#lzHwQ

Mój tata był policjantem. Po jego śmierci przez kilka lat tak z doskoku jeździliśmy z mężem do domu, w którym tata mieszkał: świetne miejsce na weekend, tuż pod lasem, daleko od sąsiadów. Wszystko super, poza tym, że tata był „przydasiem” i nie wyrzucał niczego, bo wszystko może się przydać. Została po nim masa klamotów. W tym, między innymi, stary drewniany fotel.
Fotel był mega wielki i brzydki, do samochodu załadować nie było jak, gabarytów jakoś nikt nie wywoził, postanowiliśmy – tak, to całkowicie naganne – porąbać go byle jak i spalić. Tak zrobiliśmy.

Ognisko rozpalone, usiadłam z piwkiem, mąż tacha siedzisko fotela z kawałkiem stelażu, pakuje do ognia. Prostuje się, ociera pot z czoła, bierze sobie piwo, siedzimy i...

I W TYM MOMENCIE KTOŚ ZACZĄŁ DO NAS STRZELAĆ.

To jest cud boski, że nas wtedy nie pozabijało. Przez jakiś czas byliśmy jak w amoku, nie wiedzieliśmy co się dzieje. Dopiero kiedy przestaliśmy się trząść ze strachu i odważyliśmy wstać z ziemi, odkryliśmy, co się stało... Otóż w fotelu, dokładnie między tym siedziskiem a ramą, schowane było pudełko cholernych nabojów. Rozumiecie? Nabojów. A my je wrzuciliśmy do ognia... Do dzisiaj nie wiem, jak nam się udało ujść z życiem z tego ostrzału. Może tata nad nami czuwał. A może to było jego ostrzeżenie pod tytułem „zostawcie moje rzeczy”. W fotelu odkryliśmy jeszcze jedną paczkę nabojów. Nikomu o tym nie powiedzieliśmy i tylko czekaliśmy z sercem w gardle, czy kto jednak strzałów nie słyszał i policji nie wezwie. Na szczęście to była mazurska wieś, a nie Detroit.

Do końca życia nigdy niczego tam nie spalimy.

#WtzRC

Jak byłem w podstawówce, mieliśmy lekcje artystyczne. Na jednej z nich nagle usłyszałem, że ktoś kichnął, pomyślałem, że to moja koleżanka, więc w ramach żartu powiedziałem „Na zdrowie starej krowie”. Ku mojemu zdziwieniu zamiast śmiechu nastała grobowa cisza. Spojrzałem powoli za ramię i moim oczom ukazała się nauczycielka, zszokowana do granic możliwości. W tej chwili byłem chyba bardziej zmieszany od niej. Głupio wyszło, niestety. Wstyd tylko potem się było przyznać, że dostałem dwóje z muzyki i plastyki.

#IZSxQ

Ostatnio nie radzę sobie totalnie z moim małżeństwem. Dla większości ludzi sielanka: dobra praca (tylko ja pracuję nie przemęczając się, żona siedzi w domu); w związku od ponad 10 lat; dwójka zdrowych dzieci... po prostu sielanka. No właśnie że nie, bo ostatnio zdaję sobie coraz bardziej sprawę z tego, że coś zgasło i chyba gaśnie coraz bardziej:
– żona doprowadza mnie do furii tym, że jest niedecyzyjna i zawraca mi głowę najmniejszymi problemami (nawet jak jestem w pracy)
– frustracja seksualna sięga u mnie zenitu, czuję się ostatnio jak małolat, który zadowala się po katach. Od jakichś czterech lat moja żona się uwstecznia seksualnie i chyba jest już na poziomie dziewicy konsekrowanej, możne raz na rok coś się zdarza... a i wtedy większość jej nie pasuje
– jakakolwiek pasja, zaangażowanie umarły całkowicie.
Dzisiaj uświadomiłem sobie, że z tej sytuacji jest chyba tylko jedno wyjście. I niech nikt mi nie pisze, że wszystko to moja wina – próbowałem zmienić ten stan kilkukrotnie i nic.
Więc najprawdopodobniej rozwód będzie najlepszym wyjściem, no chyba że ktoś ma inne pomysły, w sumie ja nie widzę nic innego... a ona nie widzi problemu.

