Jadę na pogrzeb starszej pani, która pod wpływem swoich antyszczepionkowych dzieci postanowiła przechorować "grypkę". W sumie nie chodzi o to, że zmarła - miała już sporo lat i choroby współistniejące, ale o jej dzieci.
Kilkanaście tygodni temu tak na luziku z nimi gadałem, że mimo iż przeszedłem znośnie #covid, to nie polecam nikomu. Na co laska mówi, że nie zna nikogo, kto by zmarł na tę "grypkę". Jej mąż coś tam nieśmiało wspomina o jakichś ciociach i wujkach ze swojej strony, a ona ostre wyparcie, że musieli mieć współistniejące i że starzy i że maseczki nie działają, nic nie działa i najlepiej przechorować.
A teraz najlepsza część.
Z okazji 11 listopada cała rodzina zwaliła się do rodziców. Ktoś tam był przeziębiony, ktoś miał kaszelek, gówniaki gile do pasa i... kilka dni później babcia zaczęła kasłać.
W międzyczasie u dzieci kaszelek się nasilił, antybiotyki nie działają i...10 osób pozytywnych. Babcia trafiła do szpitala, "czuła się dobrze". No a dzisiaj przyszedł czas na babcię.
I w sumie nie wiem czemu o tym piszę. Już czuję fikoły, że to nie oni zarazili, tylko w sklepie na babcię nachuchali, że współistniejące, że błąd w sztuce lekarskiej, że zaszczepieni też umierają...
Jest szansa na refleksję u takich ludzi po stracie bliskich?
#koronawirus
Moja żona nie pracuje - moja pensja wystarcza na nas oboje. Gdy wracam do domu, wiecznie słyszę narzekanie, od mojej drugiej połówki, jaka to nie jest zapracowana opieką nad dwójką dzieci, gotowaniem, sprzątaniem itd. Nieraz wracając do domu, musiałem sam sobie robić na szybko jakieś danie, bo na pytanie czy jest obiad, otrzymywałem dosyć nieprzyjemną wiązankę, z której wynikało jednoznacznie, że moja Weronika nie miała czasu na jego zrobienie. Nie narzekałem z tego powodu, może nieco się dziwiłem, że w domu jest tyle do roboty.
Rok temu dostałem w pracy obowiązkowy płatny dwutygodniowy urlop. Moja kobieta słysząc to, od razu postanowiła, że znajdzie sobie jakąś pracę i zostawi mi dom na głowie, żebym się przekonał jak to jest być nią. Jak powiedziała tak zrobiła, na szybko załatwiła sobie poprzez koleżankę pracę w sklepie odzieżowym i gdy przyszedł czas mojego urlopu zamieniliśmy się rolami.
Pewnie teraz wszystkie czytające 'internetowe mamy' czekają na końcówkę. Końcówkę, w której się okaże jak to sobie nie radzę, czekam na Weronikę aż tylko wróci z pracy, jak to nie mam czasu dla siebie i zaczyna mnie boleć od tego głowa, przez co muszę małżonce odmówić wieczornego seksu i ogólnie aż zacznę stękać i kwiczeć od nadmiaru obowiązków.
Otóż nie.
Po raz pierwszy moje dzieci były tak wcześnie w szkole, mimo że zawsze był z nimi problem i się spóźniały. O dziwo wystarczyło zabrać im telefony i powiedzieć, że dostaną je pod szkołą. Równo o 7:50 były przed salą, w plecaku zamiast drożdżówek miały kanapki zrobione przeze mnie. Tak, znalazłem na to czas. Prawdę mówiąc miałem go tyle, że zdążyłem rano odpowiedzieć na kilka maili. Po powrocie do domu, zrobieniu prania, ugotowaniu zupy z przepisu z internetu (naprawdę takie to ciężkie?), wyrzuceniu śmieci, umyciu naczyń i zrobieniu reszty obowiązków z listy, którą zrobiłem dzień wcześniej, nareszcie miałem czas na pogranie trochę w najnowszego wiedźmina. Mimo, że pracuję jako programista, nie mam czasu na gierki, czego nie bardzo rozumie moja Weronika.
Po powrocie dzieciaków ze szkoły, obiecałem im, że pogramy w planszówkę jak tylko odrobią lekcje. Tak też było, w czasie gdy spędzałem czas z dziećmi, wróciła moja małżonka. Ponarzekała, że pewnie cały dzień siedzę i się obijam, i poszła z koleżankami na miasto. Cóż...
