#JseNX

Wraz z chłopakiem rozbieraliśmy sztuczną choinkę, która i tak za długo stała. W pewnym momencie zapytał mnie, co to za dziwny sopel wisi na jednej z gałęzi. Ja zdziwiona nie wiem o co chodzi, bo nie mam tego typu ozdób, więc chcę to zobaczyć.
I co widzę? Dokładnie na wysokości mojego wzroku wisi ciemnoszare, podłużne coś.

Tym czymś było zaschnięte gówno mojego kota.
Nie wiem jak to gówno się tam znalazło i dlaczego nikt wcześniej tego nie zauważył.

Oryginalnie, nie ma co.

#2jkxo

Moja babcia ma problem z gołębiami, które z jakiegoś powodu upatrzyły sobie jej balkon jako idealne miejsce do wicia gniazd. Mało tego - ptaszątka pokrywają podłogę i barierki grubą warstwą gołębiego gówna i przez długie godziny przesiadują pod oknem prowadząc ze sobą ciągnące się w nieskończoność rozmowy. Tym samym doprowadzają babcię do szaleństwa.
Babcia jednak należy do tych staruszek, które mają jeszcze sporo energii, więc nestorka naszego rodu ani myślała pogodzić się z takim losem i wypowiedziała balkonowym obsrańcom wojnę. Kupiła na rynku jakieś takie fikuśne wiatraczki.
Gołębie najwyraźniej miały już do czynienia z takimi sztuczkami, bo furczące na wietrze, odpustowe zabaweczki nie robiły na nich żadnego wrażenia.
Babcia postanowiła więc spróbować innej metody. Pożyczyła od sąsiadki kota, bo w jakiejś "Pani domu", czy innym babskim szmatławcu przeczytała, że zapach sierściucha sprawia, że gołębie spierdzielają, gdzie pieprz rośnie. Przez trzy dni stawiała więc tego starego,wyleniałego pchlarza na parapecie, a ten śmierdziel tylko gapił się beznamiętnie przez okno... wprost na bandę gołębi, które wydawały się śmiać do rozpuku z jego tuszy.
Przedwczoraj babcia przyszła do domu z wielkim, plastikowym krukiem. Sztuczne ptaszysko należy umocować na barierce, a gołębie na sam widok tej monstrualnej, czarnej bestii obsrają się na miętowo (tako rzecze instrukcja). Zamontowała więc kruka triumfalnie przewidując, że czas gołębich rządów dobiegł końca.
Następnego dnia osobiście musiałem to badziewie z balkonu zdejmować. Od dzioba aż po nóżki uświniony był ptasim gównem. Gołębie zorganizowały sobie nocną zabawę i potraktowały babciny gadżet jako regularny kibel. Jeszcze zanim wszedłem na balkon widziałem jak na czubku głowy kruka siedział sobie nadęty gołąb wyzywająco gapiąc się na naszą zdruzgotaną seniorkę.
Jutro babcia idzie do sklepu militarnego po wiatrówkę. Całą rodziną usiłujemy wybić jej ten pomysł z głowy...

#9uMkC

Jestem pasjonatką fińskiego. Zaczęłam, kiedy miałam 14 lat, a dwa lata później mama wzięła mnie na wymarzoną wycieczkę właśnie do Finlandii.
Odpoczywałyśmy w jakimś mały barze, gdzie miałam okazję wykorzystać swoje umiejętności językowe. Stres na maksa, bo to pierwszy raz. Wzięłyśmy jakieś dwie potrawy, ja colę, a mama poprosiła, żebym zapytała o kufel piwa dla niej. Gdzieś tam w stresie wyciągnęłam z głowy potrzebne słowa i rozpoczynam. Kelnerka trochę się zdziwiła, kiedy poprosiłam o kufel piwa. Wyglądało to jakoś tak:
- Kufel piwa?
- Tak, to dla mojej mamy, nie dla mnie.
- Mhm, ale kufel piwa?
- Tak, jakiegoś piwa.
- Kufel piwa?
Pomyślałam, że może coś seplenię, więc wyciągnęłam łapę w stronę baru i wskazując na piwo powtórzyłam:
- KUFEL PIWA.
Kelnerka obdarzyła mnie trochę skonsternowanym spojrzeniem, ale zapisała i odeszła. Widziałam, jak zatrzymała się na chwilę przy swojej koleżance, żeby coś tam jej szepnąć.

