A ja bym chciała podzielić się historią z mojego życia i pochwalić się jaką mam CUDOWNĄ mamę.
Kocham ją najmocniej na świecie i nigdy nie będę w stanie jej za wszystko podziękować.
A więc jak miałam roczek moja mama zachorowała. Pękł jej tętniak w głowie, przez co do dziś ma paraliż całej lewej strony.
W domu trójka małych dzieci. Mama w śpiączce około 2 miesięcy, potem ponad pół roku w sanatorium... Nareszcie powrót do domu, oczywiście na początku na wózku. A ja? Nie chciałam do niej iść.. Płakałam jak tylko brała mnie na ręce. A moja mama płakała z bezradności. Uczyłyśmy się razem mówić, chodzić. Lekarze dawali jej rok życia. Dzięki swojej silnej woli szybko wstała z wózka i do dziś porusza się o kuli.
Ale moja mama nigdy się nie poddała! Miała dla kogo żyć.
Dziś mam 22 lata i odkąd tylko pamiętam, zawsze miałyśmy wszystko zrobione (ugotowane, wyprane, posprzątane, zakupy zrobione). Nigdy niczego nam nie brakowało.
Matka dla swoich dzieci jest w stanie naprawdę zrobić wszystko...
W wieku 16 lat chciałam dorobić sobie na sezonie przed zaczęciem szkoły średniej. Znalazłam pracę przy sprzedaży owoców sezonowych. Pewnego dnia zaczął przyjeżdżać do mnie na zakupy niepełnosprawny facet około czterdziestki, a po kilku dniach nie przyjeżdżał już na zakupy, tylko przyjeżdżał tak o, porozmawiać. Zaczął wypytywać gdzie mieszkam, czy mam chłopaka, co robię poza pracą i jak chodzę ubrana spać.
Raz zaproponował, że może przyszłabym do niego na herbatę i nie musiałabym się martwić o to, jak wrócę do domu, bo mogę zostać u niego na noc. Nie zgodziłam się, powiedziałam, że nie mogę. Niestety zaczął zbliżać się do mnie i gdy nikogo nie było w pobliżu, zaczął się do mnie dobierać. Zamurowało mnie, nie wiedziałam co zrobić, na szczęście ktoś przyszedł, a on odjechał. Nie zgłosiłam tego nigdzie, jedynie powiedziałam o tym kierownikowi i rodzicom. Nie byłam w stanie już tam pracować, próbowałam, ale po tym, jak przyjechał któregoś razu z lodem na przeprosiny nie wytrzymałam i się zwolniłam. Przez prawie rok bałam się chodzić sama po mieście, do teraz nienawidzę okolicy, w której to się wydarzyło i zawsze bałam się, że go spotkam, jak nikogo przy mnie nie będzie.
Po czterech latach tak się stało – jechałam sama samochodem w tamtej okolicy i go spotkałam, miałam chęć go potrącić, ukarać za to, jak zniszczył moją psychikę. Na szczęście tego nie zrobiłam, bo nie chcę przez niego bardziej niszczyć mojego życia.
Kiedy jestem przeziębiona, masturbuję się. Kilka razy dziennie, nawet kilka dni pod rząd.
I to tylko dlatego, że po kilkukrotnym orgazmie przechodzi mi ból głowy. Chyba czas znaleźć sobie faceta...
Żałuję. Żałuję wszystkiego, co do tej pory zrobiłem. Chciałbym cofnąć czas, ale nie mogę. Patrzę na siebie i widzę, jak żałosny jestem.
Mam 21 lat, nie mam znajomych, z którymi mógłbym wyjść na miasto. Do niedawna myślałem, że mam przyjaciela, ale i on zaczął mnie olewać. Pisał do mnie tylko gdy czegoś potrzebował, a w większości sytuacji było tak, że ja musiałem zaczynać konwersacje. Był moją jedyną bliską osobą. Miałem też przyjaciółkę, która w zeszłym roku wyprowadziła się do innego miasta, a nasze spotkania i rozmowy ograniczyły się do totalnego minimum. Nie mam się do kogo odezwać. W tygodniu wracam z pracy i zamykam się w swoim pokoju, w weekendy praktycznie z niego nie wychodzę. Spoglądam co chwilę na telefon z nadzieją, że może się ktoś odezwie, zapyta co tam słychać, zaprosi na wspólne wyjście. Patrzę na Facebooka, widzę jak ludzie świetnie się bawią, chodzą na imprezy, a ja nie mogę, bo nie mam z kim.
