#KWxkk

Od początku 2020 pracowałam w Wojewódzkim Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, zajmowałam się programem Czyste Powietrze przy dziale komunikacji z klientem, ale również komputerową bazą danych. Wyjaśniałam, jak należy przystąpić do programu, pomagałam objaśnić wszystkie kroki. Jednym z nich była niezbędna likwidacja pieca na źródło stałe niespełniające minimum klasy 5.

Wielu klientów decydowało się na pellet oraz ekogroszek, ale też nie brakowało zainteresowanych ocieplaniem na gaz. Dobrze mi się pracowało. Niestety ostatnio głównie dzwoniły osoby rozwścieczone, które musiały koniecznie wyrzucić frustrację na miejsce, w którym dokonywały kwalifikacji do inwestycji. Naprawdę mi ich wszystkich żal, ja sama też ucierpiałam w wyniku tego, do czego doprowadził nasz rząd. Tylko ja jakoś sobie poradzę, a sporo naszych beneficjentów pochodziło ze wsi, małych domów sięgających pamięcią czasy II wojny światowej, a w nich starsze osoby, niekiedy takie, którym nikt nie mógł pomóc przy wypełnianiu wniosków. Współczuję im, ale padały w moją stronę wyzwiska, tak jakbym była bezpośrednio odpowiedzialna za to, co się dzieje. Nie wytrzymywałam psychicznie. Pewnego dnia rozpłakałam się w pracy, a na następny dzień złożyłam rezygnację. Pożegnałam się ze wszystkimi, ale nie próbowali mnie namawiać, bym została, widzieli, jak to przeżywałam. Pomyślałam, że jakoś odpocznę i znajdę sobie inną pracę, która nie będzie miała związku z polityką w jakimkolwiek stopniu, ale gdy chciałam podjąć pracę w markecie, zaczął mi towarzyszyć niekontrolowany strach. Wyszło na to, że obecnie wymagam wizyt z psychiatrą.

Obecnie zaczynam leczenie lekami na zaburzenia lękowe. Mam nadzieję, że pomogą mi, bo chcę pracować wśród ludzi.

#d4idV

Dobrych dziesięć lat temu odbył się w Polsce koncert znanego rockowego zespołu. Prawdziwej legendy, dinozaurów, którzy na nogach trzymają się tylko i wyłącznie dzięki regularnym transfuzjom krwi i pierwszorzędnej jakości kokainie. W tamtym czasie z gotówką u mnie było krucho, pomieszkiwałem po znajomych, trochę włóczyłem się po kraju szukając swojego miejsca. Mniejsza z tym - ten koncert był czymś, czego odpuścić nie mogłem. Brak forsy zmusił mnie do improwizowania.
Nie miałem nic do stracenia. Spakowałem plecak i poleciałem na miejsce imprezy. Budynek otoczony był wysoką, kilkumetrową siatką, a przy wszystkich bramkach stali bileterzy. No, nic. Akurat się zmraczało. Obszedłem obiekt dookoła i znalazłem miejsce trochę ukryte przed oczami ochrony. Przerzuciłem plecak, wlazłem na siatkę, na górze nadziałem się moszną na pręt, straciłem równowagę i zleciałem. Na szczęście na drugą stronę. Pozbierałem się do kupy i kuśtykając podbiegłem na parking, przycupnąłem sobie za jakimś autem i z plecaka wyciągnąłem starą pamiątkę po czasach, gdy pracowałem jeszcze na giełdzie samochodowej - przetyraną, pomarańczową kamizelkę z napisem "Obsługa".
Uwierzcie lub nie, ale nie tylko wszedłem do sali, ale i bez problemu wbiłem się na najlepszy sektor. Po prostu szedłem bardzo energicznym, pewnym krokiem, patrząc się przed siebie i robiąc wrażenie kogoś bardzo zapracowanego.
Gdy już byłem pod sceną i czekałem na początek imprezy, poczułem na ramieniu ciężkie łapsko. Odwróciłem się i zobaczyłem wielkiego, wąsatego ochroniarza, który mógłby być moim dziadkiem. Wielkim, umięśnionym i bardzo surowym dziadkiem.
Bezceremonialnie zostałem wyprowadzony przed salę. Gdy byliśmy już sami, facet mnie puścił, a następnie odpaliwszy papierosa rzekł:
- Tak sobie patrzę w monitoring i widzę, że ty niezły miszyn imposybl odpierd@lasz... Najpierw zj#bałeś się z płotu niczym jakiś ninja, potem ten numer z kamizelką. Nieźle, nieźle.
Myślałem, że zaraz zawoła resztę ochrony i zostanę wywalony na ząbki. A jednak nie.
- W 1967 roku... - kontynuował dziadek - ...kiedy Rolling Stonesi grali w Sali Kongresowej, byłem w twoim wieku. Nie miałem forsy, biletów oczywiście już nie było. I wiesz co? Musiałem, kur#a, udawać ciecia i biegać po korytarzu ze ścierką, żeby nikt się nie zorientował, że jestem tylko gówniarzem, który kocha rocka. Idź, młody, bo zaraz się koncert zacznie.
To był najmilszy gest, jaki ktoś w stosunku do mnie uczynił. A ten koncert zapamiętam do końca życia! Dziękuję, ci panie "dziadek"! :)

