Jestem w związku kilka lat. Nie dorobiliśmy się dzieci, nie mamy własnego mieszkania, wynajmujemy kawalerkę w Poznaniu, nie wzięliśmy ślubu, chociaż jesteśmy zaręczeni od kilku lat. Mój partner w ogóle nie podejmuje tematu rozmowy w tych trzech ww. kwestiach. Z perspektywy czasu widzę, że to ja jestem inicjatorką rozmów i działań dotyczących ważnych życiowych kwestii. Dodatkowo rodzice partnera narzucają mi swoje zdanie. Nie szanują tego, co mówię. Każde moje hobby czy chęć np. udziału w wolontariacie jest traktowane jako coś dziwnego. Wciskają mi na siłę rzeczy lub pieniądze, których nie chcę. A mój partner nie potrafi postawić w kulturalny sposób granic między naszym związkiem a swoimi rodzicami. Kiedy jego rodzice wyprowadzają mnie z równowagi, od partnera słyszę, że przesadzam i na pewno nie mieli nic złego na myśli...
Mam 34 lata, za osiągnięcie uważam zdobycie wyższego wykształcenia i w miarę dobrej pracy. Życie prywatne to pasmo frustracji.
Witajcie, to będzie moje pierwsze wyznanie na tej stronie, niektórych może trochę zszokować, do rzeczy...
Z moją dziewczyną mieszkam od 2 miesięcy, nazwijmy ją Nina, mam również młodszą siostrzyczkę, ma 3,5 roku, stawia swoje pierwsze kroki. Pewnego wieczoru zrobiłem kolację dla mnie i dla mojej lubej, towarzyszyła nam miła atmosfera, nagle zadzwonił telefon, mam dość wydajny głośnik, więc Nina słyszała całą rozmowę z moją mamą.
Powiadomiła mnie o tym, że z tatą chce wyjechać na weekend i będę miał obowiązek zająć się młodą przez te 3 dni. Luba była dość dobrze nastawiona, dorabiam w weekendy, więc zostawiłem je same...
W piątek wszystko było w porządku, wróciłem z pracy i zjedliśmy razem wspólny posiłek, młoda poszła spać, a ja z Niną oglądałem jeszcze filmy. Na następny dzień pojechałem do pracy, po paru godzinach zorientowałem się, że nie zabrałem pewnych dokumentów z domu, więc się tam udałem.
Wchodzę do domu... I słyszę krzyki mojej lubej, pozwolę sobie zacytować: "Ty suko, jak mogłaś to zrobić, pieprzona dziwko!". I płacz malutkiej. Okazało się, że moja luba krzyczała na małe dziecko, bo ta poplamiła jej nową bluzkę herbatką...
Nie mam pojęcia, co mam z tym zrobić, gdybym nie przyszedł, to doszłoby chyba do tragedii, jednak wcześniej nie zauważyłem u Niny takich agresywnych zachowań wobec dzieci, czy w ogóle kogokolwiek. Wyprowadziła się ode mnie, bo zrobiłem awanturę, nie będę akceptował takich zachowań i przemocy nad dziećmi. Wydaje mi się, że dobrze postąpiłem każąc jej się wyprowadzić i na całe szczęście - nie mamy własnych dzieci.
Zaczęłam randkować z facetem. Było miło, dopóki nie powiedział, że dla niego pocałunki i przytulanie to jedynie wstęp do seksu. Właśnie z tego powodu od razu stał się dla mnie aseksualny. Jeszcze potem zaczął się żalić, że dziewczyna, z którą był, szybko stała się dla niego oziębła. Kompletna porażka...
Mój dziadek jest starym metalowcem. Ma długie siwe włosy spięte w kitę oraz brodę, którą czasem plecie sobie w warkocz. Odkąd pamiętam - zawsze miał taki imidż.
Przygodę z metalem zaczął jakoś w pierwszej połowie lat 70., kiedy to na czarnym rynku krążyły płyty gramofonowe (i tzw. pocztówki) z zachodnią muzyką. Dziadek - wówczas liczący sobie 30 lat z hakiem zachłysnął się pierwszymi albumami Black Sabbath, Led Zeppelin i całej masy innych hardrockowców.
