Niedawno wprowadziłam się do nowego mieszkania. Na tym samym piętrze mieszka dziewczyna mniej więcej w moim wieku (26 lat). Jest wegeterrorystką.
Z góry mówię, że absolutnie nie mam nic do wegan, ale nie lubię, kiedy ktoś na siłę przekonuje mnie do swoich racji czasem podając argumenty tak durne, że aż głowa boli (np. nie jedz jajek, bo koguty są zmuszane do gwałcenia kur - słowa mojej sąsiadki). Sama zresztą nie jem mięsa, bo go po prostu nie lubię, ale jem produkty pochodzenia mlecznego.
Zaczęło się, kiedy natknęłam się na nią wracając z zakupów. Zobaczyła, że mam ser i mleko. Od razu dostałam wykład jak to źle postępuję. Odparłam, że może bardziej opłaca się walczyć z systemami masowego pozyskiwania mleka i jajek, a nie całkiem tego zakazywać. Wtedy odparła, że powinnam walczyć o to, by zwierzątka już nigdy nie musiały służyć ludziom w żaden sposób. Zauważyłam, że logiczne argumenty nic nie dadzą, więc ją zbyłam i szybko poszłam do siebie.
Kilka dni później zauważyła, że mam kociaka. Zapytała skąd. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że dostałam go od cioci. Oczywiście dostałam do zrozumienia, że powinnam wziąć zwierzę ze schroniska. Nie chciało mi się tłumaczyć, że zakochałam się w Gizmo od pierwszego wejrzenia i wiedziałam, że chcę tylko jego, a na więcej zwierzaków nie mogę sobie pozwolić. Innych sąsiadów też zamęcza swoimi wywodami.
Najlepsze jednak na koniec. Sąsiadka ma oczywiście zwierzaczka. I nie jest to kot, pies czy inne domowe zwierzątko.
Duduś jest prosiakiem. Coraz większym - kiedy Duduś i jego pani wsiadają do windy, dla nikogo nie ma już miejsca. Duduś jest bardzo ważny, kiedy wychodzą nikomu nie wolno zająć windy, nawet 80-letniej sąsiadce chodzącej o balkoniku. Kiedy ktoś powie, że nie życzy sobie, by Duduś trącał go ryjkiem albo by wsuwał ryjek w siatki na zakupy, dostaje solidny ochrzan. Na dworze jest to samo - prosiak nie jest zbyt subtelny, jeśli chodzi o roślinność (po prostu ją niszczy). W dodatku sąsiadka po nim nie sprząta.
Zanim jednak zapytacie, czy ktoś coś z tym robi wyjaśniam - owszem, wiem ,że sąsiedzi zgłaszali skargi, ale nasza sąsiadka jest ukochaną córunią administratora.
Ostatnio widziałam niezłą awanturę - jeden z sąsiadów wyszedł z psem, po którym zawsze sprząta i zwrócił sąsiadce uwagę, że nie życzy sobie, by Duduś go obwąchiwał. Wtedy usłyszał, że jest hipokrytą i stosuje podwójne standardy (jedno zwierzę kocha, drugim się brzydzi). Wtedy pan X odparł, że może i jest zacofany, ale dla niego świnia nigdy nie będzie zwierzątkiem domowym, bo psa czy kota można wychować i nauczyć czystości, świnek niekoniecznie. Usłyszał, że jest zacofany.
Cóż, biedna sąsiadka musi się męczyć z bandą zacofanych osób, bo wszyscy podzielają zdanie pana X.
Mój narzeczony ma niezwykle chamską babcię. Brak taktu to jej drugie imię. Na początku mi to nie przeszkadzało, nawet ją lubiłam, ale kilka incydentów strasznie mnie do niej zraziło. Jak powiedziała kuzynce mojego narzeczonego, że miała na ślubie mocny makijaż, ale to dobrze, bo ma taką twarz, że im więcej tapety, tym lepiej, to już wtedy coś mi nie grało, ale przymykałam na to oko. Kilkakrotnie zdarzało jej się zaprosić kogoś na obiad, a po przyjściu powiedzieć, że jednak nie chciało jej się obiadu robić. Nie wspomnę o tym, że bywa po prostu niegrzeczna, nie składa życzeń, nie wita się. Jest bardzo otyła, ledwo skończyła 70 lat, ale przez jej wagę ma ogromne problemy z poruszaniem, więc ciągle chce, żeby wszędzie ją wozić, wszystko za nią załatwiać, zachowuje się trochę jak dziecko, które ma na wszystko wywalone. Jej córka, a mama mojego narzeczonego, była bardzo źle traktowana przez swojego ojczyma. Czasem jak słuchałam tych historii, to zastanawiałam się, gdzie ona była, jak jej mąż znęcał się nad jej dzieckiem? Czarę goryczy przelała jednak ostatnia sytuacja.
