#oQywd

Pewnego wieczoru wróciłem do mieszkania po spotkaniu ze znajomymi. Idąc przez klatkę, usłyszałem pikanie, w głowie mej zrodziła się myśl: to na pewno piszczy czujnik czadu!  Po chwilach zastanowienia zapukałem do drzwi, skąd dobiegało piszczenie, a że nikt nie otwierał, to zadzwoniłem na numer alarmowy 112. „Od dłuższego czasu piszczy alarm w mieszkaniu, brzmi jak czujnik czadu, nikt nie otwiera drzwi, w bloku woda ogrzewana jest gazem przez piecyki”. Usłyszałem: „Już jedziemy”.
Przyjechała policja, która obudziła prawie całą klatkę, straż pożarna, która planowała wyważanie drzwi oraz pogotowie – tak na wszelki wypadek. Któryś z zaalarmowanych sąsiadów miał numer do właściciela mieszkania, skontaktowano się z nim. Przyjechał i otworzył drzwi. Okazało się, że to piszczał alarm w piekarniku... Czujnik czadu nie piszczał, bo nawet go nie było.

Więc tak oto obudziłem całą klatkę, a na miejscu były wszystkie służby ratunkowe chcące dostać się do mieszkania; głupio mi teraz mijać sąsiadów :)

#IbFbg

Wiele lat temu, gdy miałam z 8-9 lat, bałam się chodzić do kościoła. Dlaczego? Ponieważ ksiądz na ogłoszeniach zawsze mówił „Za duszę Kowalskiego” itp. Jako małe, głupiutkie dziecko myślałam, że chodzi o to, że ksiądz wchodzi do czyjegoś domu, wybiera członka rodziny i go zabija, dusząc. Byłam przerażona, że kiedyś przyjdzie do mojego domu.

#AijfV

Miałam może 10 lat i na wakacje pojechałam na kolonię zuchową. Wszystko fajnie, tylko jako dziecko (właściwie do teraz) byłam niezwykle wybredna w kwestiach jedzenia. Już w domu rodzice dwoili się i troili, żebym cokolwiek jadła. Najbardziej lubiłam suchy chleb, owoce, surowe warzywa. Zupy z niezidentyfikowanymi farfoclami wywoływały we mnie panikę, gotowana marchewka – obrzydliwość, ziemniaki rozbełtane w sosie – wstręt, parówki – odruch wymiotny. Przez większość czasu trwania koloni magazynowałam chleb, który potem suszyłam na parapecie i następnego dnia zjadałam z dżemem (masło również znajdowało się w mojej strefie pokarmów niejadalnych). Z obiadów zbierałam od innych sałatę albo sam makaron, o ile nie miał styczności z czymś innym. Przy tym wszystkim byłam zdrowym i energicznym dzieckiem. Mimo to jedna z opiekunek koloni, druhna Dorota (minęło prawie 20 lat, a ja pamiętam imię tej mendy), postanowiła mnie naprostować.

Pewnego dnia na obiad podano ryż z truskawkami, jedno z niewielu dań, które lubiłam.
Z satysfakcją gapiła się jak jem, kazała mi zjeść do końca i wylizać talerz, potem przyniosła mi drugi, chociaż byłam solidnie najedzona. Po drugim przyniosła trzeci, chociaż ze łzami w oczach prosiłam, żeby mnie puściła do pokoju. Ale nie, dopiero jak zjem. Nie wiem jakim cudem 10-letnie dziecko może zmieścić w żołądku taką ilość pokarmu, ale nie może się to skończyć dobrze. Pamiętam, że zrobiło mi się słabo i opiekunka postanowiła mnie odprowadzić do pokoju. Na schodach nie wytrzymałam, a raczej mój żołądek, i puściłam ekstremalnego pawia, normalnie szlauch. Na nią, na ściany, na schody. Przez świetlik w schodach wszystko spłynęło aż na parter. Ona zarzygana, ja zarzygana, i jeszcze raz, kolejna seria, teraz już celowałam na nią, z satysfakcją zemsty.
Dodam, że musiała po mnie wszystko posprzątać.