#pxr72

Jestem pielęgniarką na oddziale onkologicznym. Parę lat temu mieliśmy na oddziale 45-letniego pana Marka, który miał dwóch nastoletnich synów i 22-letnią córkę. Cała rodzina, na czele z żoną, siedząc przy szpitalnym łóżku, nie kryła rozpaczy. Wyjątkiem była właśnie ta młoda, śliczna dziewczyna. Tuż przed wejściem do sali na jej twarz wstępował uśmiech; żartowała z ojcem, przekomarzali się, było widać, że łączy ich naprawdę cudowna więź. Tak było aż do dnia, gdy stan naszego pacjenta gwałtownie się pogorszył; lekarze dawali mu co najwyżej kilka dni. Wieczorem, gdy przechodziłam obok pokoju, w którym leżał, usłyszałam płacz i słowa, które do dzisiaj brzęczą mi w głowie „Przecież miałeś mnie kiedyś poprowadzić do ołtarza, jak możesz się tak wymigiwać? Co, nie chcesz widzieć, jak jakiś błędny rycerz porywa ci twoją księżniczkę?”. Po wejściu do dyżurki rozryczałam się jak bóbr.
Wiecie co się stało następnego dnia? Cud. Ten sam człowiek, który zdążył się już wyspowiadać „w razie co”, nagle zaczął tryskać energią. Dwa miesiące później wyszedł ze szpitala. Niecałe półtora roku po otrzymaniu wypisu dotrzymał słowa – poprowadził swoją księżniczkę do ołtarza. Zmarł dwa miesiące później.

#MbAul

Pracuję za granicą w hotelu. Moimi przełożonymi jest polskie małżeństwo mieszkające tam już paręnaście lat i ich kumpelka. Ten koleś chodzi po pokojach, z których wyjeżdżają goście przed nami, osobami sprzątającymi, i zabiera napiwki, które nam zostawiają goście, więc czasem urządzam sobie wyścig, żeby być przed nim :D Ja wprost nie powiedziałam mu, że wiem, że on to robi, no bo to kolesiostwo między nimi, ale no umówmy się, każdy normalny by się skapnął. Ale to jest jeszcze nic. Jak znajduję alkohol zostawiony w pokojach, np. butelkę z łykiem czy dwoma wódki albo wina, i zostawiam je w kantorku, żeby zanieść na koniec dnia na bar do śmieci ze szkłem, to w magiczny sposób akurat te butelki również znikają i na koniec dnia zostaje tylko puste szkło.

Chyba w odwecie zacznę dolewać do butelek od wódki wody do połowy i tak zostawiać. To będzie cicha wiadomość ode mnie, że wiem, co ten frajer wyczynia.

#IJSGp

Swego czasu bardzo często bywałam u dentysty. Pewnego dnia, gdy siedziałam już na fotelu (leczone były jedynki) po skończonym zabiegu, dentystka kazała wypluć mi całą zgromadzoną wodę i ślinę. Jako iż byłam otępiona z bólu, nie myśląc, tak jak siedziałam wyplułam wszystko przed siebie... Ja cała mokra, fotel również.

Dentystka owszem, kazała mi wszystko wypluć, ale do tego zlewu, który był obok... Nigdy nie zapomnę jej zszokowanej miny.

To była moja ostatnia wizyta u tej pani ;)

#k0lsz

Zastanawia mnie, jak to jest...

Gdy mówi się o zaostrzeniu kary za przerwanie mszy świętej lub obrażaniu wiary katolickiej, to jest larum w niektórych środowiskach: „Ajoj! Mordują wolność słowa. Wezwijcie Pamelę Anderson!”. Następnie te same środowiska wysuwają postulaty, aby wprowadzić jak na zachodzie kary za „mowę nienawiści”. Czyli powiesz „pedał” – płacisz bardzo wysoką karę. W Niemczech to jest chyba z kilka tysięcy euro.

Nie mogę tej hipokryzji zrozumieć. Trzeba się zdecydować. Albo wszyscy wszystkich mogą obrażać, albo nikt nikogo.

Wydaje mi się, że opcja pierwsza jest lepsza. Bo człowiek musi się czasem wygadać.
Natomiast jeżeli te środowiska pragną być ochraniane przez policję na swoich spędach równości, to chyba powinni popierać też ochronę innych na ichnich spędach. Budzi to mój niesmak, że ktoś, kto próbuje przedstawiać swoje poglądy jako nowoczesne, jest pełen sprzeczności. Nowoczesne powinno być chyba lepsze, a nie brzmieć jak po prostu wyliczanka tego, co ja chcę, nie licząc się z innymi.

Nie daję wiary, że taki pogląd reprezentują młodzi, wykształceni ludzie z większych miast. Przecież nie mogą to być aż takie pustaki?
Nie czuję też, abym komuś szkodził tylko dlatego, że pójdę do kościoła się pomodlić czy na mszę, żeby aż trzeba było mi to zniszczyć i podeptać.