Organizowaliśmy z narzeczonym urodziny naszej córki połączone z chrztem. Zaprosiliśmy na imprezę mamę narzeczonego z mężem (ojczymem mojego narzeczonego) i babcię. Babcia tylko skinęła głową, ale nic nie powiedziała, szczerze to nawet nie zwróciłam na to większej uwagi. Przyzwyczaiłam się do faktu, że nawet nie przyszłoby jej do głowy powiedzieć „dziękuję za zaproszenie, będę” czy „dziękuję, niestety nie dam rady”. Zapowiadało się, że będzie cała trójka, ale coś mnie pokusiło, by to potwierdzić parę dni przed. Otóż okazało się, że będzie tylko mama narzeczonego, bez męża. A babci nie będzie, bo doszła do wniosku, że jej się nie chce.
Było mi przykro, bo na niedawnej komunii kuzyna mojego narzeczonego byli wszyscy. Szczerze to myślałam, że takie akcje to tylko w gimnazjum. A narzeczony nie widzi problemu.
Wraz z moim chłopakiem biegamy w godzinach wieczornych/nocnych. Z racji pory roku, nosimy kominiarki chroniące twarz przed zimnem; czasem zakładamy plecaki, do których wkładamy kilka buteleczek z wodą (w celu zwiększenia obciążenia i intensywności wysiłku fizycznego).
Pewnej soboty biegliśmy około godziny 3 nad ranem. Ulice były puste. Z bocznej uliczki skręciliśmy w jedną z głównych dróg. Około 100 metrów przed nami, chwiejnym krokiem szedł młody mężczyzna. Po usłyszeniu za sobą donośnych kroków odwrócił się i zamarł. Zobaczył dwie zamaskowane postaci z plecakami, biegnące w jego stronę. Podjął próbę ucieczki, jednak alkohol nie był jego sprzymierzeńcem. Miotał się od jednego końca chodnika do drugiego, próbował złapać równowagę, nieznacznie przesuwając się naprzód. Gdy byliśmy tuż za nim, stanął nieruchomo, prawdopodobnie przygotowując się na utratę telefonu i portfela.
- My tu tylko biegamy - skomentowaliśmy, na widok jego przerażenia.
Kolego, jeśli czytasz anonimowe - wybacz, nie chcieliśmy Cię przestraszyć ani skroić :D
Pracuję w szkole dla dorosłych z dużą siecią oddziałów. Nieważne czy w liceum, na studiach, czy w szkołach policealnych. Ważnym jest to, jak bardzo doprowadza mnie do szału udawane pomaganie Ukrainie i zakłamanie.
Przed wojną mieliśmy już dużo osób z Ukrainy, które zapisywały się do naszej szkoły. Takie osoby były zapisywane na takich samych zasadach jak osoby z Polski, również na kierunki bezpłatne. Od razu po wojnie ruszyły akcje marketingowe, jak to pomagamy osobom z Ukrainy, jak stoimy bardzo za Ukrainą. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie fakt, że państwo odcięło od dotacji uchodźców. Stało się tak na rzecz osób niepełnoletnich z Ukrainy i ich obowiązku nauki. W związku z powyższym teraz zapis takiej osoby wygląda zupełnie inaczej. Mamy obowiązek kontrolować, kiedy taka osoba wjechała do Polski i na jakiej podstawie, a jeżeli przyjechała po wybuchu wojny, to musi płacić więcej od innych osób, nawet o kilkaset złotych miesięcznie. Dodatkowo sytuacja ta nie dotyczy obywateli innych krajów, np. Białorusi czy Rosji.