Duża wina leży po mojej stronie, byłem beznadziejnym znajomym. Problemy pojawiły się już w technikum, wracając ze szkoły zamykałem się w pokoju i odcinałem od świata. Często odmawiałem wyjścia, szukałem wymówek. Problemy rodzinne były na porządku dziennym. Czy ktoś wyciągnął do mnie rękę? Pomógł mi w tym ciężkim dla mnie okresie? Nie. I nie winię ich, nikomu się nie zwierzałem, nie mieli prawa wiedzieć, przez co przechodzę. Nikt nigdy nie przykuwał większej uwagi. Nawet rodzina. Potrafiłem wagarować przez cały tydzień. Nie myć się przez trzy tygodnie. Nie chciało mi się podnosić z łóżka. W 4 technikum na II semestr wziąłem się w garść. Powiedziałem do siebie ''chłopie, do czego ty się doprowadzasz?". Miałem w klasie trzy osoby, z którymi się trzymałem, w tym przyjaciółkę, o której wspomniałem wcześniej. Zacząłem z nimi wychodzić, nie były to częste spotkania, ale zawsze coś. Wychodziłem powoli na prostą. Zapominałem o problemach w domu, częstych awanturach i zerowym wsparciu w rodzinie. Ale bum, szkoła się skończyła, matury napisane, każdy rozbiegł się w swoje strony. I znowu zostałem sam jak palec. Nie poszedłem na studia, chociaż miałem taką możliwość. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić, nadal nie wiem. Jaki jest sens mojego istnienia, skoro nie mogę określić się kim jestem? Teraz siedzę i piszę wyznanie do obcych mi ludzi, bo nawet nie mam się komu wygadać. Jestem zerem, zawsze byłem i zawsze będę. Chciałbym tak wiele zmienić, ale nie wiem jak. Nie mam nikogo, kto by mnie pokierował. Nie mam też chęci. Do niczego.
Chciałbym też, żeby to wyznanie było pewnym przykładem dla osób, które znajdują się w takiej sytuacji jak ja. Może to głupie, że akurat ja, totalny przegryw, chcę dawać wam rady, ale... weźcie się w garść, póki możecie. Nie odtrącajcie znajomych, nie zamykajcie się w sobie. Zacząć wszystko od nowa jest ciężko, a możecie nie mieć czasu.
Dobrą dekadę temu, kiedy jeszcze byłem przykładnym studentem, miałem ogromne parcie na kasę. To pewnie dlatego, że uczyłem się prywatnej placówce, a czynsz rósł praktycznie co semestr. Zamiast szukać dorywczej roboty w Polsce, raz na parę miesięcy (w ferie zimowe i w wakacje) jeździłem ja sobie do Norwegii. Malowałem domy, odśnieżałem parkingi, czasem złapałem jakąś fuchę na budowie. Zarobki były wówczas dziesięciokrotnie wyższe niż w Polsce, więc po miesiącu tyrania wracałem do ojczyzny niczym jakiś sr#jący szeklami szlachcic.
Z Norwegami miałem pewien mały problem - generalizując, to bardzo sympatyczni ludzie, ale zauważyłem, że ich poziom edukacji jest fatalny. Na wieść o tym, że pochodzę z Polski, zawsze słyszałem pytania o to jak to jest żyć w kraju komunistycznym i jak odnajduję się w tak nowoczesnym miejscu jak Skandynawia...
Kiedy studia się skończyły, postanowiłem zamieszkać w Norwegii na dłużej. Jako że znałem już trochę język, zaczepiłem się w pizzerii. Nigdy wcześniej nie pracowałem w takim miejscu, więc przydzielono mi sympatycznego chłopaka, który miał mi wyjaśnić co i jak.
Po wdrożeniu kilku podstaw przyszedł czas na uzupełnianie produktów w kuchni. Poszedłem z moim przewodnikiem do magazynu. Gość wręczył mi taką dużą konserwę. Następnie wyjął z szafki najzwyklejszy otwieracz do puszek. Pokazał mi go i powiedział, żebym się dobrze przyjrzał. Wziął tę konserwę i powoli, tak abym dokładnie wszystko zarejestrował, zaczął ją otwierać. "Zaraz - czy ten typ myśli, że ja nie umiem obsługiwać otwieracza do, kur#a, konserw?" - pomyślałem. I faktycznie - chłopak pomalutku otworzył dwie puszki, dał mi otwieracz i rzekł: "Teraz ty spróbuj. Najpierw zaciskasz, a potem mocno trzymając obracasz tym kółeczkiem..." - powiedział
Spojrzałem na niego. Nie, nie robił sobie jaj. Wziąłem więc otwieracz i zacząłem go oglądać tak, jak jakby niedotleniony jaskiniowiec studiował iPoda. Powąchałem, podgryzłem, stuknąłem nim dwa razy o blat...
