#2N6A5

Moja kierowniczka jest jednocześnie sprzątaczką w biurze i doprowadza mnie to do szału.

Zaczęłam pracę w firmie dwa lata temu, więc sytuacja została mi wyjaśniona przez innego pracownika. Około 20 lat temu w moim mieście otworzyła się mała filia dużej firmy szkoleniowej. Moja obecna kierowniczka zaczęła tam pracę na stanowisku sekretarki. Kiedy dyrektorka placówki wspomniała, że przyda się osoba do sprzątania biura, moja obecna kierowniczka zgłosiła się do tego zadania, jako że chciała dorobić.

Kierowniczki zadaniem jako sprzątaczki jest dbanie o pomieszczenie socjalne, biuro i ewentualnie dodatkowe ogarnianie sal między jednym szkoleniem a drugim. Sale szkoleniowe i korytarze są dokładnie czyszczone przez sprzątaczki na etat. Kierowniczka średnio raz na trzy tygodnie przez około pół godziny-godzinę biega ze ścierką w trakcie naszej pracy (bo nie sprząta poza godzinami swojej standardowej pracy) i nam zwyczajnie przeszkadza. W dodatku sprząta niedokładnie i byle jak. Kiedy ktoś ma pełen kubeł śmieci pod biurkiem, zaczyna głośno komentować, że jak ona czegoś nie posprząta, to nikt po sobie nie ogarnie. Jak jest zawalona swoją standardową pracą, potrafi wołać innych pracowników, by np. wynieśli śmieci i założyli worki we wszystkich salach szkoleniowych, bo ona nie ma czasu (10 sal na trzech różnych piętrach). Kiedy ostatnio moja czarna torebka wpadła między ścianę i biurko, wyjęłam ją już szarą. A kiedy zobaczyłam zdechłą muchę na podłodze w socjalnym pod stołem, to miesiąc później dalej sobie tam leżała. Okna są ciągle brudne i nie widziałam, by byłe myte chociaż raz przez ostatnie dwa lata.

Najbardziej jednak doprowadziła mnie do szału jedna sytuacja. Mamy u nas dwie zmiany. Jedna zmiana kończy o 14, a druga o 14 zaczyna. Ze względu na to nikt nie ma własnego biurka i wszyscy się wymieniamy. Raz chłopak z drugiej zmiany rzucił się na mnie, że znalazł jeden włos mojego samojeda na naszym biurku. Kierowniczka korzystając z okazji próbowała wymusić na mnie sprzątanie każdego biurka, skoro nie umiem kontrolować sierści swojego psa. Tutaj się postawiłam i odpuściła.

Nikt nic nie mówi, bo to kierowniczka. Dyrekcja odwiedza firmę raz na miesiąc, więc nie wie jak to wygląda, a w dodatku kierowniczka jest jej oczkiem w głowie. Ja za miesiąc odchodzę, ale reszta pracowników dalej będzie żyła w syfie.

#ga749

Kilka lat temu temu, kiedy byłem w pierwszej liceum i kończyłem właśnie 17 lat, jedna z moich koleżanek z klasy dowiedziała się, że właśnie mam urodziny. Wiadomo, złożyła mi szybkie życzenia i podarowała mi ściągę na sprawdzian z polskiego. To nie była zwykła ściąga, bo koleżanka (warto wspomnieć, że według mnie to najpiękniejsza dziewczyna na świecie) narysowała na niej torcik. Powiedziała też, że kiedyś zjemy prawdziwy.
Kilka dni temu kończyłem 20 lat. Ta sama koleżanka odwiedziła mnie i wręczyła mi niewielkie pudełeczko. Łatwo się domyślić, był to właśnie tort. Nigdy nie poczułem się tak doceniony (to był jedyny prezent, jaki dostałem).

Nie, nie jesteśmy razem, ale to wciąż najpiękniejsza, moim zdaniem, dziewczyna na świecie...

#h9w4k

Gdy miałam ok. 7-8 lat, na urodzinach mojego dziadka była prawie cała rodzina. I wiecie, napoje takie jak cola i wino też były.
Bawiłam się grzecznie ze swoimi kuzynami, kiedy zachciało mi się pić. Moje pragnienie było nie do opisania, więc zamiast wziąć sobie czystą szklankę, to napiłam się ze szklanki babci. Babcia miała nalany do szklanki napój  podobny do coli, więc nie pytałam się, czy mogę, tylko wszystko wypiłam. Jak można łatwo się domyślić, to cola nie była. To było wino...

Strasznie mnie po tym łeb bolał, a moje pierwsze upicie się jest nadal wypominane na rodzinnych spotkaniach.

