Historia z tych śmierdzących...
Pracując w delegacji, często zmienialiśmy kraje, przez co i jedzenie. Będąc w Holandii, pracowaliśmy na nocnych zmianach, i to po 13 godzin. Czasu na gotowanie mało, więc na szybko zjadłem pierś z kurczaka i chyba to ona była przyczyną tej historii...
Po kilku godzinach w pracy zaczął boleć mnie brzuch, normalne u mnie, ale ciągnie na dwójeczkę, z tym że niesamowicie mocno, a ja będąc na platformie ruchomej na 3 metrach w szelkach nie mogłem zbyt szybko ewakuować się do łazienki. Mówię do kompanów, że muszę do łazienki i blady i mokry od potu zjeżdżam na dół. Cóż, trwało to chyba wieczność, trzeba było kombinować, żeby nie uszkodzić maszyn wokoło, jeszcze odpiąć się z szelek, masakra! Idąc myślałem, że wytrzymam, ale to już tak parło na mnie... Biję się z myślami, że może tu w krzaki, zaraz za wyjściem, ale nie, toaleta za 100 metrów, dojdę. Jestem w połowie drogi, gdy pomimo wszystkich moich starań nagle czuję lekką ulgę i ciepło...
Co zrobić, idę jak kaczka do łazienki, tam ściągam spodnie i bokserki, zatrzymały większość, ale nie całość, było tego naprawdę sporo... Załatwiłem potrzebę, ale co dalej, nie wrócę przecież tak do pracy. Spodnie prawie czyste, o dziwo bez nieprzyjemnych zapachów, więc przemyłem intensywnie wodą miejsca zabrudzenia, majtki pociąłem ucinaczkami w mniejsze kawałki i spuściłem w kanał, porządnie wymyłem ręce, nogi i wszystko co miało kontakt z moją wydzieliną. Założyłem nawet niezbyt mocno mokre spodnie, użyłem dużej ilości mydła, żeby zamaskować zapach i dumnie wróciłem do pracy. Co prawda bez bielizny było mi dziwnie wytrwać te parę godzin, wróciłem do pracy z potem na czole, ale zatrucie dalej nie minęło, musiałem iść jeszcze parę razy do toalety, ale już spokojniej... Nikt się nie zorientował, były jedynie śmiechy, że mam przesrane i że pół godziny opóźnienia przeze mnie było.
Nigdy nikomu się nie przyznam, że się tam zwyczajnie zesrałem.
Poznaliśmy się w liceum. Była to miłość od pierwszego wejrzenia: wspólne spacery, rozmowy, zainteresowania, spędzanie czasu, potem mieszkanie i plany na przyszłość.
Na imprezie z pracy „tylko w męskim gronie” zdradził mnie z „kolegą” o wdzięcznym imieniu Ania. Nasza wspólna znajoma się o tym dowiedziała i mi o tym powiedziała.
On na swoje usprawiedliwienie powiedział jedynie: „Z tobą się fajnie gada i nie jest wstyd zabrać cię do moich rodziców albo znajomych. Ja jednak potrzebuję sypiać z ładnymi laskami”.
Takim oto sposobem dowiedziałam się, że jestem wprawdzie mądra i na pokaz, ale brzydka...
Zadzwoniłem do niej, żeby powiedzieć, że ją kocham. Byłem sparaliżowany z przejęcia, wybrałem numer, nacisnąłem zieloną słuchawkę. Odebrała. W głowie wirowało, w ustach kołek, puls przyśpieszył, ja nie byłem w stanie nic powiedzieć...
Przez pół minuty słuchała jedynie, jak ciężko oddycham do słuchawki. To musiało brzmieć jakby jakiś zbok sapał do telefonu. Powiedziała w końcu... „ty chyba jesteś jakiś popieprzony” i się rozłączyła.
No ale nikt mi nie powie, że nie próbowałem.
Chyba coś ze mną nie tak...
Nie potrafię nauczyć się języków obcych. W szkole miałam angielski, do tego dwa lata z niemieckim i rok francuskiego. Nic z tego nie wyniosłam. Teraz mam 28 lat. Od czterech lat uczę się angielskiego na prywatnych korepetycjach, trzy razy zmieniałam nauczyciela. Nadal nic nie potrafię powiedzieć. Umiem co najwyżej dukać "ja chcieć, ja pić". Ćwiczę z korepetytorką. Publicznie nawet nie próbuję się komunikować, bo wystawię się na ośmieszenie. Jest mi tak wstyd, że zapadam się pod ziemię na samą myśl. Czuję się jak idiotka.
Dziewczyna, w której byłem zadurzony po uszy, powiedziała mi, że mnie kocha (!). Świat mi się zakręcił ze szczęścia jeszcze zanim dokończyła zdanie.
„Ale nie byłabym w stanie chodzić z chłopakiem, który jest niższy ode mnie, więc przepraszam, nic z tego nie będzie”.
No super.
Szkoła, szkoła...
Chcą Państwo wiedzieć, dlaczego poziom edukacji spada? Proszę bardzo.
Jestem nauczycielem matematyki w technikum i prywatnej szkole podstawowej. Nie będzie w tym wpisie o pieniądzach, na korepetycjach nauczyciele odbijają sobie niskie zarobki w szkole (chociaż w sumie w szkole nie opłaca się pracować). Będzie o rodzicach.