Do końca kolonii trzymała się ode mnie z daleka.

#QECft

Naprzeciwko mojego domu jest przystanek autobusowy. Tłumaczyłem kiedyś mojemu 4-letniemu kuzynkowi, że nie wolno mu się zbliżać do autobusów, bo te jedzą ludzi. Siedzieliśmy potem na ganku przed domem, na przystanku siedzieli ludzie, autobus się zatrzymał, a kiedy odjechał, to ludzi już nie było. Mały mocno to łyknął.

Kiedy miał z 6 lat, przyszedł do mnie i powiedział zupełnie poważnie „Pamiętasz tę sprawę z autobusami? Zbadałem to. Trochę się bałem, ale już się nie boję. Autobusy zabierają tylko ludzi, a potem można normalnie wysiąść, nic złego się nie dzieje. Musiałem ci powiedzieć, żebyś też się więcej nie bał”.
Cudny dzieciak!

#28td1

Jak wybuchła wojna, a pradziadka zabrali do Oświęcimia, prababcia została z dwoma chłopcami. Starszy zaczął działać w podziemiu, a młodszy, mój dziadek, jako nastolatek (bliżej 10 lat niż 20) musiał zacząć utrzymywać siebie i matkę, pracując w zakładach. Pracował „u Niemca” i nie za bardzo chciał pomagać w okupowaniu naszego kraju, ale żyć jakoś trzeba, więc robił różne sabotażowe „psikusy”.
Nie wiem, czy ktoś się połapał w tych jego psikusach, czy doszli do tego, że to rodzina tego brata AK-owca, lub tego zesłanego i zamordowanego ojca, ale Niemcy przyszli do domu. Zabrali prababcię z moim dziadkiem i wywieźli ich gdzieś na zachód. Zatrzymali się gdzieś w lesie i kazali kopać dół. Ale kiedy dół już był wykopany, to przyszedł „jakiś rozkaz”, a po jego przeczytaniu Niemiec, który nad nimi stał, po prostu ich tam zostawił.

Historię przekazała mi moja mama, która kiedyś usłyszała ją od dziadka.

#dJnHN

Miałem kiedyś fajną dziewczynę, fajny związek. Tylko ciągle goniłem za kasą. Ona wcześniej miała dzianego faceta, była bogata z domu, chodziła w drogich ubraniach, mieszkanie bez kredytu. Ja byłem magazynierem za 1300 zł i jeździłem klepaną corsą, mieszkałem z rodzicami na 30 m².

Zakochaliśmy się w sobie jak nastolatkowie. Ona ciągle powtarzała, że kasa to nie wszystko. Że to nie jest w życiu najważniejsze. Woli mieć związek oparty na szczerości niż na wyglądzie i pieniądzach. Nie mogłem w to uwierzyć i kombinowałem tylko jak mieć więcej, by być jej godnym. Tak uważałem, że nie jestem jej godzien, bo jestem biedakiem. Jej rodzice patrzyli na mnie jak na dzieciaka z patoli, gorszego, bez studiów, fizola, który nosi kartony. Nie wytrzymałem presji jej rodziców i tej, którą sam na siebie nałożyłem. Uparłem się, że bez kasy jestem nikim i zostawiłem ją. Dalej goniłem za kasą. Poszedłem w IT, nauczyłem się programować, testować oprogramowanie i dziś, już po 8 latach od tamtego rozstania, mam własną działalność. Na kasę nie narzekam. Odebrałem niedawno auto z salonu.