Podobnie spędziłem następne dwa tygodnie wolnego. Dawno nie byłem tak zrelaksowany. Przeciwnie Weronika, dziesiątego dnia zrezygnowała z powodu 'okropnych warunków'. Oczywiście dowiedziałem się o tym po moim urlopie.
Puenta? Kobiety, skończcie marudzić, siedzenie w domu to naprawdę mało w porównaniu do pracy waszych facetów. A zapracowanie wynika z waszego braku organizacji.
Bonus: Przyjechała w odwiedziny teściowa i powiedziała do córki, że nareszcie dom nie wygląda jak burdel. Najlepsza pochwała jaką otrzymałem w życiu. :)
Podrywał mnie najbrzydszy chłopak w całej szkole. Wydawało się, że miał spoko charakter, więc chętnie z nim rozmawiałam i spotkaliśmy się. Okazało się, że typ jest dziwny. Bezustannie opowiadał o swoich kumplach, robiąc przerwy na usilne próby złapania mnie za rękę czy pocałunku. Wszystko było bardzo nietaktowne i bez wyczucia. Zaproponowałam mu przyjacielskie stosunki i póki co - kumplowanie się.
Koleś nagle zaczął mnie obrażać... Wyzywać od grubasek, kazał mi iść schudnąć i krytykował mój wygląd w wulgarny sposób (gdzie jeszcze 10 minut temu prawił mi komplementy i zachwycał się mym pięknem). Skwitowałam chłopa, że jest ostatnią osobą na świecie, która powinna krytykować czyjś wygląd. Co prawda po tym tekście przestał do mnie wypisywać z różnych numerów i kont, ale zrobił mi mini piekiełko.
Następnego dnia w szkole WSZYSCY jego koledzy i ich kumple mnie wyzywali.
Głównie od grubasek, bo nie byłam wtedy super szczupłą dziewczyną. Nie wiem co on im naopowiadał, że pluli jadem i obrywało mi się za samo stanie na szkolnym korytarzu czy przechodzenie obok nich.
Całe szczęście jakoś to przetrwałam i po wakacjach praktycznie dali mi spokój.
Myślałam, że jestem silna i sobie z tym poradziłam. Jednak bardzo odbiło się to na mojej samoocenie. Ponieważ uwierzyłam im, że jestem super gruba i przez to nieatrakcyjna (a wyglądałam wtedy prześlicznie). Przez resztę edukacji ukrywałam się w luźnych bluzach i czarnym kolorze.
Patrząc na to po latach, bawi mnie ta sytuacja. Teraz jestem zupełnie inną osobą i NIKT nie jest w stanie komentarzem czy wyzwiskiem wpłynąć na moje dobre samopoczucie. Jestem już dorosła i bardzo pewna siebie, uznałam tamto wydarzenie za cenną lekcję. Zrozumiałam również, jak łatwo wpoić stek bzdur dorastającej nastolatce odnośnie jej wyglądu.
PS Jakby co to typ został patusem i jego żona regularnie żali się na grupie wsparcia dla kobiet, w której jestem. Mieszka i jest na utrzymaniu jego rodziców.
Każdy, kto przez pewien czas mieszkał w bloku, zauważył pewnie, że budynki te posiadają wręcz perfekcyjne walory akustyczne i niejednokrotnie, nawet bez naszych chęci, możemy się dowiedzieć, co robi nasz sąsiad.
Sytuacja z dzisiaj.
Gotowałam z siostrą z kuchni, aż nagle słychać mega głośne kichnięcie w wykonaniu mojego sąsiada dwa piętra wyżej. Siostra niby dla żartów krzyknęła "na zdrowie!". Jakież było nasze zdziwienie, gdy po chwili sąsiad radośnie odkrzyknął "dziękuję!" :).
Mam 26 lat, jestem w związku z dziewczyną od jakiegoś czasu, mieszkamy razem, kocham ją, ale...
