Mieszkałem w kawalerce w latach 90. ubiegłego wieku i przydarzyła mi się taka śmieszna historyjka. Otóż jako młody ojciec pomagałem swojej małżonce na tyle, ile mogłem. Żona prosiła o wyniesienie śmieci, niestety zapomniałem to uczynić. Już zasypiając usłyszałem pytanie, czy wyniosłem śmieci. Oczywiście, że nie, i chcąc nie chcąc ubrałem się w dresy, chwyciłem za kubeł i około północy udałem się do kontenera.
Latarnie już zgasły, ja bez żadnej latarki, ale droga niedaleka i znajoma. Otwieram kontener, a z jego czeluści wyłania się zaspany PAN ŻUL i rzuca do mnie z pretensjami "CO TAK PÓŹNO?!'' :D
Po skończonych studiach przyszedł covid i moja branża niestety mocno oberwała. Jedyne oferty pracy dotyczyły osób z minimum 5-letnim doświadczeniem albo za psie pieniądze na umowie zlecenie. Rodzice przestali mnie finansować, więc decyzja była prosta: zatrudniłam się w pewnej znanej drogerii. Praca mi się podobała, starałam się. Kierownictwo szybko to doceniło i już pół roku później awansowałam. Zarabiałam całkiem sporo jak na naszą smutną, polską rzeczywistość.
Wszystko byłoby piękne, gdyby nie ludzie. Rodzice wypominali mi, że nie po to płacili za studia, żebym teraz na kasie pracowała. Koleżanki (nauczycielki, psycholożki i rejestratorki medyczne po studiach) żartowały ze mnie. Niby te wszystkie teksty były na żarty, ale jednak bolały. Tylko narzeczony mnie dopingował i zachęcał. Sam zaczynał w firmie na najniższym stanowisku i powoli piął się ku górze, więc wiedział jak to jest.
Ja znosiłam to z uśmiechem.
Po roku zaoferowano mi kolejny awans i już z sali sprzedaży wyszłam na własne służbowe auto, laptopa, niezbędny sprzęt do pracy, home office i jeżdżenie z torebką po innych sklepach. Oczywiście, to nie było wszystko, miałam tonę innych obowiązków, ale radziłam sobie z nimi. Pensja też poszybowała w górę.
Koleżanki widząc mnie w eleganckich garsonkach nagle spokorniały. Już nie byłam śmieciem na kasie, tylko człowiekiem. Dwie z nich spytały, czy nie mogę ich wkręcić do pracy, bo w sumie to umowa zlecenie czy najniższa krajowa im nie pasuje. No cóż, nienawidzę kolesiostwa, więc odmówiłam wszelkiej pomocy przy rekrutacji. Znowu byłam najgorsza.
Rodzice też nagle przestali mi wypominać, że zmarnowali na mnie tyle pieniędzy. Może dlatego, że oddałam im cały hajs, który wydali na moje zaoczne studia.
Całe szczęście, odcięłam się od toksycznych ludzi. Żadna praca nie hańbi, a ludzie którzy myślą, że pracując za biurkiem są lepsi niż ci, którzy pracują w sklepie, to ameby umysłowe. Ja jestem szczęśliwa. Mam świetną pracę, w której się rozwijam i nadal mam perspektywy na awans. A one już się ze mnie nie śmieją, bo nadal siedzą jako rejestratorki medyczne, pijąc kawę i kłócąc się z petentami.
Siedzę sobie spokojnie w autobusie, nagle wchodzi starsza pani. Stoi centralnie obok mnie. Nie no, muszę jej ustąpić miejsca, żeby nie było.
Wstaję z siedzenia mówiąc, żeby sobie usiadła. Pani robi wielkie oczy i prawie krzyczy:
- Ja mam usiąść!? Chyba śnisz! Czy ja jestem stara?!
Ona dumna z siebie, ja siadam na swoje miejsce.