Po parunastu minutach wróciła z jedzeniem, colą i... z filiżanką.
Tak, z filiżanką.
Zamówiłam FILIŻANKĘ piwa.
Widać było, że kobieta bardzo się postarała, żebyśmy otrzymały najlepszy możliwy serwis, i mama dostała bardzo ładną filiżankę piwa na ślicznym spodeczku.

Teraz już wiem, dlaczego były takie zdziwione. Zastanawiam się czasem, czy do dzisiaj myślą, że w niektórych krajach mają takie dziwne zwyczaje.

#TNw2H

Taka sytuacja:

Przebieram się z koleżankami na wf. Obok mnie dwie rozmawiają o miesiączce i tamponach. Nagle jedna mówi:
- No, a jak idziesz sikać, to musisz wyciągnąć i potem włożyć nowego!
- Nooo!!! I potem tyle ledwo zużytych ląduje w koszu!
Na to ja odwracam się i mówię:
- Czemu wyciągacie i wkładacie nowe?
- A co, będziesz z brudnym od sików chodzić?
- Przecież jak sikasz, to ci się nie pobrudzi. Tylko ewentualnie ten sznureczek.
- Co?! To czym ty sikasz? Przecież p*zdą się sika!
Wszystkie koleżanki wokół zaczęły się śmiać.
- Co?! Człowieku, od ponad szesnastu lat jesteś dziewczyną i nie znasz swojej fizjonomii i anatomii?
- No to jak się sika?
Podchodzę do niej i pokazuję jej bok zaciśniętej pięści.
- Patrz. Tu masz p*zdę, a tu masz to, co rodzice nazywali siusiaczką, i tym się sika.


Nie ma to jak dowiedzieć się, że przez całe życie sikałaś nie tym co trzeba (° ͜ʖ ͡°)

#e28o7

Mam największy nos na świecie. No... Może trochę mniejszy. Był to też jeden z moich głównych kompleksów.

Nawet nie wiecie, jaka byłam zdziwiona, kiedy w pewnym regionie Gruzji jego mieszkaniec mi powiedział, iż to dla każdego Gruzina bardzo atrakcyjny nos i że żadna Gruzinka nie powstydziłaby się takiego kształtu.

Wygrałam życie :)

#alQYt

Wczoraj gdy szłam po ulicy, miałam ze sobą kilka grosików. Rozrzuciłam je po chodniku, mając nadzieję, że znajdzie je ktoś, kto będzie ich potrzebował lub po prostu ktoś się ucieszy i zrobię dobrą sprawę. Gdy kilkanaście minut później szłam tą samą drogą, zniknęła każda moneta. Satysfakcja nie do opisania.

#TMeBb

Mam marzenie, które z każdą chwilą jest coraz mniej realne. Chciałbym tak bardzo, żeby jeszcze nawet teraz kilku dobrych ekonomistów, profesorów i jeszcze innych wykształconych i niezrzeszonych z żadną partią ludzi przedstawiło swój plan naprawy gospodarki. Chciałbym nie czuć lęku, oglądając wiadomości i nie płakać, że będę musiała wyjechać z miejsca, które kocham, zostawiając swoich bliskich.