Powoli nie mam sił, wszystko jest na mojej głowie - sprzątanie, gotowanie, zakupy. Jeśli ja nie zrobię obiadu do pracy to wiem, że nic nie będę miał do wzięcia i ona też. Co do sprzątania to ustaliliśmy kto się czym zajmuje, co sprząta itp. Było OK, każdy w miarę się wywiązywał ze swoich obowiązków, aż do czasu, gdzie ja muszę się zajmować wszystkim w sumie, bo nie mogę patrzeć na ten syf, który jest zostawiony. Nie jestem pedantem, ale jeśli mnie denerwuje nieporządek, to jest już coś na rzeczy. Próbowałem rozmawiać, rozwiązać jakoś te problemy, bo nie trzeba do tego dużo chęci i czasu, ale jedyne z czym się spotykam to awantura i że ogarnie to później. Nie mogę nic powiedzieć, bo zaraz się obraża. Ogólnie też zdarzyło się jej powiedzieć, że nie można na mnie polegać i jestem krytykowany, może nie na każdym kroku, ale na co drugim ;) Jak jej zwrócę uwagę, bo faktycznie coś źle zrobiła, ale nie wytykam tego, tylko mówię, że można by to zrobić w ten i ten sposób, to ona od razu, że się czepiam. Jestem na takim etapie, że sam nie wiem, czy to ze mną coś jest nie tak, czy po prostu mam już taki zryty "beret". Nie chcę jej rzucać, ale jeśli nie będzie innego wyjścia na zmianę tej sytuacji, to chyba nie ma wyjścia.
Sytuacje, które opisałem, to tylko czubek góry lodowej i wydają się błahe, natomiast wszystko już mi się tak kumuluje, że jak mam wrócić do domu, to mi się odechciewa.
Od zawsze ćwiczyłem łyżwiarstwo. Mój dziadek często żartuje, że na lodzie śmigałem szybciej niż nauczyłem się chodzić. Wkładałem w ten sport całe serce, ambicję, każdą wolną chwilę (nie znaczy to, że jestem jakimś okrutnikiem bez znajomych, chociaż mój charakter raczej nie przyciąga). Nie widziałem siebie nigdzie więcej niż tylko na lodzie.
Miałem też swojego rywala, ot, zwykle paskudnie na siebie warczeliśmy i życzyliśmy sobie niepowodzenia, chociaż raczej nikt z nas nie miał czegoś okropnego na myśli. Wszystkie mniejsze kombinacje robiliśmy niemal równocześnie, a każdy chciał być od drugiego lepszy, no bo jak to tak?
Zgadniecie? Zgadniecie!
Wypadek samochodowy, paraliż od pasa w dół. Na rękach sobie już chyba co najwyżej pojeżdżę.
Ale... Za to nadal mogę krytykować każdy występ mojego chłopaka!
#zwiazekmarihuana
#narkotykizwiazek
Jestem z facetem od czerwca 2020 r., czyli to już ponad rok. Od początku wspomniał, że popala. Myślałam, że to okazyjnie, przy jakiejś imprezie. Ale jak się okazało, wcale nie. Robi to codziennie.
Na początku nie traktowałam go poważnie, ale szybko zamieszkaliśmy razem. Wiele razy kłóciłam się z nim o to, że jara ten szit, żeby przestał. Twierdził, że przestanie. Uhm... w rezultacie jest tego coraz więcej. Nie mam już siły z jego zmiennymi nastrojami, rozdrażnieniem, brakiem dogadania się. Czytałam o tym, o skutkach palenia - wypisz wymaluj, wszystko się zgadza. Jest mi przykro, bo wiem, że z kimś takim nie ułożę sobie życia. Mimo wszystko szkoda mi tego związku.
O wszystko mnie obwinia, kiedy się kłócimy.
Mieszkamy aktualnie u niego. Ale już tysiąc razy się pakowałam, zawsze mnie zatrzymywał, prosił, żebym tego nie robiła.
Już przez te nerwy nie raz go zwyzywałam, bo nie mogę tego przetrawić, tych jego fochów i dąsów. Zazdrość i sprawdzanie telefonu też było. Z jego strony.
Sama nie wiem, po co to piszę. Chyba już z bezradności.
Czy ktoś z Was tak miał?
Dajcie mi jakiegoś kopa.
Kilka lat temu w moim życiu nastąpiły pewne zmiany. Musiałam się przeprowadzić. Wiązało się to również ze zmianą uczelni, gdyż dojazdy do dotychczasowej zajęłyby mi codziennie 2,5 godziny w jedną stronę. Udało się wszystko załatwić i nowy semestr zaczynałam w nowej szkole.
Pierwszy dzień na nowym uniwerku był stresujący. Kręciłam się po budynku dobre 30 minut zanim ogarnęłam w ogóle, w którą stronę pójść. Kiedy zniechęcona stanęłam podeszła do mnie uśmiechnięta dziewczyna (UD) chcąc wybawić mnie z opresji.
UD: Cześć, widzę, że się kręcisz w kółko, czego szukasz?