I akurat kierowca autobusu zahamował i szanowna pani upadła na podłogę. Wszyscy zaniepokojeni, ale ona wstaje.
Wychodząc z autobusu krzyczy: ''A gdybyście mi ustąpili miejsca, to by się tak nie stało!".
Na pierwszej lekcji nauczycielka powiedziała nam, że możemy ściągać/podpowiadać sobie itp., jeżeli będziemy sprytniejsi od niej. To oczywiście było trudne, wręcz niemożliwe - typowa żyleta. Numerowała kartki, sprawdzała ręce, buty, telefony na biurko, podział na 4 grupy itd. Jednak ja byłem sprytniejszy: kupiłem książkę nauczyciela (znajomości w księgarni) i miałem odpowiedzi do wszystkich zadań, ćwiczeń, sprawdzianów, kartkówek. Nauczycielka sprawdziany i kartkówki brała z tej książki dla nauczyciela, natomiast tych materiałów nie było w internecie. Oczywiście nie miałem samych 5 i 6, aby nie wzbudzać podejrzeń.
Po ostatniej lekcji w 3 gim zostałem na przerwie i powiedziałem:
- Pamięta pani jak powiedziała, że jeżeli panią przechytrzymy, to możemy ściągać?
- Pamiętam.
- No to panią przechytrzyłem.
- Jak to?
- W kolejnych latach proponuję nie brać gotowych sprawdzianów...
I wyszedłem nie czekając na reakcję.
Uprzedzam: nie cofnęła mi oceny, nie była na mnie zła ani nic, tylko na zakończeniu powiedziała, że byłem sprytniejszy :)
Zgadnijcie kto właśnie leży w szpitalu i czeka na zabieg usunięcia kilku szpilek z pochwy.
Otóż mój mąż znalazł mój wibrator i uznał, że "zdradzam go z maszyną", więc w akcie zemsty powbijał w silikonowy wibrator szpilki, aby się na mnie zemścić.
Tak, nie zauważyłam ich.
Tak, użyłam go.
I tak, kilka z nich podczas posuwistych ruchów wysunęło się i wbiło we mnie w środku.
Chyba pora szukać adwokata.
Czytałem wyznania o osobach, które zapuściły się w związku. Moja historia jest podobna, jednak wasze przytyte dziewczyny to nic.
Jesteśmy sobie my, super para z początku - poczucie humoru, głupie teksty, w łóżku super, jest ogień. Nadszedł czas wyposażania i urządzania własnego M. Robiłem wszystko tak jak ona chciała, przekroczyłem budżet, musiałem się dopożyczyć na niektóre zachcianki, ale stwierdziłem, że razem się odkujemy. Zresztą jak robić, to porządnie i na lata, w końcu sobie. Dodam tylko dla spójności, że mieszkanie kupiłem sam, mam jak na nasze realia dobrą sytuację finansową.
Mieszkamy już razem. Moja dziewczyna rzuca pracę twierdząc, że zarabia za słabo jak na tak dużą odpowiedzialność. Kasa jak na ścianę wschodnią duża, niewiele mniej niż ja. Odpowiedzialność - praca biurowa i przyjmowanie wpłat. Zaczęło się aktywne szukanie pracy - czytaj wychodzę rano, ona śpi, wracam po pracy, ona śpi lub leży i ogląda Instagrama. Uruchamiałem kontakty, załatwiałem staże, szukałem jej posady. Wszystko odrzucała - tu za daleko, tu źle godziny, tu coś tam. Stwierdziłem już w złości, że skoro tylko siedzi w domu, to mieszkanie powinno być tak czyste, żeby można było jeść z podłogi. To ja wracałem po pracy i robiłem zakupy, sprzątałem, zmywałem. W łóżku miałem po prostu warzywo, które ganiałem pod prysznic. Na moje uwagi stwierdziła, że zacznie sprzątać, jak przepiszę na nią pół mieszkania...