#pye9b

Mam narzeczonego. Obydwoje mamy po 30 lat i planujemy ślub. Każdy, kto organizował podobne wydarzenie, wie, że nie jest to tania impreza. Ja byłam przeciwniczką podobnego trwonienia pieniędzy na jeden wieczór, usiłowałam namówić narzeczonego na obiad weselny dla najbliższej rodziny i bliskich przyjaciół, a potem wycieczkę w jakieś egzotyczne miejsce we dwoje. Narzeczony (pomimo jego słabych warunków zatrudnienia w „wymarzonej” firmie) uparł się, że ma być wesele, że nazbieramy jakoś. OK, przestałam na jego propozycję, niech będzie.

W naszym związku zarabiam głównie ja. On ma tylko 1/4 etatu (choć pracuje, jakby był zatrudniony na cały) i do domu przynosi równo 1240 zł miesięcznie. Za samo mieszkanie płacimy 2800, tak dla porównania. Ja zarabiam całkiem OK, ale 80% mojej wypłaty idzie na rachunki, jedzenie, jakieś sprawy bieżące typu urodziny, lekarz, jakieś ubrania. Tak czy siak, bardzo oszczędnie staram się gospodarzyć. Jestem w stanie coś odłożyć, ale to maksymalnie 500-700 zł miesięcznie.

Za rok mamy mieć teoretyczne wesele. Wszyscy w rodzinie pytają się, czy mamy fotografa, czy zespół już zarezerwowaliśmy, że salę by trzeba było ogarnąć… A mi wstyd. Tak strasznie wstyd, bo narzeczony gada, jakby miał co najmniej 100 000 zł na koncie i był w toku planowania, a prawda jest taka, że ledwo na zaliczki byśmy mieli, a żeby włożyć za salę, to już w ogóle można pomarzyć. Ostatnio zwróciłam mu uwagę, że tego wesela raczej nie będzie, więc ma przestać tak gadać. Od słowa do słowa, wyszło, że on myślał, że wesele na 100 osób (mojej rodziny w tym 20%) to będzie kosztować 10 000 maksymalnie. A tymczasem najtańsze szacunki wynoszą ok. 50 000 zł. No nie zarobię na to, a nawet jeśli, to mi szkoda wydać tyle pieniędzy na jeden wieczór.

Ostatnio narzeczony rzucił, że może bym poszukała dodatkowej pracy, aby zarobić na to wesele. Na moje pytanie, dlaczego on nie może, przecież mniej zarabia, był foch, że mu wypominam pieniądze. Ogólnie to praca jego marzeń i jest jakaś tam szansa, że w przyszłości dadzą mu cały etat, ale tych pieniędzy potrzebujemy już dzisiaj.

Wstyd mi strasznie przed rodziną, a najgorzej będzie przyznać się, że żadnego wesela nie będzie, bo nie mamy pieniędzy. Ciągle w głowie mam jego przechwałki, że jaka to sala nie będzie wielka albo że jakiegoś dalekiego wuja też zaprosimy, bo kto nam zabroni. Aż mnie uszy pieką.

Najbardziej to bym chciała uciąć temat ślubu i zapomnieć o nim na dłuższy czas.

#jrGg7

Nienawidzę swojego psa.

Już od ponad roku nie trzyma mu pęcherz, więc muszę mu zakładać pieluchy. Właśnie ma biegunkę, cholera wie od czego. Po raz setny cały wynajmowany pokój wali psim gównem. Przed wyjściem do pracy chciałam mu jeszcze zmienić pieluchę. Dupa go boli od srania, więc walczy, siadając cały czas w trakcie. Wiecie ja ciężko jest założyć pieluchę kulącemu się uparcie psu? Bardzo. Przy okazji upierdzielił gównem siebie, mnie, podłogę, szafkę, chodnik, wszystko. Tuż przed wyjściem widzę, jak szczy na podłogę. Krzywo założona, udało mu się naszczać bokiem. Cały cyrk od nowa. Pies w gównie, pielucha w gównie, ręce w gównie, życie w gównie.