JA: Sali 408, nie chciałabym spóźnić się pierwszego dnia, a wszystko na to wskazuje,
UD: To masz teraz terapię psychopedagogiczną?
JA: Tak.
UD: Nie wiedziałam, że ktoś do nas ma dojść.
JA: Przeniosłam się z innej uczelni ze względu na przeprowadzkę.
UD: To chodź, pójdziemy razem.
Okazało się, że byłam w całkiem innej części budynku i dojście we właściwe miejsce zajęło nam chwilę. Przez ten czas dowiedziałam się, że "Anka, starościna to straszna pipa, że Władek przeleciał poprzednią wykładowczynie tego przedmiotu, zakończyło się skandalem, że nie wie co to za jedna teraz będzie ich uczyć, ale ma jakieś dziwne nazwisko i pewnie to jakaś popieprzona żydówa". Słuchałam przytakując z degustacją, będąc zaskoczona brakiem kultury UD. Kiedy w końcu dotarłyśmy pod salę UD, krzyknęła na grupę i powiedziała:
UD: Chodźcie tu gamonie, przedstawiam wam XXX, od dzisiaj...
JA: Będzie was uczyć terapii psychopedagogicznej, zapraszam Państwa do sali.
Dziewczyna weszła na miękkich nogach i nie odezwała się przez cały semestr (chociaż z tego co później się dowiedziałam, była bardzo aktywna, zwłaszcza w rzucaniu kija w szprychy na innych przedmiotach). Na koniec semestru oceniłam ją sprawiedliwie dostała 4,5. Te 0,5 odjęłam za brak aktywności.
Takich przygód ze studentami miałam wiele. Miałam 27 lat jak obroniłam doktorat, więc często mylono mnie ze studentami, nawet z dziekanatu zostałam kiedyś wywalona, ale o tym to może innym razem. A żydówką nie jestem ;)
Moje życie jest skomplikowane. Mam cudownego męża i córkę, ale mieszkamy osobno (mąż za granicą). Ja z córką mieszkam z moimi rodzicami, nic nam nie brakuje, można pomyśleć, że nawet fajne mam to życie, ale tak nie jest.
Mama ma depresję. Nie wiem jak jej pomóc, nie chce się zmusić, by pójść do specjalisty. Cały czas uważa, że ja i moje rodzeństwo myślimy tylko o sobie, że czekamy, aż jej nie będzie… Bolą mnie jej słowa. Dla niej zostałam, by jej pomóc, wspierać, choć wolę życie za granicą z mężem i tam chcę żyć.
Przez to wszystko tracę radość z życia, nie mam już siły być między młotem a kowadłem. Można powiedzieć, że mama rządzi moim życiem, wszystko podporządkowuję pod jej dyktando, nie mam własnego zdania. Kiedyś mi nawet powiedziała, że jak wyjadę, to ona nie chce ze mną kontaktu.
Czasem myślę, że też dostaję depresji przez to wszystko. Płaczę po nocach, uśmiecham się na siłę dla córki.
Chcę uciec, ale nie potrafię. Cierpię od wewnątrz.
Jesień, dzień jak co dzień, dzień po dniu... a nie, nie, nie, cofnij. Na niebie więcej chmur, nieprzyjemnych wiatr ucierający nosa, chęci do życia automatycznie spadają o kilka punktów procentowych poprzez samo patrzenie przez okno. No i przyszedł jeszcze on... Okres. Tak wyczekiwany, tak znienawidzony. Wiele aspektów, nie tylko pogoda i krwawa rzeź maciczna złożyły się, że miałam bardzo ciężki dzień. W drodze ze szkoły moje marzenie o wskoczeniu pod ciepły kocyk uprzedziła jeszcze wizyta w supermarkecie. W moim koszyku tampony i saszetka kakao.
Zmierzając do kasy, wpadłam na bardzo miłego pana, przeprosił, przepuścił w kolejce, bo widząc moje zakupy i ogólny stan wyraźnie zrobiło mu się szkoda. Jejć, trochę ciepła w ten okropny dzień.
- Proszę, niech pani stanie w kolejce przede mną, pewnie bardziej przyda się pani odpoczynek, im szybciej, tym lepiej.
- Dziękuję bardzo.
- A tak jeszcze napomknę, na twoim miejscu wziąłbym kupił jakiś odplamiacz, masz wielką plamę krwi na d*upie.
Wygrał wszystko, uwieńczył w swoich prostych słowach piękno tego dnia. Ot. Koniec historii.
Dodaj anonimowe wyznanie