Po pandemii wiedza dzieciaków z tego przedmiotu jest zerowa. Nauczyciel jeżeli chociaż trochę wymaga (mnożenie, potęgi, działania na ułamkach) jest zjadany przez rodziców. Jak ja śmiem wystawić połowie klasy jedynki ze sprawdzianu, który zrobiłem z zadań tłuczonych przez miesiąc! Te same przykłady były w zeszycie? Kaziu miał w dupie? Nie, to moja wina, bo nie wytłumaczyłem. Wybrałem jakiś przykład z pierwiastkiem? Cytuję: „Nie życzę sobie, aby pan mówił, że mój syn się nie nauczył i z tego powodu dostał jedynkę”.
Ręce mi opadają. Poszła na mnie skarga za terroryzowanie dzieciaków, bo śmiem czegokolwiek wymagać. Usadziłem kogoś za nieobecności? Moja wina, bo nie zmotywowałem dzieciaka (17-letniego!) do przychodzenia na zajęcia. Trzymam dyscyplinę w klasie? Dzieci się boją. Dostałem pusta kartkę? To przez stres.
Mam dość.
Kolejny matematyk przejdzie do przemysłu i rekreacyjnie będzie dawał korki. Na tę chwilę już mam wszystko gdzieś.
W ten sposób nauczyciele odpuszczają – teraz pomyślcie Państwo, co zrobi nauczyciel, który nie chce zmienić zawodu? Będzie miał wszystko w poważaniu i będzie przepychał kolejnych tłumoków, którzy nie nadają się do szkoły średniej...
Jakieś pół roku temu kupiłem dom, który wymagał natychmiastowego remontu. Najgorsza była łazienka.
Jako że wszystkie fundusze poszły na kupno owego domu, musiałem zatrudnić najtańszych fachowców. Przyjechali, popatrzyli, zrobili swoje.
Ale jak zrobili, to... Nawet nie wiem jak mam to napisać...
No po prostu. Ci bardzo tani fachowcy pomylili zawory i do prysznica podłączyli zimną wodę, a do ubikacji... GORĄCĄ ;'))
Wyobraźcie sobie uczucie, kiedy siadacie na tronie, aby załatwić swoje sprawy. Spuszczacie wodę, a tu nagle macie oparzoną dupę :v
Od jakiegoś czasu mieszkam w USA. Powoli przyzwyczajam się do wielu rzeczy, które są dla mnie nowością. Nadal mam problem z miarami czy temperaturą, nie potrafię się przestawić na ich śmieszny system.
Ostatnio zrobiłam większe zakupy, nie wszystko się zmieściło do lodówki, stwierdziłam więc, że to idealny moment, żeby ją wyczyścić i pozbyć się zalegających produktów. Okazało się, że ponad połowa rzeczy była przeterminowana, niektóre nawet pół roku, więc zaczęłam wszystko wyrzucać. Byłam strasznie zła, bo wiele z tych sosów wiem, że dopiero co kupiłam i sprzedano mi stary towar.
Gdy już prawie skończyłam, mąż zaczął oglądać sosy, które rzuciłam do kosza i pyta się, czemu wyrzucam dobre rzeczy. Okazało się, że patrzyłam na daty „po polsku”, czyli dzień/miesiąc/rok, podczas gdy tu piszą miesiąc/dzień/rok... Wszystko nadal było dobre...
Wiecie, czym jest efekt Pawłowa? To tworzenie odruchów. Na przykład pies ślini się na widok jedzenia. Jeśli podczas pokazywania psu jedzenia będzie też słyszał charakterystyczny dźwięk – zacznie się też ślinić podczas słyszenia tego dźwięku.
Swego czasu zainteresowałem się tym zjawiskiem i testowałem, a jakże, na sobie. Poza naprawdę użytecznymi sprawami, takimi jak natychmiastowa zmiana emocji, były też mniej użyteczne, ale ciekawe – wywołanie bólu głowy lub płaczu (łzawienia). Oczywiście musiałem wpaść na to, że mogę wywoływać podniecenie seksualne. Jako bodziec wybrałem stymulację tej twardej kostki pod policzkiem. Działało świetnie.
Niedawno dostałem aparat na zęby. Od czterech dni nie mija mi bolesna erekcja, nie mogę z tym nic zrobić. Nie polecam nikomu :/
Zobowiązałem się kiedyś do odebrania siostry z pracy. Nie miała już autobusu o tej porze, a sama była jeszcze w trakcie dłuuuugiego u niej procesu zdobywania prawa jazdy. Jeździłem wówczas polonezem caro. Podjechałem na umówiony parking i czekam na nią. Mimo iż było dosyć rześko, postanowiłem wysiąść z poczciwego polonezika i podejść kilka kroków pod nią. Zamknąłem auto i idę. Siostra również przychodzi, wracamy więc do samochodu.
W tym miejscu nadmienię może, że w przeciwieństwie do dzisiejszych aut, tamto miało dwa kluczyki – jeden do stacyjki, a osobny do zamka w drzwiach.
Podchodzimy do poloneza, otwieram drzwi i wsiadamy. Musiałem być nieźle przydżumiony, bo zignorowałem szczegóły typu inne pokrowce na siedzenia, a nawet chyba na kierownicę. Zabieram się za odpalanie, a siostra, która już siedziała obok, pyta: „Młody, a czy to na pewno jest twoje auto?”. Nagle mnie olśniło, jeszcze szybciej niż wsiadłem, wysiadłem z samochodu i zamknąłem go tak jak wcześniej. Tak, po ciemku wsiadłem do obcego auta, otwierając drzwi tym samym kluczykiem co moje. Mój polonez stał kilka miejsc dalej, a parking był dość zapełniony i wsiadłem do pierwszego lepszego. Do tej pory nie wiem ani jak mogłem pomylić auta, ani tym bardziej dlaczego mogłem otworzyć cudze kluczykami od mojego.
Dodaj anonimowe wyznanie