- Łooo, panie - krzyknąłem, udając podniecenie. - Ale wynalazeeek! Nie myśl sobie - my w Polsce też mamy konserwy, ale otwieramy je za pomocą dwóch kamieni, wiesz? Jeden kładzie się na górze, a drugim energicznie napierd#la tak długo, aż wieczko pęknie!
Spojrzałem na gościa - na jego twarzy malowało się coś, co wyglądało na połączenie najszczerszego zrozumienia i smutku, że my - Polacy - jesteśmy jeszcze technologicznie zacofani...
Myślę, że chłopak do dziś opowiada wszystkim o Polaku, który cieszył się jak głupi na widok otwieracza do konserw.
Nienawidzę mojego życia. Mam 13 lat, od 2 lat jestem w domu dziecka, przez 11 lat mojego życia mama znęcała się nade mną oraz moim rodzeństwem psychicznie i fizycznie. Mam problemy z cięciem się. Ludzie myślą, że robię to dla atencji.
Mama znalazła sobie partnera i twierdzi, że to my sprawialiśmy kłopoty, dlatego nas zabrano do domu dziecka. Twierdzi też, że nigdy nas nie uderzyła (jej partner w to wierzy). Robi mi afery o wszystko, wyzywa mnie, mówi, że jestem okropna, że nienawidzi mnie i że nie chce nas zabrać z domu dziecka. Że sprawiamy jej same kłopoty. I że wymagamy za wiele. Całe życie wychowywałam się bez ojca. Mam młodszą siostrę i starszego brata. Oni mają problemy z uszami i z czytaniem ze zrozumieniem. Mama zawsze poświęcała im bardzo dużo czasu, nieważne, czy ja coś umiałam czy nie – musiałam sobie poradzić. Teraz chcę trochę spędzać z mamą czasu, a ona mówi, że znalazła sobie partnera i teraz nie będzie się nami zajmować, tylko spędzać czas z nim. Powiedziała, że dzieci ma odchowane i już nie potrzebujemy matki 24/7. Jak na mnie krzyczy, to mam łzy w oczach, bo się boję, że mnie zaraz uderzy.
Jestem policjantem. Mieliśmy wezwanie do przypadku przemocy domowej, zgłoszone przez sąsiadów zaniepokojonych krzykami i hałasem dobiegającym z mieszkania obok. To się zdarza, ale tym razem to było szczególne wezwanie, bo na zgłoszeniu widniał mój własny adres. Z klatki rzeczywiście słychać było krzyki i walenie w ścianę. Otworzyłem drzwi swoim kluczem i wparowałem do środka, pełen przerażenia bałem się o moją żonę, to mogła być napaść rabunkowa, ktoś mógł zrobić jej krzywdę, nie przeżyłbym, gdyby coś jej się stało. To co zobaczyłem w środku, to była najstraszniejsza rzecz jaką do tej pory widziałem w mojej pracy. Kiedy wparowałem do salonu nawet mnie nie zauważyła. "Napastnik" też mnie nie widział. Dalej posuwał ją rozłożoną na stole, przy którym jeszcze rano jedliśmy śniadanie, dawał jej mocne klapsy i krzyczał, ona odwzajemniała jego "pieszczoty" i tak bawili się jeszcze chwilę, zanim mnie zauważyli. Nic nie powiedziałem. Wyszedłem. Zamknąłem drzwi. Spisałem raport i wróciłem do pracy. Na moim telefonie było z 20 wiadomości z rodzaju "kocham Cię", "Przepraszam", "Nie odchodź".
Ciężko powiedzieć o co jej chodziło, to przecież ona musiała się wynieść z mojego mieszkania. Nie było żadnych przeprosin, złudzeń i powrotów. W końcu wyrzuciła mi w gniewie, że nie jestem prawdziwym mężczyzną i gdybym takim był, to nie musiałaby szukać przygód u innych. "Innych" - rozumiecie? Liczba mnoga, pięknie! Poprosiłem ją najspokojniej jak umiałem, żeby poszła mieszkać do tego męskiego gościa, jeśli uważa, że to jest to czego potrzebuje. Odpowiedziała "A żebyś wiedział!". No i poszła...
Od tamtej pory minęło 7 lat. Rzeczywiście przeprowadziła się do tego gościa. To nieduże miasto, więc na komendzie "wszystko o wszystkich" wiemy. Pod ich adres są ciągłe wezwania, ale tym razem w raportach i notatkach nie ma nic o seksie. On ją bije, ona nie chce składać zeznań, pewnie się boi - historia jakich wiele. Jego odwożą na izbę wytrzeźwień, ona wtedy pije sama i schodzą się do niej okoliczni Markowie i Wieśkowie spod monopola, bo można ją zaliczyć w takim stanie bez większych problemów. Jedno jej "szczęście" w tym wszystkim, to że jest bezpłodna.