Wiadomo, że gdyby nie odcięcie dotacji, firma nic by takiego nie zrobiła. Rozumiem to, że firma nie chce dopłacać do nauki każdej osoby z Ukrainy, ale jak po tym wszystkim mogą dalej reklamować się jako szkoła wspierająca Ukrainę, gdzie osoba z Rosji może dostać naukę u nas za darmo, a uchodźca z Ukrainy już nie? W Internecie też nie ma nigdzie informacji na ten temat. Taka osoba dowie się tego na miejscu, chcąc podpisać umowę.
Co wy wiecie o przypale...
Zesrałam się. Na własnym ślubie. Dostałam sraczki z nerwów i po prostu nie mogłam jej powstrzymać. Ale to nie wszystko, uwaga: Zasrałam siebie I MOJEGO ŚWIEŻEGO MĘŻA w chwili, gdy podniósł mnie do zdjęcia (no wiecie, ta typowa ślubna poza).
Tak mi nacisnęło na brzuch, gdy mnie brał na ręce, że przestałam to kontrolować. Cholera, nie przestawało mi z tyłka lecieć. Wszyscy widzieli mnie czerwoną ze wstydu, obsraną śnieżnobiałą sukienkę i garnitur lubego oraz jego zażenowana minę.
Ja już siebie zupełnie nie rozumiem.
Mam 15 lat i niedawno wyszłam ze szpitala psychiatrycznego.
Z jednej strony powinnam się czuć szczęśliwa 5 wolna, odciążona, z ogromem możliwości, które na tak długo mi odebrano i czasem nawet tak jest. Mimo wszystko zaraz potem dobija mnie znowu uczucie tej pustki, beznadziejności, bezsilności, niemocy. Znów dobijają mnie myśli, że nie chcę żyć, że zasługuję na ból.
Po powrocie ze szpitala odczuwam strac przed myślą o mówieniu komukolwiek, co się ze mną dzieje. Nawet jeśli chcę sobie pomóc i z kimś pogadać, mam w sobie ogromną blokadę. Sam pobyt wspominam dobrze, ale chyba po prostu nie chcę już ze sobą współpracować. Chodzę na terapię, przyjmuję leki. Mam wokół siebie naprawdę zaufanych ludzi, za których jestem wdzięczna. Mam pasje, marzenia, kochane zwierzątka, do których zawsze mogę się przytulić. Mam wszystko, o czym mogłabym tylko zamarzyć. Dlaczego więc wciąż chcę umrzeć?
Trzy lata spędziłem w poprawczaku. Pomyślicie, błędy młodości. Nie do końca. Mój ojciec był ch*jem, jakich mało na tym świecie. Chlał, bił, kradł z domu, demolował. Pożyczał kasę od kogo tylko mógł. A później te osoby przychodziły do mojej mamy chcąc odzyskać pieniądze. Mieszkaliśmy w komunalce, przydzielonej przez miasto.
Któregoś dnia, gdy wracałem ze szkoły, wchodząc klatką do góry, usłyszałem kolejną awanturę. Ojciec próbował wejść do mieszkania, pomimo zamkniętych drzwi. Jak mnie zobaczył, to od razu wystartował z łapami. Nie mógł się wyładować na mamie, to chciał na mnie. I wtedy coś we mnie pękło. Miałem przewagę, bo on był nachlany. Pobiliśmy się. Nie, wróć, to ja pobiłem jego. W całej tej szamotaninie spadł ze schodów i złamał kręgosłup. Paraliż od pasa w dół. W wieku 15 lat trafiłem do poprawczaka. Pierwsze 6 miesięcy to był bunt z mojej strony. Nie chciałem się podporządkować. Wtedy przydzielono mi innego wychowawcę, pana Grzegorza. Nazywali go „pacyfikatorem trudnych przypadków”. Potrafił dotrzeć do każdego, dosłownie każdego. I udało mu się. Gdy wyszedłem, byłem innym człowiekiem.
Obiecałem mu, że nigdy, przenigdy niczego nie przeskrobię.
Od tamtej pory minęło 12 lat. I nie dostałem nawet mandatu. Z panem Grzegorzem widywałem się czasami, za każdym razem dziękując za to, ile dla mnie zrobił. Przez te 2,5 roku był dla mnie jak ojciec. A on tylko się uśmiechał, mówiąc, że taka jest jego praca. Sam ją wybrał, bo od zawsze lubił pomagać. Taki wychowawca z powołania.