W pewnym momencie w domu pojawił się pies. Lubię zwierzęta, ale fajnie byłoby się choć spytać, co o tym myślę. Piesek był uroczy, kochany, nawet wyszła z nim na spacer kilka razy. Po kilku kolejnych dniach pies zniknął. Oddala go komuś w ciągu godziny bo szczekał bez powodu i się zsikał. Uwierzcie lub nie, płakałem po tym psie. Tydzień z pieskiem i zdążyłem się przywiązać.
Sytuacja powtórzyła się za miesiąc. Znów pies, znów dwa dni opieki i znów chęć oddania. Wtedy powiedziałem dość. Pies zostaje, ty wypier*alaj. Dość mam warzywa w domu, któremu niewiele brakuje, żeby zaczęło robić pod siebie, nic nie robi w domu i psy traktuje jak zabawki. Dzieci tak samo? Krzyczy i piszczy to oddać? Na co stwierdziła, że ona ma wyje*ane w obowiązki i nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności. Spakowałem więc jej walizki, zabrałem klucze i wystawiłem za drzwi.
Jestem 36-latkiem, który ma psa i szuka kobiety. Ot, życie.
Witam wszystkich. Kilka miesięcy temu moja dziewczyna - Kasia, dodała tu wyznanie na temat historii naszego związku (http://www.anonimowe.pl/69xsZ). Cudownie czyta się komentarze pod nim, pojawia się wiele pięknych słów. Dziś chciałbym napisać ciąg dalszy tej historii...
Kasia wyznanie napisała kilka dni przez badaniami kontrolnymi (każda osoba, która pokonała raka musi być kontrolowana przez następne 5 lat). Wcześniej kiepsko się czuła. Mdłości, złe samopoczucie, silny ból głowy. Nie przywiązywaliśmy do tego dużej wagi. Stres, pogoda - to pewnie o to chodziło.
Nadszedł dzień badań, czekaliśmy na wynik. Wkrótce zadzwonił jej lekarz i kazał szybko przyjechać. Później były tylko łzy... Wznowa raka kości, który zdążył dać przerzuty do płuc (wznowa szybciej się rozwija i jest bardziej odporna na leczenie). Rokowania bardzo złe. Szok, płacz, złość. Jednak nie poddaliśmy się. Będziemy walczyć razem!
Kasia została przyjęta na oddział. Pierwszą chemię zniosła całkiem nieźle. Ciągle przy niej byłem, mimo że wspomnienia szpitala bolały bardzo.
Po drugim cyklu chemii Kasia czuła się coraz gorzej. Trafiła na intensywną terapię - chemia nic nie pomogła, pojawił się przerzut w mózgu.
Lekarze zrobili co mogli. Mimo całkowitego paraliżu jej stan był stabilny. Szybko mogło się jednak wszystko zmienić. Rodzina załatwiła jej hospicjum domowe, aby mogła w nim spędzić ostatni czas (każdy był świadomy, że nie ma szans na wyleczenie. Była podawana morfina). Moja cudowna bohaterka walczyła jeszcze przez miesiąc. W dniu, jak się później okazało, jej śmierci, postanowiłem się jej oświadczyć. Uśmiechnęła się mimo paraliżu, z oczu poleciały zły. Przytuliłem ją bardzo mocno. Po godzinie zmarła. Odchodziła w spokoju, bez bólu i wśród najbliższych.
Kocham moją bohaterkę, moje słoneczko... Te 10 lat razem były najlepszą rzeczą, jaką mnie spotkała. Do zobaczenia, Kasieńko...
Za dzieciaka byłam katowana w domu, pas wisiał na "miejscu honorowym", strasząc samym swoim widokiem. Czasem chowałam go w nadziei, że bez pasa nie będzie lania, niestety kabel od żelazka też mógł być, rura od odkurzacza także, więc nie udało się uniknąć "kar", np. za zbyt głośne chodzenie (podłoga drewniana, skrzypiąca, nie wolno było chodzić zbyt głośno, gdy tata spał). Przed szkołą nie jadłam nic, do szkoły nic nie brałam, nie dlatego, że nie miałam czego - miałam, ale bałam się wejść do kuchni, by zbyt głośno nie zamknąć szafki czy zbyt szybko otworzyć lodówki, jeszcze by obudziło tatę. Pracował na popołudnia, więc cały poranek to był horror.