Mam teraz kobietę, która liczy moje pieniądze. „Musimy w tym roku przebić Hankę i Karola. Oni byli w Stanach, to my może polecimy do Argentyny? Ale i tak gdzieś polećmy na tydzień, choć do Grecji”. Nie ma miłości, jest wyrachowanie. Jest chwalenie się naszym cudownym życiem, kateringiem dietetycznym, autem, mieszkaniem. Moim autem i mieszkaniem.

Tak czasami sobie siedzę i myślę, że moja była miała rację. Byłem szczęśliwszy, kiedy jechaliśmy z nią nad rzekę i kochaliśmy się na kocyku, niż kiedy teraz mogę jechać gdzie chcę, z osobą, która, podejrzewam, mnie nawet nie lubi.

#sVKc1

Mieszkam za granicą, w Skandynawii. Przeprowadziłam się tutaj, jak byłam jeszcze dzieckiem. Jak przyjeżdżam do Polski, to większość ciotek, wujków i znajomych myśli, że jak się mieszka za granicą, to pieniądze spadają z nieba. Nigdy nie zdają sobie sprawy z tego, że wszystkie rzeczy, które moi rodzice posiadają, są kupione za ciężką pracę.

#8m92H

Miałem kiedyś prawdziwie piekielną współlokatorkę.

To była typowa wieśniara - tandetnie tleniona blondyna z paskudnymi odrostami, połamanymi tipsami i wszechobecną panterką. Do tego wydawało jej się, że umie śpiewać - miała dość kiepski zwyczaj robienia tego około 3-4 nad ranem, co nieuchronnie sprowadzało policję w nasze skromne progi.
Ale to nie wszystko! Laska była poważnie trzepnięta, potrafiła biegać na szpilkach całą noc (po parkiecie) i słuchać przy tym muzyki na pełną pizdę, śpiewać i gadać przez telefon. Nikt z mieszkania nie rozumiał, jakim cudem miała tyle energii, ale o tym później.

Lubiła też zamykać się w łazience ze swoim chłopakiem i uprawiać seks na włączonej pralce. To było dość specyficzne, bo bywało o różnych porach dnia - wyobraźcie sobie, że jecie ze współlokatorami śniadanie w kuchni rano, a z łazienki dwa metry dalej słychać odgłosy porządnego zachodzenia w ciążę :D

Pomijam już kwestie wyżerania/zabierania jedzenia z lodówki i szafek, kosmetyków i innych tego typu spraw. W pewnym momencie dokonało się - okazało się, że musi opuścić mieszkanie (interwencje sąsiadów i policji niezbyt przypadły do gustu właścicielowi). W jej wywaleniu duży udział miał też fakt, że parkiet był zmasakrowany przez szpilki, a do tego dziewczyna pluła na niego gumą (potrafiła z kimś rozmawiać i nagle splunąć gumą pod nogi i tak ją już zostawić).
Co gorsza, w momencie wyprowadzki jej chłopak chciał coś sprawdzić na jej telefonie i okazało się, że wali go w rogi z połową miasta. Afera, która się wtedy rozpętała zgromadziła dość sporą publiczność (doszło do rękoczynów, ale wynieśli się zanim ktoś znowu wezwał policję).

Policja przybyła jednak ponownie jakiś czas później - okazało się, że laska studiując w Poznaniu resocjalizację zamawiała amfetaminę i inne narkotyki z Czech i Niemiec na adres mieszkania, swoje nazwisko i to za pobraniem :D

#XYKgS

Będzie krótko o tym, jak ludziom trudno się zmienić.

Po roku związku wydało się, że mój luby od trzech miesięcy mnie zdradza. Co więcej, zakochał się i nie wyobraża sobie życia bez „tej drugiej”. OK. Wybrał i to zaakceptowałam. Mamy sporo wspólnych znajomych i z tego co wiem, są szczęśliwą parą. Podobno w planach ślub i dziecko. Krzyżyk na drogę.

Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy wczoraj zapukał do moich drzwi, żeby zdradzić swoją nową ukochaną ze mną...
Dodaj anonimowe wyznanie