Wcześniej nauczył się wymiatać na wiośle i nawet miał swoją kapelę, ale jak wspomina - każde wspólne granie kończyło się szybko, bo perkusista był bardzo utalentowanym producentem bimbru i już po zagraniu kilku numerów, któryś z członków kapeli lądował z głową w misce stojącej za garażem, który to pełnił rolę sali prób.
Babcia, która niańczyła w domu mojego małego tatę, przymykała oko na wszystkie dziadkowe hobby. A było tego sporo - koncerty, imprezy, zloty itp. W 1984 roku dziadek pojechał Nysą na koncert Iron Maiden. Do dziś wspomina ten dzień ze łzami w oczach. Tak bardzo się wówczas wzruszył, że po zobaczeniu występu, przez dwa dni nie wracał do domu, bo zaimprezował z lokalną ekipą polskich fanów tej kapeli. A swoje latka już wtedy miał...
We wczesnych latach 80. dziadek nie pił już dużo alkoholu, bo za sprawą Włodka - swojego kolegi jeszcze ze szkolnej ławki, poznał marihuanę. W tamtych czasach nikt nikogo nie ścigał za posiadanie krzaczka na parapecie, czy w ogródku. Dziadek zawsze na początku sezonu wbijał z kumplami na babciną działkę ogrodniczą i sadził zielsko między pomidorami. Babcia potem ponoć całe lato wściekała się na intensywny zapach, który aż kłuł w nozdrza. Zresztą do dziś mój sędziwy dziadek lubi sobie zapalić skręta. Mówi, że to łagodzi jego bóle w korzonkach. Pali zresztą z tym samym Włodkiem, który go w to "wciągnął".
Wracając do muzyki. Dwa lata temu dziadek z babcią pojechali do sanatorium, do jakichś tężni, czy innego cholerstwa. Co drugi dzień dzwonił do mnie i narzekał na sztywny klimat. "Ci ludzie zachowują się jakby byli w jakimś pieprzonym salonie pogrzebowym. Nikt się nawet nie napije, a o zajaraniu skręta mowy nawet nie ma!" - mówił.
Specjalnie dla emerytów przygotowano dansing. Babcia zawlokła tam wielce niepocieszonego dziadka. Ku jego zgrozie wodzirej puszczał kawałki Krawczyka, Bajmu i Czerwonych Fujar (jak to dziadek powiedział). Dziadzio długo nie wytrzymał. Poczłapał do swojego pokoju i przytargał ze sobą płytę. Wręczył ją mistrzowi ceremonii tłumacząc, że to Grechuta czy jakiś tam inny dinozaur. W ten sposób staruszkowie poczęstowani zostali energetycznym kawałkiem grupy Venom. Na parkiecie ostał się tylko dziadek i jakiś inny, niepozorny staruszek, który jak się okazało - również lubi ciężkie granie. Teraz są kumplami i wymieniają się muzycznymi nowinkami...
Myślę, że to jest idealna historia na anonimowe, ponieważ nigdy nikomu tego nie powiem.
Jak byłam mała, to mieszkałam na wsi, więc logiczne, że ja i natura byłyśmy naprawdę blisko. Cóż, za blisko... Pewnego wieczora podczas mycia się (na szczęście byłam na tyle duża, żeby myć się sama) znalazłam między pośladkami... ślimaka. Tak. Ślimaka.
Małego, na szczęście :D
Będąc w gimnazjum, pożyczyłem znajomemu książkę. Będąc w liceum, dostałem ją od niego jako prezent urodzinowy...
Gdy ktoś dowiaduje się, że mieszkam na czwartym piętrze w bloku i mam owczarka niemieckiego, najczęściej reaguje z oburzeniem (żeby nie powiedzieć z pianą na pysku), jakbym mordował mojego pupila dzień po dniu, kawałek po kawałku, argumentując swoją złość tym, że to duży pies i MUSI mieszkać w domu, bo musi się wybiegać.
