesznie i wyszłam nie oglądając się za siebie.

PS. Kiedy chciałam mu zapłacić powiedział, że dawno tak barwnej historii nie widział i cała naprawa jest na koszt firmy.
PS2. Już nigdy tam nie wrócę...

#PxQpP

Pierwszy rok studiów. Fizyki uczył nas młody asystent, niewysoki i drobniutki, gdyby nie garnitur i krawat, bardziej by przypominał licealistę niż wykładowcę. Znakomity fachowiec, ale kompletnie sobie nie radził z utrzymaniem dyscypliny.
I takiego oto osobnika nieopatrznie zostawiono samego do pilnowania na egzaminie.

Studenci byli na tyle sprytni, że siedzieli cicho, ale ściągi w najlepsze krążyły po sali. Studentki chowały ściągi pod spódnice, licząc, że fizyk nawet jak zauważy, to się zaczerwieni i nic nie powie.

Fizyk widział podejrzane ruchy, ale za rękę nie mógł nikogo złapać. Krążył po sali jak pies myśliwski i wreszcie przyuważył przekazywanie ściągi... I jak nie krzyknie: "Ja widziałem! Co pani tam ma między nogami?!".

Gruchnął taki śmiech, że aż dziekan przyszedł zobaczyć, czy aby na pewno odbywa się tu egzamin...

#v6TEv

Historia dotyczy babci mojej koleżanki, niech będzie Pani Zosi. Owa babcia skrupulatnie odkładała piękną sumę swoich pieniędzy na potrzeby, inwestycje, mszę, różaniec, cele kultu religijnego i geotermię, na potrzeby Fundacji Lux Veritatis, na rzecz Radia Maryja, na TV Trwam, własne intencje, o zdrowie, pogodę, za brata, siostrę, wnuka, kuzyna kuzynki itd. Pani Zosia (po wielu latach przekazywania pieniędzy na konta RM), zachorowała i niestety zmarła. Jej rodzina napisała list z informacją o śmierci i z prośbą o modlitwę i pamięć za zmarłą do wyżej wspomnianej stacji radiowej. Po upływie kilku miesięcy, na adres Pani Zosi przyszedł list:

"Droga Pani Zofio, od trzech miesięcy nie odnotowaliśmy żadnej wpłaty z Pani konta na potrzeby Radia Maryja. Bardzo prosimy o wyregulowanie darowizn na konto 12345678901234567890 Szczęść Boże".

Jedyne co pozostało, to nieuregulowane rachunki Pani Zosi... Modlitwy jak nie było, tak nie ma.

#CY2yX

Dzisiaj się poczułam jak milionerka.

Idąc ze sklepu, poczułam niemiłe mrowienie w żołądku. Do domu daleko, ale po drodze oaza "spokoju", czyli toi-toi. Jaką ulgę odczułam, jak z niego skorzystałam, każdy chyba potrafi sobie wyobrazić. Minus taki, że było w nim ciemno, a ja z pośpiechu zamiast podetrzeć się chusteczką, podtarłam się banknotem...

Nawet nie chcę sprawdzać, jakiego mi brakuje.

#ck7SD

Byłam wtedy w szpitalu po operacji.
Mój tata przyszedł do mnie z gigantycznym pudłem wypełnionym po brzegi moim ulubionym Rafaello.
Na sali leżałam ze starszą panią, która była bardzo wredna, ale głupio się nie podzielić, więc chciałam poczęstować ją moim prezentem. Stwierdziła, że nie lubi migdałów, które tam są, więc wypluła je na szpitalną szafkę.

Kilka chwil później pielęgniarka przyniosła jej czopek, wiadomo w jakim celu, a że pani nie za bardzo widziała ze względu na wiek, to wzięła wspomnianego migdała, poszła do toalety i wsadziła go sobie zamiast czopka.

Pani pielęgniarce na pewno nie było wtedy do śmiechu, bo ktoś musiał to wyciągnąć :D

#5DCvr

Witam wszystkich. Powiedzmy, że mam na imię Franek (imię zmienione, bo w końcu to anonimowe wyznanie), mam 30 lat i jestem alkoholikiem... niepijącym od 7lat. Chcę się podzielić moją historią.

Najlepsze lata swojego życia przepiłem. Kilka lat w ogóle nie trzeźwiałem. Dzień w dzień piłem do odcięcia i trzeźwiałem nawet dwa razy w ciągu dnia - tylko po to, by znów się napić. Dodam tylko, że nawet będąc w ciągu nikomu nie wadziłem, byłem nieszkodliwy, radosny jak zwykle i uprzejmy. No i pracujący, bo przecież za coś się piło... Kiedyś po pijaku chciałem się zabić... Nawet prawie się udało... Ludzie, których znałem i ci, których nadal znam, a nawet rodzina, patrzyli na mnie z góry, nie liczyli się ze mną. Nie dziwię się. Zapuszczony kawaler w jednych gaciach, często nieogolony, śmierdzący piwskiem i innymi trunkami, taki menelaos...

Wszystko zmieniło się, gdy mojej  ś.p. mamie brakło cierpliwości. Podała mnie w gminie, że jestem alkoholikiem i nie wie jak mi pomóc. Musiałem jeździć na spotkania AA, ale zaraz po wyjściu stamtąd wchodziłem do monopolu i heya! od nowa. Aż do czasu, gdy dostałem skierowanie na leczenie stacjonarne. 6 tygodni w odosobnieniu ze samym sobą i myślami. Dotarło do mnie, że dłużej się tak nie da... że czas na zmiany. Czas zmienić własne życie na lepsze, znowu wystartować w przerwanym biegu za marzeniami, odnaleźć siebie.