Dziś mam żonę i dwójkę cudnych dzieci. Jesteśmy taką normalną rodziną. Jesteśmy po prostu szczęśliwi. Zwyczajnie dla siebie mili. W życiu nie marzyłem o niczym więcej, tak jest nam idealnie. Błogo. Spokojnie. Po prostu dobrze. Nic innego się nie liczy.
Moja była się stoczyła, bo jej dobre życie nie wystarczało - musiała mieć lepiej. No i zrobiła sobie lepiej.
O tym, jak spieprzyłem moje życie.
Pochodzę z małej mieściny. Znalezienie w niej "normalnej" dziewczyny graniczyło z cudem, ale w dobie internetu nic nie jest niemożliwe. Znalazłem tę "jedyną". Drobna, uśmiechnięta, mega kochana dziewczyna. Tyle że z kiepską przeszłością. Na dodatek już po jednych zerwanych zaręczynach. Mieszkała 400 km dalej, ale warto było łamać się w pociągach, busach czy innych środkach transportu, by się z nią spotkać.
Po pół roku zaproponowałem jej, żeby się wprowadziła. Nie chciałem wtedy rzucać mojej dobrze płatnej pracy, więc jak to się mówi... podjąłem ryzyko. Ku mojemu zdziwieniu porzuciła wielkie miasto i przyjechała do mnie. Było cudownie. Zdecydowała się skończyć studia w pobliskim mieście, a potem wspólnie doszliśmy do wniosku, że jak tylko je skończy, wrócimy do jej miasta.
Aż nadeszła pandemia. Życie na dwóch pokojach dało nam w kość, ale przeżyliśmy pierwszy lockdown, drugi. I nadszedł moment, gdzie odebranie przez nią dyplomu było tuż-tuż.
I wtedy mnie rzuciła. Stwierdziła, że przez lockdown nie ma siły ciągnąć ze mną związku. Że nie nadaję się do jej życia. Nie wiem czy to może jej matka jej nagadała, czy może znalazła innego.
Tak czy siak w tamtym momencie coś we mnie pękło. Wybuchłem. Kazałem jej wypierdalać, pomogłem nawet w "pakowaniu", wyrzucając jej rzeczy przez okno. Widziałem, jak płakała, ale jakoś w tym momencie nie czułem już nic.
Jej rodzice przyjechali po 3h. Złamali pewnie wszystkie możliwe przepisy, jadąc po zaryczaną córkę. Ja nie wyszedłem im na spotkanie. Patrzyłem tylko na to wszystko z okna. Jak pakuje rozrzucone po ulicy ciuchy do worków, a worki do auta.
Potem już tylko zostałem ja, komputer i alkohol. Zablokowałem ją w pierwszych minutach od jej wyjścia.
Od tamtej sytuacji minęły już prawie dwa lata. A ja dalej nie mogę ułożyć sobie bez niej życia. Była wyjątkowa pod każdym względem. I dopiero po tym czasie dostrzegłem, że cały lockdown tak naprawdę spędziłem nie z nią, a z wódką i komputerem.
Ona teraz mieszka w Niemczech. Ma jakiegoś fagasa i syna. A ja patrzę na jej zdjęcia i myślę, że może gdybym szybciej się ogarnął, mielibyśmy już za sobą huczne wesele, i dziecko.
Jestem z moją dziewczyną 1,5 roku. Pomimo że seks uprawiamy od roku, to w dalszym ciągu nie widzieliśmy swoich stóp.
Jak to możliwe?
Gdy uprawiamy seks, wszystko znika z naszych ciał, oprócz skarpetek. Pierwszy raz był w skarpetkach, jak i wszystkie pozostałe. Gdy zauważyłem to i stwierdziłem, że my nigdy nie widzieliśmy swoich stóp, to moja dziewczyna to potwierdziła i z rozmowy wynikło, że oboje nie lubimy stóp, po prostu nas brzydzą i uważamy, że mamy brzydkie stopy, dlatego ich sobie nie pokazujemy.
Po tej rozmowie żartujemy sobie i gdy dla żartów próbuję jej ściągnąć skarpetki, mówi mi, że to dopiero po ślubie. I właśnie chyba się na to zanosi, że tak będzie.
Dziś w mojej pracy jakaś kobieta postanowiła użyć przymierzalni jako publicznej toalety, przymierzanymi ciuchami rozetrzeć mocz i zostawić mi do sprzątnięcia cały ten bałagan wraz z jej brudną bielizną i zużytą podpaską.
Dodaj anonimowe wyznanie