Ma 18 lat. Uwielbiałam go. Był moim najlepszym przyjacielem przez większość dzieciństwa. Zabrałam go na studia. Zabrałam go, jak się przeprowadzałam za pracą. Gdy dostał padaczki, kupiłam mu leki. Gdy zaczął tracić apetyt, wyszukiwałam mu coraz to nowsze, lepsze karmy. Gdy zaczął popuszczać w domu, nie gniewałam się. Cierpliwie wychodziłam z nim częściej. Najpierw co cztery godziny. Próbowałam nauczyć go, by załatwiał się na maty, a nie na jedyny dywanik. Kupiłam kojec i wyłożyłam mu matami, by nie bałaganił, gdy wychodzę do pracy. Gdy zaczął się załatwiać godzinę po spacerze i sikać pod siebie w łóżeczku, zdecydowałam się na pieluchy. Szybko się przyzwyczaił. Teraz czeka, aż po spacerze zacznę mu zakładać pampersa, by się w niego wysrać.

Nie poznaje mnie nawet. Interesuje go tylko jedzenie i spanie. Jeszcze dwa lata temu prosił mnie, bym go wzięła na ręce, by móc mi spać na kolanach. Teraz, gdy go głaszczę, sprawdza tylko, czy nie mam jedzenia.

Nie zliczę, ile razy płakałam za nim. Za moim psiakiem. Za moim przyjacielem. Ta osrana kupa futra nim nie jest. Ma jego kształty, ale to nie on. To nieudany żart, pusta skorupa, istniejąca tylko po to, by mnie męczyć i przypominać mi o tym, czego już nie ma.

Czasami zastanawiam się, jak by to było, gdyby padł. Ostatnio coraz częściej. Mimo wieku jest bardzo silny. Prawie nie widzi, prawie nie słyszy, ma padaczkę i biegunki bez powodu, ale do śmierci mu daleko.

Jest tyle rzeczy, których nie mogę zrobić przez niego.

Chciałabym wyjechać za pracą z kraju. Z nim nie mogę.
Chciałabym się przeprowadzić z wynajmowanego pokoju do mieszkania. Z nim nie mogę znaleźć nic w normalnej cenie.
Chciałabym, by mój pokój przestał walić gównem. Ha.
Chciałabym po 10h w pracy wyjść sobie na miasto, pochodzić po parku, wypić na spokojnie kawę, odprężyć. Nie mogę. Muszę dać psu leki. Muszę go umyć. Zobaczyć, czy żyje.
Chciałabym pojechać do rodziny na kilka dni. Nie mogę. Wstyd mi go brać ze sobą, a hotele dla psów w takim stanie są za drogie.


Gdyby był bardziej chory, odstawiłabym mu leki. Gdyby bez nich miałby czystą, spokojną śmierć, zrobiłabym to. Zabiłabym swojego psa.
Ale nie mogę.

#fEEJ4

Wyciągnęłam dziś mojemu kotu pierwszego tegorocznego kleszcza i przypomniała mi się historia opowiedziana ku przestrodze przez moją prababcię.
Prababcia jako mała dziewczynka biegała samopas, często bez bielizny, która dostępna w ograniczonej ilości często schła na płocie, a w tym czasie dziewczynki biegały po polach w samych sukienkach...
Otóż pewnego razu mojej prababci, wówczas czternastoletniej, wbił się kleszcz... A gdzie? Ano wbił się tam, gdzie w ówczesnych czasach panowie jedynie po ślubie zaglądali.
Jako że wioska mała i biedna, a najbliższy „dochtór” słono sobie za każdą wizytę liczył, rodzice prababci postanowili sami kleszcza usunąć.
Kleszcza wyciągał tata, mama świeciła lampą naftową, siostra rozciągała co trzeba, żeby tata mógł wykonać zadanie, a dwóch starszych braci trzymało jej ręce i nogi, żeby się nie szarpała...

Boże, dzięki Ci za dzisiejszą służbę zdrowia.
Dodaj anonimowe wyznanie