#qHwXG

W pewien piątek, jako 24-letni mężczyzna, poszedłem na imprezę z przyjaciółmi. Zdarzyło mi się nieźle popić, następnego dnia nie pamiętałem nic. Koledzy powiedzieli mi, że po pijaku zgwałciłem dziewczynę. Każdy obecny na imprezie mógł to potwierdzić, a sama dziewczyna mnie unikała. Kiedy uświadomiłem sobie co zrobiłem, przestałem żyć. Nie chciałem jeść, nie mogłem spać, zerwałem kontakty, przestałem pić (zostałem abstynentem)... Moje życie zmieniło się w koszmar, nie wspominając o sumieniu. Moja psychika została zupełnie zrujnowana. Tak żyłem 1,5 roku. W końcu wyszedłem do ludzi. Pewnego dnia spotkałem moją paczkę, wraz z tą dziewczyną. Od razu pytali się, gdzie ja byłem itd. To, co mnie zdziwiło, to fakt, że owa dziewczyna wcale nie czuła do mnie urazy. Spytałem, czy się już na mnie nie gniewa o to, co zaszło.

I co mi powiedziała? Że to wszystko to był żart, a koledzy kapnęli się jaki byłem pijany i wmówili mi zgwałcenie dziewczyny.

Ha-ha-ha. Jaki śmieszny żart, ha-ha-ha.
Zmarnowane 1,5 roku życia. Świetnie.

#wmpuX

Kiedyś wiosną umówiłem się z kumplem na tzw. nocną jazdę bez celu, prywatnie, na dwa samochody. Celem było miasto oddalone ode mnie 50 km, a od niego 170 km.

Wyjechałem odpowiednio później w stosunku do niego, bo wiadomo, mam bliżej. Niestety, mimo że miałem być wcześniej, spóźniłem się ponad 1,5 h. Powód oficjalny? Zepsucie i naprawa blow offa (dla niewtajemniczonych takie coś, co robi „psyk” podczas puszczania gazu).

Nieoficjalny i prawdziwy? Od mojego domu do głównej DK trzeba przejechać około 9 km drogami zapomnianymi przez ludzkość. I przez 9 km „odżabiałem” drogę z migrujących żab, które po deszczu poszły szukać nowego lokum, a ja nie miałem serca ich zignorować i skazać na śmierć, przez co często musiałem stawać, żeby przeskoczyły na drugą stronę, albo co gorsza wychodzić w deszczu z samochodu i je przeprowadzać na drugą stronę.

#Y049T

Po 10 latach nieudanego małżeństwa postanowiłem zmienić mój los i dwa lata temu odszedłem od żony. W pierwszym okresie po rozstaniu opiekowaliśmy się dwojgiem naszych dzieci na przemian co dwa dni. Aby nie zmieniać dzieciom sytuacji życiowej jeszcze bardziej, postanowiłem oddać żonie 120 m dom, a z podziału pozostałego majątku wziąłem tylko połowę tego, co mi się należało. Nie słuchałem przezornych przyjaciół, którzy odradzali mi takie „dobre serce”.
Teraz nie mam kontaktu z dziećmi, które nabuntowane przez ich matkę nie chcą mnie znać. Z 1000 zł alimentów na początku zrobiło się 1700 zł miesięcznie, a była żona wnosi o kolejne podwyżki tego świadczenia. Ja mieszkam na wynajmowanym mieszkaniu i ledwo starcza mi na życie, podczas gdy była żona dysponuje majątkiem wartości prawie jednego miliona złotych. Moja zdolność kredytowa jest mniejsza niż potrzeby kredytowania zarezerwowanej nieruchomości i jestem w czarnej dupie.

Jakby się ktoś zastanawiał, czy warto mieć litość po rozstaniu, to stanowczo odradzam. Majątek dzieli się tylko raz, a dobro wysyłane może do ciebie nie wrócić – taki wniosek na koniec.

#apsaQ

Jest mi wstyd, że mam 33 lata, a nie stać mnie nawet na jedzenie. Dostaję pensję, z której opłacam ratę kredytu, wynajem pokoju, kupuję kotu jedzenie i nie zostaje mi już nic na życie. Nie mam rodziców, nie mam na kogo liczyć. Nie stać mnie nawet na kozaki czy zimową kurtkę. Nie tak widziałam dorosłe życie.

