Pewnego dnia szedłem sobie wieczorem deptakiem, wymijał mnie jakiś gościu z dziewczyną. Niski typ, około 30 lat i masywny, ale większość tej masy to był tłuszcz. I po prostu tak ni z gruchy, ni z pietruchy, bez absolutnie żadnego powodu potrącił mnie z bara. I tu was zaskoczę – nie biliśmy się. Nawet nie powiedziałem do niego żadnego słowa, tylko wymieniliśmy gniewne spojrzenia i poszliśmy w swoją stronę. On oddalił się ze swoją dziewczyną i zaczął coś przy niej po cichu biadolić. Nie wiedziałem, czy się śmiać czy płakać. Rozumiem takie durne zaczepki w podstawówce, ale żeby dorośli ludzie się tak zachowywali? Gościu pewnie myślał, że dam się sprowokować, ale był w błędzie! Tysiące lat ewolucji sprawiły, że mimo pochodzenia od małp nie zachowujemy się tak jak one. Uliczna bijatyka jest najgorszą i ostateczną opcją. Jeśli jest jakiś cień szansy uniknięcia jej, to koniecznie trzeba to zrobić. Zresztą skąd pewność, czy po stronie bara, z którego mnie potrącił, nie mógł mieć czasem kosy w kieszeni? Z drugiej strony idę o zakład, że gdyby sprowokował kogoś większego, napakowanego, bardziej nerwowego, to z typa byłby taki fighter jak z koziej d*** trąba. Naoglądał się kozaczek teledysków z amerykańskimi raperami i próbuje być czarniejszy od nich. Zakompleksiony leszczu, który chciał zaszpanować przed laską, a tak naprawdę robił z siebie debila.
Życzę każdemu takiemu pseudokozaczkowi, żeby trafił na gościa, który czegoś takiego nie popuści, złapie za fraki i rzuci nim o glebę. Może wtedy tacy zrozumieją, że nie opłaca się zgrywać madafakera niczym Trevor z GTA.
Matylda jest moim pierwszym dzieckiem. Urodziła się 12 lat temu, a zajście w ciążę nie stanowiło problemu i nie trwało długo. Od zawsze marzyłam o dwójce dzieci, więc po 2 latach zaczęliśmy z mężem starania o drugie dziecko. Niestety trwało to o wiele dłużej niż w przypadku Matyldy, a ani ja, ani mój mąż nie wiedzieliśmy co jest grane. Poszłam więc do lekarza, który to oznajmił, że przy pierwszej ciąży były pewne komplikacje, o których nawet nie wiedziałam, które nie stanowiły zagrożenia dla pierwszej ciąży, ale uniemożliwiają zajście w kolejne. Moje serce pękło na 1000 kawałków. Byłam bardzo zrozpaczona. Po kilku miesiącach doszliśmy z mężem do wniosku, że zaadoptujemy dziecko. Zdecydowaliśmy się na to dopiero wtedy, gdy oboje byliśmy w 100% pewni, że tego chcemy.
Krzyś ma obecnie 10 lat. Jest niesamowicie kulturalnym, ambitnym i skromnym chłopcem. No lubię dzieciaka. Problem w tym, że nie potrafię go kochać… Po prostu nie umiem kochać zaadoptowanego dziecka. Staram się tego nie pokazywać (i póki co mi się to udaje), ale w głębi duszy nie umiem go kochać. Uwielbiam dzieciaka, nie wyobrażam sobie bez niego życia, jesteśmy bardzo zżyci i uwielbiamy spędzać ze sobą czas. Ja po prostu nie potrafię go kochać. Nie czuję do niego tej samej miłości co do Matyldy, pomimo tego, że traktuję ich równo. Nie umiem.
Czasami wybudzam się ze snu, wykrzykuję przekleństwa, biję się po twarzy i nagle padam bezwładnie na ziemię. Po prostu śni mi się pająk, który schodzi po sieci na moją twarz. Niby mąż już do tego przywykł, ale dalej trochę mi wstyd.
Mam 18 lat, mieszkam z rodzicami w małej wsi. Śpimy w jednym pokoju, bez łazienki i ogrzewania. Jako małe dziecko marzyłam by mieć piękny dom. Dla innych to wydaje się być normalne, a dla mnie to coś nieosiągalnego.