#SjYTi

Jakiś czas temu w łikendy moja żona jadała jajka na miękko, no a ja razem z nią. Raz gotowałem ja, raz ona, ale zawsze każdy sam sobie je obierał. Któregoś razu chciałem pokazać jakim to ja jestem dobrym i kochającym mężem i obrałem jej jajko... Po dwóch łyżeczkach zaczęła się na mnie wydzierać, jakbym chciał ją otruć. Okazuje się, że obrałem jajko ze złej strony i żółtko zamiast być na dole, to było na górze...

Taki opierdziel dostałem, że przez dwa lata nie mogłem patrzeć na jajka na miękko.

#GMprp

Mieszkam w Warszawie i jak pewnie niektórym wiadomo, konkurują tu ze sobą dwa kluby: Legia i Polonia.

Wracając kiedyś w środku nocy przez Pragę Północ, czyli najbardziej patologiczną dzielnicę, zostałam zatrzymana przez osiedlowe dresy i zapytana, za jakim klubem jestem. Opcje miałam dwie, szanse na wpierdol spore, więc szybko z uśmiechem na twarzy odpowiedziałam „no jak to za jakim, panowie!”. Ucieszyli się niezmiernie, że mamy takie same preferencje, chociaż wciąż nie wiedziałam, który klub poparłam. Zaproponowali mi jeszcze wódeczkę, ale pośpiesznie wróciłam do domu, bo nie każdy półgłówek nabrałby się na taki tekst.

#k2hMx

Moje życie to ciągłe przeprowadzki.

Od urodzenia mieszkałam z rodzicami, babcią i dziadkiem w kamienicy w jednym z większych miast w Polsce. Było fajnie do czasu. Moja babcia bardzo szybko zachorowała na chorobę Alzheimera, dziadek nie radził sobie z tym psychicznie i zaczął pić. Zaczęły się ciągłe awantury. Rodzice stwierdzili, że uciekamy stamtąd. Wynajęli mieszkanie od znajomych, żeby tam spokojnie odetchnąć i powoli brać się za szukanie swojego lokum na kredyt. Jak już tam zasiedli, to miesiące mijały, a mieszkania nie było. Coś tam obejrzeliśmy, rodzice pomyśleli, pogadali i kolejny miesiąc zleciał. Nie na wszystko też dostaliby kredyt.

Po dwóch latach okazało się, że mamy się stamtąd wyprowadzić, bo wprowadza się tam krewna i rodzice nie mieli wyjścia, musieli brać to co akurat się nawinęło i na co dostali kredyt. Miałam wtedy 13 lat. Rodzice kupili mieszkanie, które było bardzo ładne, jednak był jeden problem. Było ona w najgorszej dzielnicy mojego miasta. Po kilku miesiącach zaczęły się tam burdy z sąsiadką pijaczką, ciągłe wzywanie policji i straży miejskiej, Sebixy biegające z nożami pod oknem.

Moi rodzice mieli wtedy mały sklep. Poszła fama na dzielnicę i tak ukradli mojemu tacie prawie cały towar, w tym najwięcej warte papierosy. Nie byliśmy ubezpieczeni ani nic. Rodzice już się po tym nie podnieśli. Zaczęła się depresja, straszne długi, komornicy, walki w sądach. Musieli sprzedać mieszkanie i jedyne na co było nas stać, to wynajęcie chatki na wsi bez toalety i ciepłej wody. Rodzice znaleźli tam pracę dorywczą, ja też im pomagałam po szkole. Co nieco tam wyremontowaliśmy. Właściciel wydawał się w porządku, zwykły rolnik. Do czasu... Znowu powtórka z rozrywki. Macie się wyprowadzić. Kłótnie, walka o kaucję. Kolejna przeprowadzka.

Rodzice wynajęli mieszkanie we wsi obok, a ja wynajęłam kawalerkę wraz z moim chłopakiem w mieście. Nie mieszkałam tam długo, bo okazało się, że chłopak mnie oszukiwał, nie płacił czynszu, porobił długi. Wróciłam więc do rodziców. Po kilku latach znalazłam kogoś innego, wzięliśmy ślub i przeprowadziłam się do domu rodzinnego mojego męża. Tam dzieliliśmy piętro z jego babcią. Obok mieszkali jego rodzice. Żyło się nam dobrze, dopóki u babci nie zaczęła postępować demencja i inne choroby psychiczne. Na porządku dziennym było walenie po drzwiach i ścianach, ciągłe krzywki, agresywne wyzwiska z jej strony.