#YZTBm

Dobrych parę lat temu, po maturze, poleciałam do Londynu trochę dorobić. Opiekowałam się dzieckiem.

Jestem ze wsi. Początki poruszania się po tak wielkim mieście, w dodatku za granicą, nie były łatwe. I pech chciał, że jadąc autobusem wysiadłam na złym przystanku. Zaczyna padać, bateria rozładowana, dziecko głodne. Znałam tylko adres, zaczepiam więc ludzi, łamanym angielskim, wyuczonym w szkole, pytam ludzi, czy wiedzą gdzie mieszkam. Każdy kiwa głową, śpieszy się, idzie dalej. Podłamana trochę, bo byłam raczej gdzieś na wylotówce niż w centrum, pytam gościa o adres, ten patrzy na mnie i pyta w jakim języku mówię, bo z angielskim mało ma to wspólnego, skąd jestem, Russia, German, Ukraine? A ja nieśmiało „from Poland”. A on „łoo kur#a, dziewczyno!”. I już byłam w domu! Zaprowadził mnie do polskiego sklepu, tam podłączyłam telefon, zadzwoniłam do matki małej, która po nas przyjechała.

Nie wywalili mnie, ale do końca pobytu byłam dużo ostrożniejsza :-)

#3IrgF

Jestem bardzo nieśmiała i rzadko kiedy publicznie się odzywam, bo gdy jestem podenerwowana, to łamie mi się głos, zaczynam się czerwienić i czuję się jak ostatnia idiotka. 

Kiedyś udzielałam wywiadu do lokalnej telewizji na temat wydarzenia kulturalnego, którego byłam współorganizatorką. Wiadomo, stres, ale wspięłam się na wyżyny swoich możliwości i w miarę sensownie odpowiadałam na wszystkie pytania.

Po kilku minutach mojego nawijania, kiedy już odetchnęłam z ulgą, że mam to za sobą, kamerzysta przypomniał sobie, że nie włączył kamery...

#Mcpym

Mam starszą o kilkanaście lat siostrę oraz młodszego o rok brata. A. była dla nas bez porównania lepszą siostrą niż my dla niej braćmi. Skutecznie też oduczyła nas złodziejstwa i grzebania w cudzych rzeczach kilkoma prostymi sposobami.

Umiała tak zafarbować białe landrynki/najobrzydliwsze w smaku JellyBeans, by wyglądały na te smaczne. Czasami w środku natrafialiśmy na bobki jej koszatniczek (takie wiewiórki). Nigdy nie znaleźliśmy niezaminowanych słodyczy, mimo podbierania ich ze skrytek, z których sama je jadła chwilę wcześniej na naszych oczach. Umiała bezśladowo faszerować czekoladki, butelki/puszki z coca-colą (ew. każdym innym, słodzonym, zakazanym dla nas napojem z bąbelkami) silnym środkiem przeczyszczającym. Czasami było to coś piekielnie gorzkiego i zarazem barwiącego, co nie dość, że powodowało odruch wymiotny, to jeszcze no cóż... ślady zbrodni były wszędzie. Nieważne, którą stroną wyszły. Gdy próbowaliśmy podbierać jej odświętnie spożywane piwo (i każdy inny alkohol), zawsze było ono piekielnie słone/gorzkie, kończyło się sraniem albo rzyganiem. Ona sama na naszych jadła/piła teoretycznie te same produkty i... nic. Gdy przekopywaliśmy jej pokój podczas jej nieobecności, na głowy spadły nam m.in. martwy kot, szczur, przejrzała purchawka, pełna pyłu huba (taki grzyb), kilka kilo książek oraz wylało nam się na głowy coś przypominające wymiociny, innym razem melasa.

Mama i tata przy próbach żalenia się na złą siostrę nie dość, że żali nie uznawali, to jeszcze kazali nam po wszystkim sprzątać, siostrę przeprosić i dokładali karę od siebie. Prawdopodobnie dzięki temu wyszliśmy z bratem na ludzi, bo gnoje były z nas wybitnie podłe.

Od tamtych czasów minęło kilka lat. Porozmawialiśmy o tym z siostrą (obecnie nasza najlepsza przyjaciółka), pośmialiśmy się, poprosiliśmy z bratem o powtórkę ze spożywczej gamy rozrywek. Chcieliśmy sprawdzić, czy znów się nabierzemy. Nabraliśmy się. Rodzice, którzy postanowili sprawdzić jej legendarne umiejętności, również. Nikt z rodziny, kto się owym „challenge'em” zainteresował nie dał rady. Siostra dawała nam słodycze z pudełka, z którego też sama jadła (czasami po kilka sztuk naraz, nabieranych garścią), oraz picie z butelki/puszki, z której sama też piła. Jej nigdy nic nie było. Nawet język jej się nie zabarwił.

Teraz straszę moje dzieci ciotką czarownicą. Względnie ufoludkiem albo Reptilianką :D
Dodaj anonimowe wyznanie