Moi dziadkowie nie przepisami mojej mamie nic, a więc mój kochany tata stwierdził, że nic robić nie będzie, skoro to nie nasze. Nie zapraszam do domu nikogo, oprócz mojej zaufanej przyjaciółki. Nie mam chłopaka, a nawet gdy go miałam, nigdy nie zaprosiłam go do domu wstydząc się tego jak mieszkam. Gdy spotykam się ze znajomymi, nigdy nie pozwalam podjeżdżać im pod mój dom. Podejmowałam próby rozmów z rodzicami, ale tata stwierdził, że przesadzam i że moi bracia się tak wychowali, to i ja dam radę.
Pomieszczenie, które miało być łazienką jest, kąpiemy się w misce. Miejsce na mój pokój też by się znalazło, zresztą co to za problem dobudować coś malutkiego. Płaczę po nocach i wyobrażam sobie jak udekorowałabym mój pokój. To kieruje do wszystkich, którzy mają tak jak ja i do rodziców, którzy wiedzą, że nie zapewnią swoim dzieciom komfortu. Proszę rozmawiajcie ze sobą. Starajcie się dać dziecku to co najlepsze i to na co Was stać.
Pewna historia o pewności siebie, a raczej jej braku.
Odkąd pamiętam, należałam do tego niewielkiego procenta dzieci, które uwielbiają się uczyć. Może niekoniecznie odrabiać zadania, ale zawsze ciekawiła mnie przyroda, później biologia, geografia, fizyka. Z matmy miałam wielką frajdę, gdy rozwiązałam trudne zadanie. Czytałam książki, przeglądałam encyklopedie, "Świat Wiedzy", nawet jeśli nie wszystko rozumiałam. Lubiłam spacery, na których oglądałam rośliny i głaskałam każdego zwierzaka po drodze.
W gimnazjum trafiłam na wybitnie nietolerancyjną klasę, a jak wiadomo, "kujon" to ten gorszy. Nie miałam życia, na każdym kroku docinki, podkładanie nóg, zaczepki. Już po kilku miesiącach nauczyłam się, że lepiej nie podnosić ręki, gdy nauczyciel zadaje pytanie. Zaczęłam specjalnie udawać, że czegoś nie umiem, żeby po prostu mieć spokój. Na WF-ie było to samo, ogólnie byłam wysportowana, ale specjalnie się potykałam, zwalniałam czy udawałam, że nie mam stroju, żeby nikt mi nie dogryzał. Po jakimś czasie nawet w domu zaczęło mi się obrywać, że się "wymądrzam", bo często opowiadałam jakieś ciekawostki gdzieś wyczytane.
Weszłam w pewien okres buntu, raczej z "czynów" byłam grzeczną osobą (nie imprezowałam, nie wagarowałam itp), ale stałam się bardzo pyskata. W każdym dopatrywałam się mojego wroga, każdy zasłyszany szept czy śmiech uważałam za jakieś próby obgadywania mnie za plecami (najgorsze jest to, że do tej pory tak mam). Z niechęcią nawiązywałam nowe znajomości, pogorszyły się moje relacje z mamą. Z tatą nigdy dobrej nie miałam.
Wiele razy usłyszałam, że nikt mnie nie zechce. Weszłam w związek, w którym mój partner doskonale wiedział o tym jak się czuję, co nieraz wykorzystywał na swoją korzyść. Słyszałam, że nic nie umiem, na niczym się nie znam, lepiej żebym przy nim była, bo tylko on mnie toleruje.
Moim marzeniem było zostać naukowcem lub architektem. Jednak wygrało wewnętrzne, wypracowane przez lata przekonanie, że nie dam rady. Nawet nie próbowałam aplikować. Rozszerzoną maturę z biologii zdałam na 85%, z matmy 98%, a ukończyłam ogrodnictwo. Do dziś żałuję, że nie spróbowałam, ale nie mam siły podejmować kolejnych studiów, później uprawnień itp.
Obecnie mam 26 lat, bardzo kochającego partnera, który pomógł mi trochę pozbyć się aż takiej tragicznej samooceny. Największym problemem według mnie jest to, że gdy z tym walczę, ciągle mam wrażenie, że przeginam w drugą stronę. Mam problem z oceną swoich możliwości. Że nigdy nie wiem, czy mierzę siły na zamiary, czy ja realnie uważam, że coś mi się nie uda, czy wymuszam na sobie myślenie, że dam radę, a przecież logiczne, że nie.
Teraz mam znajomych, ale nikt nie wie, jaką wewnętrzną walkę prowadzę gdy z nimi rozmawiam, gdy ciągle uważam, że jestem beznadziejnym towarzystwem i każdy jest ode mnie lepszy...