Wczoraj byłem na jego pogrzebie. Pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Ktoś napadł go, gdy wracał do domu wieczorem. Powiem szczerze, nigdy nie widziałem na pogrzebie tylu ludzi. Wydawało mi się, że stawili się wszyscy jego wychowankowie. Ci byli, jak również ci, którymi opiekował się przed swoją śmiercią. Dla wielu, w tym dla mnie, był jak ojciec. I tak go zapamiętam.
Mój kuzyn ma kobietę, z którą ma dzieci; od lat widziałem, że kuzyn nie dba o tę kobietę jak należy – sporo pił i nie była z nim szczęśliwa. Przez całe życie liczyłem, że ona będzie w końcu ze mną, o czym wiedziała zawsze, dawała mi znaki, że też tego chce, ale nigdy nie podejmowałem działań, bo nie chciałem kuzynowi życia niszczyć, bardziej liczyłem, że sami się rozstaną i wtedy będę mógł działać. Dość długo ignorowałem jej zaloty, aż przestała się odzywać.
Teraz się dowiedziałem, że ona jest w ciąży z jakimś żonatym typem, z którym się spotykała w tajemnicy, potem parę miesięcy mieszkała z nim, bo żona typa wygoniła go z domu i mój kuzyn też tak zrobił w stosunku do niej i zamieszkali razem, bo nie mieli niby innej alternatywy. O całej sytuacji dowiedziałem się dopiero na sam koniec, tak to obie strony ukrywały.
Finał jest taki, że żonaty typ wrócił do żony, a ona została sama z brzuchem na wynajmie i praktycznie beż środków do życia, a ja totalnie załamany nie potrafię sobie z tym poradzić. Wiem, że nie powinienem nawet na nią spojrzeć, ale to zawsze było silniejsze ode mnie, to jest miłość od dziecka.
Mam 19 lat i jestem "uzależniony" od... cienkich kromek chleba.
Uwielbiam cienkie kromki chleba, zawsze kiedy idę do sklepu kupić pieczywo, to kupuję chleb krojony; taki, który spożywa cała moja rodzina, oraz chleb niekrojony, który chomikuję w pokoju. Mam swoją deskę do krojenia i ulubiony zestaw noży. Każdy na inny dzień tygodnia. Czerwony w poniedziałki, żółty na wtorek itp.
Zawsze przed wyjściem do szkoły muszę sobie ukroić chociaż jedną kromkę chleba. Nie po to, żeby zjeść, ale po to, żeby się nią pobawić. Podotykać, pomiziać. Jedzenie chleba jest pewnego rodzaju zwieńczeniem całego procesu "rozkoszowania się" wyglądem cienkiej kromki. Mam w szafie schowane urządzenie do krojenia chleba z możliwością regulacji grubości krojenia kromek. Najcieńsze fabryczne kromki nie satysfakcjonowały mnie wyglądem i grubością, więc maszyna stoi w szafie i czeka na kupca. Wydałem na to 300 zł.
Jeżeli idę w gości lub do restauracji, to ZAWSZE przemycam swoje własne cienkie kromki chleba. Biorę pełny wachlarz: zwykłe białe, orkiszowe, pełne ziarno, zbójeckie. Wszystkie jakie są. Żeby nikt nie mógł mnie zaskoczyć tym, że na stole jest inny chleb, niż ja aktualnie spożywam.
Nie wiem, czy powinienem się udać z tym do specjalisty, czy komuś o tym powiedzieć... Nie czuję się z tym źle ani nic. Tak tylko sobie lubię podotykać cienkich kromek chleba.
Moi rodzice mają na imię Karol i Karolina. Rodzice mamy: Stanisław i Stanisława. Rodzice taty: Władysław i Władysława. Za pół roku mój brat Antek bierze ślub ze swoją narzeczoną - Tosią. Ja mam na imię Janka.
Jakiś czas temu, 2 piętra niżej, wprowadziło się małżeństwo z synem w moim wieku. Oboje wpadliśmy sobie w oko. Dziś wieczorem idę na łyżwy z Jankiem. Biedny jeszcze nie wie, w co się wpakował.
Dodaj anonimowe wyznanie