W 6 kasie podstawówki zaprzyjaźniłam się z pewną dziewczynką, która była dość rozgarnięta jak na ten wiek, jej się zwierzyłam, poradziła mi, bym poszła do wychowawczyni prosić o pomoc, że ona mi pomoże i zabiorą mnie daleko od tego tyrana. Tak też zrobiłam, z nadzieją na koniec męki, marzyłam o domu dziecka.
Nauczycielka się przyjęła, razem poszłyśmy do pani pedagog, i po długiej rozmowie powiedziała, że mogę wrócić do domu i wszystko będzie dobrze.
Wiecie co zrobiło mądre "grono pedagogiczne"? Wezwali mojego tatę do szkoły i pytali, czy to prawda co opowiedziałam, oczywiście tatuś zaprzeczył i wrócił do domu. Tego dnia nigdy nie zapomnę, bił mnie tak długo, aż straciłam przytomność. Na tydzień zostałam w domu "chora", musiały mi zniknąć ślady z twarzy chociaż minimalnie. Po powrocie ze szkoły nauczycielka spytała, czy sytuacja w domu się poprawiła, odpowiedziałam, że tak i koniec przygody z pomocą ze strony szkoły.
Czemu odpowiedziałam, że tak? Zwyczajnie się bałam dalszego bicia, byłam pewna, że znów wezwą do szkoły tatę, a ja za to oberwę.
Teraz mieszkam za granicą. Lata mijają, a mnie nie obchodzi, czy oni się martwią, czy czasem myślą o mnie, dla mnie już nie istnieją, nie mamy kontaktu. Pracuję, wynajmuję małe mieszkanko. Mężczyzny w swoim życiu nie potrzebuję, boję się mężczyzn, nie czuję potrzeby miłości, związku czy czegoś podobnego. Mam psa, który jest moją rodziną. I tyle.
Dziś odkryłam, że moja współlokatorka regularnie używa perfum, które należą do mnie i są jedną z najważniejszych rzeczy, jakie w ogóle posiadam.. Kupiłam je parę lat temu za ciężkie pieniądze, krótko po tym, jak przestano je produkować. Od tego czasu korzystam z nich bardzo rzadko, na specjalne okazje i za każdym razem serce mi pęka, że kiedyś nadejdzie dzień, kiedy się skończą.
Jakoś bym przeżyła to, że współlokatorka, nie do końca świadoma wartości perfum, czasem się nimi spryska, ale mało nie wybuchłam ze wściekłości, kiedy zorientowałam się, że ona używa ich za każdym razem po tym, jak zrobi kupę, aby „zakryć” nimi przykry zapach, który unosi się w kiblu...
Ostatnio siedziałem z moją narzeczoną przed telewizorem, oglądając film z elementami erotyki (marnymi, co prawda, ale lepszy rydz niż nic). Nagle narzeczona położyła mi rękę na udzie, spojrzała na mnie i powiedziała:
- To co? Lodzik?
Ja trochę w szoku, bo nigdy wcześniej nie proponowała mi seksu oralnego, ale stwierdziłem, że kiedyś musi być ten pierwszy raz. Wręcz czekałem na to, aż mi to zaproponuje. Zgodziłem się od razu.
Narzeczona wstała i gdzieś poszła (sądziłem, że do łazienki, żeby się przygotować czy coś), dlatego ja, już podniecony, zacząłem odpinać pasek i ściągać spodnie.
Po chwili narzeczona wraca z... dwoma czekoladowymi lodami na patyku.
Cholera, a byłem tak blisko :/
Dodaj anonimowe wyznanie