Gdy w nocy świeci się światło w mieszkaniu, to unikam stania bądź przechodzenia obok okien, zwłaszcza balkonowego, ponieważ boję się, że zaraz wymierzy we mnie jakiś snajper i mnie zabije.
Sprawdzając kupon Lotto, stwierdziłem tylko jedną trafioną liczbę. Liczbę sześć. Półgłosem szepnąłem do siebie: „Szóstka”. Jak się później okazało, ktoś na sali wykładowej mnie usłyszał i zorientował się, co trzymam w ręku...
Przez kilka następnych tygodni byłem gwiazdą zapraszaną na party, kilka dziewczyn chętnie grzało mi łóżko, w ogóle poczułem się jak w jakimś Matrixie. Nagły, niewytłumaczalny zwrot w życiu o 180 stopni. Najciekawiej się zrobiło, gdy ktoś się włamał do mojego pokoju w akademiku, pozostawiając chaos jak po przejściu tornada. Większość nowych znajomych zniknęła, ale pozostało kilku, którzy podziwiali moje opanowanie i nieutraconą pogodę ducha po tak wielkiej stracie. W tym jedną z dziewczyn, do teraz bliską mi przyjaciółkę, która stwierdziła, że wprawdzie grubawy i nieco łysiejący ze mnie mikrus, ale ze stalowym charakterem, który jej się bardzo podoba, wręcz podnieca.
A wszystko przez przypadek i wścibstwo współstudenta. O czym dowiedziałem się dużo później.
Mam 24 lata i od urodzenia mam neurologiczny niedowład czterokończynowy. Na szczęście jestem na tyle sprawna, że nauczyłam się chodzić przy kulach trójnogach.
Chodzenie jest dla mnie ciężkie, aczkolwiek najgorsze jest siedzenie. To już nie chodzi o to, że boję się siedzieć na krześle, które nie jest oparte o ścianę, ale po prostu po dwóch godzinach siedzenia na krześle plecy pieką mnie żywym ogniem. Dzięki rehabilitacji i to się nieco poprawiło. W szkole cierpiałam przez to katusze, prosiłam rodziców o indywidualne nauczanie w domu, mama jednak pozostała nieugięta. Stwierdziła, że socjalizacja (która i tak nie wyszła) jest ważniejsza. Ogólnie miałam i w tym roku po raz trzeci podchodzić do matury z matmy. Chcę mieć maturę, pomimo że moje problemy zahaczają o dyskalkulię, ale honor nie pozwala mi iść po diagnozę (nie jestem w stanie obliczyć w pamięci nawet takich prostych sum jak 5 + 7, na palcach zresztą też jest trudno, ledwo zdawałam z klasy do klasy). Jednak koleżanka mojej mamy pod koniec grudnia zeszłego roku zaproponowała mi pracę jako sekretarka w jej małej firmie. Już miałam nadzieję, że będzie to praca zdalna. Mogłabym przecież tak pracować nawet półleżąc, gdy ból pleców się zacznie, no i łatwiej byłoby to pogodzić z rehabilitacją. Niestety szefowa nie zgodziła się na pracę zdalną. Stwierdziłam jednak, że jeśli pokażę się jako dobry pracownik, to po jakimś czasie szefowa się zgodzi na to, bym pracowała z domu. Niestety do teraz nic się nie zmieniło. Plecy coraz bardziej bolą i coraz bardziej się krzywią. Często wyczekuję końca siedmiu godzin pracy ze łzami w oczach. Z racji że mam niedowład mieszany, czyli zbyt napięte kończyny i nieco zbyt luźny tułów, to brak rehabilitacji daje się we znaki. Mięśnie napinają się bardziej niż zwykle. Już ledwo chodzę, z coraz większym trudem i strachem przed upadkiem. Niestety kiedy kończę pracę, moja fizjoterapeutka też ją kończy. Ćwiczę w domu, ale niezbyt wiele to daje. W dodatku mam silną nadwrażliwość dźwiękową oraz wzrokową. Po całym dniu wśród ludzi i pstrokatych ścian wyładowuję się autoagresją, czyli gryzieniem po rękach, wpadaniem w histerię.
Klienci, którzy ze mną rozmawiają, też na mnie narzekają. Według nich nie domyślam się najprostszych rzeczy (rozumiem wszystko bardzo dosłownie). Nie lubią też tego, że nie patrzę im w oczy. Słyszałam, że mam też monotematyczny ton głosu i się nie uśmiecham. Zresztą mam też problem w dostrzeganiu różnic w tonie głosu czy mimice twarzy innych ludzi.