Dzisiaj, po 7 latach bez alkoholu i z ogromem ciężkiej pracy nad sobą, ciągłego pilnowania siebie, żeby nie sięgnąć po alko, jestem szczęśliwy. Znalazłem swoją drugą połówkę, drugą połówkę serca, że z jasna ;) Spędzamy ze sobą każdy dzień, choć formalnie nie mieszkamy razem, kupiłem jej wymarzonego psa, a już za parę tygodni kupię nam dom, jeszcze załatwiam formalności. I chociaż przeraża mnie myśl o całkowitej samodzielności, obowiązkach i problemach życia dorosłego, to cholernie się cieszę, że nie zmarnowałem swojej drugiej szansy :)

Piszę o tym tutaj nie tylko ze względu na anonimowość, ale też po to, by pokazać tym, którzy jeszcze tego nie widzą, że każdy ma szansę na lepsze jutro. A wszystko zaczyna się od myśli we własnej głowie "CHCĘ I POTRAFIĘ".

Dziękuję za uwagę i pozdrawiam :)

#KX8Nh

Od kilku lat pracuję w ochronie na recepcji pewnego budynku w Londynie. Dzień jak co dzień, stoję sobie na tej recepcji, w pewnym momencie wpuszczam do budynku kuriera, odbieram przesyłkę, kurier wychodzi i napotyka blokadę w postaci dwuskrzydłowych drzwi (notabene tych samych drzwi, przez które wszedł do recepcji).
Ważne dla historii, że jedna para drzwi jest od kilku dni zepsuta, dlatego, patrząc z mojej perspektywy, w użyciu jest tylko jedno skrzydło - lewe.
No więc podchodzi ten kurier do drzwi i ciągnie (a jak!) prawe - chociaż wołami jest napisane "proszę PCHAĆ LEWE, bo prawe zepsute". A teraz sytuacja właściwa (dialog przytoczony w oryginale dla podkreślenia komizmu sytuacji).
Ja: Please push the left.
Kurier: ... (ciągnie prawe)
Ja: Push the left hand side.
K: ... (nadal ciągnie prawe)
Ja: Push the left hand site door.
K: ... (ciągnie prawe)
Ja: PUSH the LEFT, sir, L E F T!
K: Noż kur#a je#ana mać!!
I jeszcze raz szarpnął prawe, lewe i wyszedł.

Pozdrawiam rodaków w UK! :)

#ALDTu

Pewnie tym wyznaniem wywołam g*wno burzę, ale zaryzykuję, bo muszę to z siebie wyrzucić i dowiedzieć się, czy ktoś ma podobne zdanie na ten temat.

Matura jest bez sensu, bo albo promuje absolwentów, którzy są średni we wszystkim i napiszą wszystkie przedmioty na trochę ponad próg zdawalności, albo naturalnych geniuszy. Jeżeli nawet jesteś mistrzem w jednej dziedzinie, to będziesz musiał ją zaniedbać, żeby zdać przedmioty, które ci nie wychodzą.

Przykład z życia.
Mam przyjaciela, który jest pasjonatem historii. To ten typ, który wyrecytuje ci na pamięć wszystkie daty ważnych wydarzeń i jeszcze wygłosi godzinny wykład o przyczynach tego wszystkiego. Jest też świetny z języka angielskiego i polskiego.
Niestety ma problemy z matematyką. Sytuacji nie poprawiało to, że w liceum miał kiepską nauczycielkę (ja miałem szczęście chodzić do innej szkoły). Znam ją tylko z opisu, ale fakt, że cała klasa chodziła na korepetycje i nie było tam oceny wyższej niż trzy chyba o czymś świadczy.

Kolega niestety nie zdał matury z matematyki. Do poprawki postanowił podejść dopiero za rok, bo wyjechał do Norwegii do pracy. Niestety wypadł z rytmu nauki i też mu nie poszło. Nie sądzę, żeby jeszcze kiedyś podszedł do poprawki. On tego nie potwierdził, ale widzę w nim zrezygnowanie i rozpacz.

Co z tego, że moglibyśmy zyskać świetnego historyka, gdyby tylko matura z matematyki była nieobowiązkowa? Bo wiecie, na kierunku historia i tak matura podstawowa z matematyki nie jest punktowana. Niestety przez ten jeden brak umiejętności koleś nie rozwija się w tym, co jest jego pasją, popadł w wir pracy i chyba nie jest szczęśliwy.

Powiecie, że mógł się więcej uczyć, że jak nie radzi sobie z licealną matematyką, to go nie szkoda i tego typu duperele. Ale powiedzcie sami, po co? Po co historykowi uczyć się pochodnych, funkcji wykładniczych itd.? Student matematyki nie musiał pisać matury z historii, więc dlaczego wymaga się tego od kogoś, kto chce studiować historię/psychologię/medycynę/biologię itd.?

Nie wiem, czy ktoś jeszcze pamięta, ale był taki czas, że matura z matematyki była nieobowiązkowa i ludzie wcale nie stali się od tego głupsi, a świat się nie zawalił.
Dodaj anonimowe wyznanie