Rodzina mojego męża nic sobie z tego nie robi, żadnego lekarza, żadnych leków. Tylko przynoszą jej jedzenie i tyle, a my się męczymy. Do tego jeszcze muszę po niej wycierać codziennie toaletę i ścierać kał ze ściany. Gdy powiedziałam o tym teściowej, nic sobie z tego nie zrobiła. Tak się męczymy z babcią 2 lata. Doszliśmy do wniosku, że na jesień uciekamy do Niemiec do pracy i tam zamieszkamy. Co będzie dalej?

#VizA9

Jestem lekarzem, moja specjalizacja jest nieistotna. Wiem, że to co napiszę będzie dla niektórych okrutne, ale myślę, że znajdą się też tacy, którzy podzielą moje zdanie.

Mam przyjemność pracować z lekarzami, którzy na swoim koncie mają setki operacji i zabiegów, jeżdżą na zagraniczne szkolenia, a nasze prace naukowe publikowane są na całym świecie. Nieważne, o jaką specjalizację chodzi, zawsze znajdzie się tak zwany „mistrz”, którego wkład w polską medycynę jest większy niż smog w Krakowie.

Zauważyłam pewną smutną rzecz: przychodzą do nas rodzice z dziećmi, które chorują na przeróżne choroby. Oferujemy im najlepsze metody leczenia, poświęcamy swój wolny czas na to, by zbierać się w grupach i szukać jeszcze lepszych rozwiązań. W zeszłym tygodniu od rodziców jednego z pacjentów usłyszałam, że jestem beznadziejnym lekarzem, a moje metody leczenia są jeszcze gorsze. Dlaczego?
Państwo X przyszli na kolejną wizytę, by omówić leczenie syna, stwierdzili, że chcą go wypisać, dlatego że uzbierali dzięki zbiórce online 300 tys. złotych i mają zamiar zabrać swoje dziecko do Stanów, bo przeczytali w internecie o „innowacyjnej metodzie leczenia”.
Dlaczego jestem beznadziejnym lekarzem?
Dlatego, że powiedziałam, że jeden z lekarzy w naszym szpitalu miał okazję przeprowadzać wspólny zabieg z owym lekarzem z Nowego Jorku, a po powrocie wszystkiego nauczył resztę personelu. Od tamtej pory minęło 7 lat i wszyscy przeprowadzamy ten sam zabieg bezproblemowo.

Nie bądźmy głupi, analizujmy zbiórki, większość z nich to tylko wymysł rodziców, którzy myślą, że amerykańskie jest lepsze, a polskie jest be.

#DAuUO

Mam 32 lata i mam zagwozdkę. Nigdy nie miałem czasu na małżeństwo, bo byłem zbyt zajętym człowiekiem na poważne związki i może też zbyt niepokornym, aby dostosowywać się do kogoś. Ale czas leci, człowiek się zmienia i mądrzeje, więc myśli o tym, co w życiu jest ważne – o związaniu się z kimś, kogo kochasz, założeniu rodziny. I nagle wszyscy znajomi, którzy są w małżeństwie od lat, próbują minie do tego zniechęcić. Głównie mężczyźni, ale także niektóre kobiety. Koledzy jak jeden mąż twierdzą, że małżeństwo to straszliwa rzecz, że mi zazdroszczą, że jestem wolny, że żony są straszne i są z nimi tylko dla dzieci itp. itd.

Czy ja mam takich durnych kumpli, czy każdy trzydziestolatek po 10 latach małżeństwa tak sądzi? Bo trochę mnie zniechęcili, prawdę mówiąc.

#f62hM

Na stronie internetowej chińskiej restauracji z mojego miasta znajdują się dwa numery, pod które dzwoniąc można zamówić jedzenie. Naszła mnie ochota na sajgonki, więc zadzwoniłam pod pierwszy, nikt nie odebrał. Zadzwoniłam pod drugi, odebrał miły pan. Przywitałam się i zaczęłam składać zamówienie, jednak pan mi przerwał. Okazało się, że restauracja przez przypadek umieściła jego numer na swojej stronie i od kilku lat odbiera on telefony od głodnych potencjalnych klientów. Skargi nie przynosiły skutków, a on się przyzwyczaił. Zrobiło mi się strasznie głupio i zaczęłam przepraszać, on za to zaczął się tylko śmiać i opowiedział mi, że kiedy ma naprawdę świetny humor, to przyjmuje te zamówienia (co z tego, że mieszka kilkaset kilometrów od mojego miasta) i dzielnie odgrywa swoją telefoniczną rolę. Przeprasza za dostawców, obiecuje rabaty za długi czas oczekiwania, usprawiedliwia kierowców, którzy nie dowieźli jedzenia.

Pierwszy raz spotkałam się z sytuacją, gdzie to ludzie dzwonią do „telefonicznego trolla”. Trochę szkoda tej knajpki, której renoma spada, ale cóż... mogli zmienić numer ;)
Dodaj anonimowe wyznanie