Kiedy szefowa pyta, czy wszystko w porządku i czy potrzebuję dostosowań, zawsze mówię, że wszystko gra. Nie chcę wykorzystywać mojej niepełnosprawności, żeby mieć łatwiej. Od początku mi wtłaczano, że mam dostosować się do większości, bo w ich świecie żyję.
Mama i cała reszty rodziny są ze mnie dumni, bo w końcu prowadzę normalne życie.
A mi, pomimo poglądów, wydaje się, że nie każdy sprawnie intelektualny niepełnosprawny nadaje się do pracy biurowej.
W czasach ginących w pomroce dziejów zdarzyło mi się studiować kierunek, na którym panował obowiązek częściowego skoszarowania. Czysto męski akademik z zakazem wizyt po godz. 22:00. Zakaz zakazem, a dziewczyny i tak się szmuglowało.
Raz na semestr kolega pochodzący z jakiejś dziury w Bieszczadach przywoził ze sobą dwie kuzynki. Dziewczyny dość przeciętnej urody, ciche i spokojne. Były traktowane jak księżniczki, życzenia odczytywano im z wyrazu twarzy i atencja ogólna do nich ledwo się mieściła w korytarzu. Dziewczyny odwdzięczały chętnie te uprzejmości, spędzając noce w łóżkach wybranych przez siebie aplikantów.
Pewnego razu jedna z nich zawitała i do mojego pokoju. Byłem w siódmym niebie, wizja pierwszego razu była w zasięgu ręki. W trakcie rozbierania się zauważyłem na jej ramieniu dużego siniaka. Zaniepokoiło mnie to i obejrzałem dokładnie jej całe ciało. Znalazłem wiele innych śladów fizycznej przemocy. Zacząłem wyciągać z niej przyczyny tego stanu rzeczy, zastanawiając się jednocześnie, czy powiedzieć o tym innym chłopakom, czy samodzielnie zmasakrować odpowiedzialnego za to gnojka.
Po dłuższym drążeniu tematu przyznała, że to z domu. Bije ojciec, bije wujek, bije matka, jest traktowana jak szmata i wół roboczy. Taka normalka na jej wsi, nic szczególnego. Są dziewczynami, więc niejako ludźmi drugiej kategorii. Tutaj z kolei wchodzą w świat jak z bajki, żyją jak w filmie, a że w zamian trzeba dupy dać, to i tak niska cena (jej słowa).
Wstrząsnęło to mną na tyle mocno, że jakoś nie bardzo miałem sumienia, aby przyjąć zwyczajową zapłatę za nocleg. Powiedziałem, aby poszła spać do łóżka, a ja przekimam na krześle. Rano spytała, czy może u mnie spać również następną noc, a jeśli możliwe, to jej siostra również. Zgodziłem się oczywiście. Dupa bolała od niewygodnego krzesła, ale opad szczęk kumpli, którzy usłyszeli, że chce spędzić u mnie kolejną noc, i to tym razem we dwie, wynagrodził mi to z nawiązką.
Parę dni później pojechały do domu, robiąc mi na odchodnym miły prezent. Żegnając się, na oczach kumpli, przytuliły się do mnie obie, całując namiętnie i dziękując za cudownie spędzony czas.
Moja fama jako guru seksu była wręcz namacalna. Otrzymałem nową ksywkę – Amor. Teksty typu „ucz mnie, mistrzu” były wręcz na poważnie. Przeczytawszy nieco literatury fachowej, udzielałem wielu rad, które często sprawdzały się w praktyce.
Nikt z zachwyconych poprawą własnych umiejętności łóżkowych chłopaków nawet nie przypuszczał, że pomaga im w tym prawiczek mający wiedzę czysto teoretyczną.
Jeśli do tej pory nie wiecie, to saszetkę z herbatą lipton można podzielić na dwie – u góry się odkleja, a od spodu rozcina. Dzięki temu można zaparzyć dwa razy więcej szklanek herbaty. Niestety, pozostałe herbaty no name nie mają takiej funkcji, mianowicie po rozdzieleniu listki herbaty się wysypują :(
Aha, dla mnie to oczywiste, ale wszystkie osoby, którym to pokazałem, wpadały w taką euforię, jakbym zafundował im nowe, lepsze życie, więc postanowiłem i z Wami się tym podzielić :)
Dodaj anonimowe wyznanie