Nie rozumiejąc tej agresywnej reakcji pytam, czy w takim razie nie jest to równie okrutne traktowanie mnie jako człowieka? Przecież sam mam prawie dwa metry wzrostu, więc jako duży człowiek też MUSZĘ się wybiegać, też się męczę, też się czuję jak w klatce.
Mój pies i ja mamy się świetnie, oboje mamy zdrową sylwetkę, a dom służy nam jedynie do odpoczynku i jedzenia. No i uczenia się komend :)
Całe życie wyglądałam jak anorektyczka. Ludzie pytali niby żartem, czy w domu mnie nie karmią, czemu nie jem, nawet były nieraz rozmowy ze szkolnymi pedagogami o anoreksji przez całą moją szkolną karierę.
A prawda była taka, że ja nie jadłam, ja żarłam. Lubiłam zjeść, choć nigdy nie miałam jakiejś fastfoodowej diety. Tak bardzo chciałam usiąść i nie czuć swojego kościstego tyłka. Ale nic nie dawało. Byłam chuda i już. A teksty, które słyszałam non stop, wcale mnie nie pocieszały.
Wszystko się zmieniło, gdy zachorowałam. W ciągu kilku miesięcy przybrałam znacznie na wadze. 12 kg. Dodam, że jestem dość niską dziewczyną. Gdy w ciągu jednego roku wymieniasz całą garderobę z XS do małego M, jest to mocno zauważalne.
I wiecie co? Teraz słyszę, że może dieta, że ćwiczenia, że chyba troszkę tyłek mi się poszerzył, że koleżanka zna świetne ćwiczenia na oponkę... Od tych samych osób!
Te same osoby, które wpędziły mnie w kompleksy przez moją niedowagę, teraz wprawiają mnie w kompleksy, bo mam na czym usiąść.
I wiecie co... Lubię swoją D U P Ę!
Pomimo młodego wieku od paru lat borykam się z umiarkowaną nadwagą, akceptacją samej siebie i swojej urody. Z nadwagą od jakiegoś czasu walczę (aby nie zacząć się turlać), z urodą pod względem psychiki jest coraz lepiej, więc ogólnie pomimo mojego pesymizmu odziedziczonego po wujku Schopenhauerze uważam, że jestem na całkiem dobrej drodze życia.
Parę dni temu szłam przez miasto w kierunku PKP niosąc w dłoni książkę. Gdy dotarłam na miejsce, a zapowiadało się jeszcze trochę czekania, rzuciłam się na pierwszą lepszą ławkę i zaczęłam czytać. W pewnym momencie zanotowałam, że ktoś przede mną stoi (kobieta w średnim wieku) i kończy właśnie zdanie, którego nie usłyszałam. Odruchowo poprosiłam, aby powtórzyła, na co ona odpowiedziała "i co tam czytasz, paskudo skończona" i... poszła sobie. Tak po prostu momentalnie odeszła.
Gdybym powiedziała, że mnie to nie zabolało, to bym skłamała. Tym bardziej że była to obca osoba, która pewnie przez zły humor postanowiła dopiec innej obcej osobie do żywego. Gdybym nie miała przy sobie tej książki, która z miejsca pozwoliła mi powrócić do wyimaginowanego świata, to najpewniej bym się z żalu rozpłakała.
Książki są okey. Ludzie to najgorsze pasożyty na świecie.
Jestem w 2 klasie technikum. Jakiś czas temu na lekcji poruszyliśmy temat samoobrony i nauczyciel rzucił tekstem, że „warto mieć przy sobie jakiś gaz pieprzowy, bo są tacy, co nawet faceta mogą zgwałcić”. Nie pamiętam słowo w słowo, ale coś w tym stylu. Osoby z mojej klasy zaczęły się śmiać.
Serio, ludzie? Gwałt na mężczyznach to śmiesznie? W jakim świecie oni żyją...
Dodaj anonimowe wyznanie