#rT4QD

Wstydzę się tego, że jestem samotną matką, przez co jestem postrzegana przez sporą część społeczeństwa jako patologia i roszczeniowa kwoka.
Wstydzę się, że dałam się zmanipulować jak dziecko facetowi, który przez kilka lat udawał ogarniętego, a jak pojawiło się dziecko, to zawinął wrotki i uciekł, umywając ręce od całkowitej odpowiedzialności, łącznie z płaceniem alimentów (uprzedzając komentarze o założeniu sprawy – alimenty są już prawnie przyklepane przez sąd, tylko gościu pracuje sobie na czarno i oficjalnie nie mieszka nigdzie, więc policja i sąd rozkładają ręce, że nie mogą go znaleźć).
Wstydzę się, że jestem złą matką, bo nie poświęcam wystarczająco czasu własnemu dziecku przez zasuwanie jak wół w robocie na nadgodzinach, żeby na wszystko nam starczyło.
Wstydzę się, że jak chcę sobie kogoś znaleźć, by nie czuć samotności, to słyszę komentarze, że mam się uspokoić i ogarnąć, bo mam malutkie dziecko i chłop nie jest mi potrzebny.
A najbardziej wstydzę się tego, że moje dziecko bardziej cieszy się na widok babci niż mój, bo przez moją pracę spędza z nią więcej czasu niż ze mną.

#dp4pZ

W dzieciństwie byłam trochę na bakier z higieną. W domu był zwyczaj kąpieli w jeden dzień tygodnia. Szkoda, bo bardzo to lubiłam, jednak mama nie pozwalała na to częściej, tłumacząc się oszczędnościami. Gdy miałyśmy gdzieś wychodzić, mówiła tylko „umyj się”, mając na myśli twarz, ręce i zęby. Każdego wieczoru także kazała mi się umyć, sama robiła to samo, no i do łóżeczka. Kiedy podrosłam na tyle, żeby widzieć, jak to wygląda u innych dzieci, zaczęło mi to trochę przeszkadzać. Wiadomo jednak, że przyzwyczajenia domowe były górą.

Mijały lata, ja rosłam, zaczęłam dojrzewać. Hormony, wzmożona potliwość – aż chciało się po prostu wskoczyć do wanny. A ja byłam trochę zbyt zahukaną dziewczynką, żeby się tak po prostu sprzeciwić wiecznie zajętej mamie. Wstydziłam się przebierania na WF, że koleżanki mogą zobaczyć, że mam te same majtki co wczoraj. Po jakimś czasie, gdy sama nie wytrzymywałam z własnym smrodem, jakoś wynegocjowałam częstszą kąpiel, 2 razy w tygodniu, powiedzmy, niedziela i środa. Nadal bezsens dla mojej mamy, ciągle powtarzała, że to tylko strata wody, choć ja nalewałam sobie tylko ok. 15 cm wody do wanny. Moje ówczesne koleżanki, dorastające panienki, zaczynały o siebie bardziej dbać. Nie miały problemów ze zdjęciem swetra, bo pod spodem zawsze był świeży podkoszulek i ogolone pachy, mogły zawsze zdjąć trampki, bo nie śmierdziały im kopyta tak jak mi. Bez skrępowania mówiły, że mają okres i czują się paskudnie, a ja panikowałam, że ktoś odkryje, że to ja właśnie mam okres – w te dni najbardziej czułam się jak gówno. Zastanawiałam się też, jak moja mama to robi, jak ze sobą wytrzymuje, skoro jej częstotliwość kąpieli była nawet mniejsza od mojej, ale nigdy nie zauważyłam, żeby od niej brzydko pachniało czy coś. W końcu, gdy po raz kolejny od niej usłyszałam „A co się będziesz znowu kąpać, umyj się tylko”, nie wytrzymałam i wygarnęłam jej, co o tym myślę. Że jest brudasem, że rączki i twarz czyste, ale pod ubraniem to pewnie stodoła, że przez nią i jej wychowanie się tylko siebie wstydzę. Od słowa do słowa, wyjaśniło się całe nieporozumienie…
Otóż gdy mówiła mi „umyj się”, miała na myśli szybki prysznic. Sama tak robiła. Nigdy sobie nie wchodziłyśmy do łazienki, więc nie było okazji podejrzeć, jak to robimy. Z kolei gdy ja mówiłam, że idę się kąpać, mama wyobrażała sobie, że nalewam sobie wody aż po brzegi i bawię się z pianą i kaczuszkami, więc pozwalała mi na takie kaprysy co najwyżej przy okazji niedzieli. Teraz nawet i ona nie rozumiała, jak mogłam żyć w takim brudzie. A ja… po prostu nie byłam nauczona higieny. Nie wiem, jak to się stało. Przecież w dzieciństwie musiał być ten moment, kiedy mama wyszła z łazienki i już na zawsze przestała mi asystować przy kąpieli, skąd więc to całe nieporozumienie?
Dodaj anonimowe wyznanie