#j6ZXH

Jestem pod wrażeniem dla swojej głupoty. Mam 21 lat, a z moim chłopakiem poznaliśmy się, jak miałam 17 lat. Nic niezwykłego, ale zawsze za przyjaciół miałam płeć męską i nieraz zdarzało mi się słyszeć ich uwagi co do swoich dziewczyn. Szczególnie zapadły mi w pamięci słowa, powiedzmy Adama, że jak zapuszcza się między uda swojej dziewczyny, to czuje posmak jakby starej ryby. I jak tak siedzieliśmy w czworo, no to dwóch innych Adamów przyznało rację, i że jest to serio paskudne. Ale robią to dalej, bo głupio powiedzieć dziewczynie, że jej wargi sromowe są o smaku przeterminowanej ryby.

Od tego czasu ja, jako młoda kobieta, miałam jakiś problem, by pozwolić swojemu chłopakowi na takie swawole. Ciągle tkwiły te słowa o rybie! Mój ukochany próbował mnie przekonać na każdy możliwy sposób. Co zrobiła młoda panna? Zgodziła się, ale jak wyszła spod prysznica, to wpadła na genialny pomysł. Cukier puder.

Tak, przypudrowałam sobie waginę cukrem pudrem... O dziwo on niczego nie zauważył niezwykłego. To był mój pierwszy raz i jego. Po 4 latach związku nadal to robię. Twierdzi, że nie rozumie swoich kumpli, którzy mówią, że prawie każde "69" to witanie starej ryby, bo przecież ja smakuje jak pączek, taki świeży.

#hklqX

Kocham mojego chłopaka, mimo tego, że nie jest ani trochę romantyczny.

Szczyt swoich możliwości zaprezentował w majówkę, gdy po imprezie kładliśmy się spać, po raz pierwszy razem. Byłam już w półśnie, gdy nagle on: „Wiesz... jesteś pierwszą dziewczyną, u której nie patrzę na wygląd”.

Mistrz komplementów, kuźwa xD

#OrFeP

Historia nie moja, ale mojej mamy.

Jako że mamusia nie należy do kobiet strachliwych, szła do domu późnym wieczorem przez jeden z tych niebezpiecznych parków w naszym miasteczku. Nagle poszedł do niej młody mężczyzna i coś powiedział. Mama nie zrozumiała o co mu chodzi, więc doszła do wniosku, że pyta o godzinę. Było ciemno, a że historia rozgrywa się w czasach, kiedy godzinę sprawdzało się na zegarku, a nie telefonie, to rodzicielka poprosiła chłopaka, żeby poszedł z nią pod latarnię... I tu zaczyna się robić ciekawie, bo gdy mamusia sprawdzała godzinę, chłopak zdjął spodnie i szczęśliwy stoi przed nią tak, jak go Pan Bóg stworzył... Ale mama zawsze potrafi wyjść z twarzą z sytuacji, więc na cały park krzyknęła: „WIESZ CO... WSTYDZIŁBYŚ SIĘ... MÓJ MĄŻ MA WIĘKSZEGO I SIĘ NIE CHWALI...”. Po czym z dumą poszła w swoją stronę.

Już chyba wiem, po kim jestem taka wygadana...

#s8lx0

Jak prawdopodobnie załatwiłam sobie miejsce siedzące w autobusie do końca życia.

Jestem młodą kobietą. Studiuję i pracuję. Czasem są lepsze, a czasem gorsze dni, jak u każdego. Nie jestem zmotoryzowana, więc tłukę się komunikacją miejską. Często z pracy zasuwam od razu na zajęcia albo odwrotnie. Pracuję fizycznie przy taśmie sortowniczej, gdzie głównie stoję, czasami nie czuję nóg. Właśnie zdarzył mi się taki dzień, że byłam wyjątkowo wykończona i na dodatek był to pierwszy dzień miesiączki, gdzie brzuch mnie nawalał i było mi niedobrze. Naprawdę mega niedobrze. Autobus się tłucze, a ja przykleiłam się tylko do chłodnej szyby i zamknęłam oczy. Niedługo cieszyłam się miejscem siedzącym, bo jakaś baba z torbami wypełnionymi łupami z bazarku sapnęła mi nad uchem. Nie wyglądała, jakby nie mogła ustać na nogach, więc uśmiechnęłam się przepraszająco, ale nie wstałam. Babka zaczęła coś mamrotać, a z drugiej strony włączył się stary dziad i mówi: „Może byś ustąpiła miejsca pani”? Odpowiedziałam, że naprawdę mi przykro, ale nie mogę, bo źle się czuję. Baba prychnęła i wszystkie oczy już były zwrócone na mnie. Wysiadałam za trzy przystanki, trudno, postoję. Już wstawałam i jakoś niefortunnie mi się odbiło kwasem, potem znowu, ale niestety autobus szarpnął, a mi się ulało... Zrzygałam się na pantofle baby. Byłam w takim szoku, że nie wiedziałam co zrobić. O dziwo, ludzie zareagowali, jakby to była codzienność, że laska rzyga w autobusie. Baba się darła, ale ja już wysiadałam. Tak że... dobry bełt załatwi sprawę XD

#H7Mcb

Pojechałem ostatnio do kumpla mieszkającego na wsi, taka typowo gospodarska rodzina. Siedzimy, pijemy kawę, dzieciak kumpla, taki bardzo mały chłopczyk, bawi się na podłodze – ustawia figurki zwierzątek na przyczepie traktora i jeździ. Chciałem go zagadać i pytam: „Zwierzątka jadą na spacer?”. Na co chłopczyk spojrzał na mnie jak na głupka i poważnym tonem odpowiedział: „Nie. Na ubój”.
Dawno mnie tak nie zatkało.

#NupUO

Uwielbiam chorować. Jest to dla mnie czas odpoczynku.
Jestem na wychowawczym. Moje dziecko jest wyjątkowo wymagające, pierwszego roku nie chcę pamiętać, tak dało mi w kość. Teraz jest lepiej, ale nadal czuję koszmarne zmęczenie. Do żłobka nie dało się go zaciągnąć, a dwie próbne nianie nie wytrzymały z nim (jakby ktoś się martwił, to przebadaliśmy go, włącznie z autyzmem).
Gdy zachoruję, mąż bierze wolne w pracy albo ściąga teściową. Wieczorami bierze małego gdzieś na wycieczkę „żeby mama miała spokój”. To jest wspaniały czas bez wrzasków, leżę po prostu w ciszy. Przedłużam tę chorobę jak najdłużej, czasem specjalnie leków nie biorę, żeby jeszcze tej ciszy zaznać.
Mój mąż jest wspaniały, pomógłby mi nawet gdybym powiedziała, że jestem zmęczona, ale mi jest głupio, że on tyle pracuje. Przeważnie wolny czas spędzamy razem w trojkę, żadne nie chce zostawiać tego z drugiego samego na polu bitwy. Choroba to super wymówka.

#RD8yY

Za dzieciaka byłam pulchną i niską dziewczynką. Chodziłam do zwykłej szkoły, uczyłam się przeciętnie. Miałam w miarę dobrą klasę, jednak było w niej parę wad, jak w każdej. Między innymi jeden wspaniały kolega, który to postanowił, że będzie mnie męczyć do końca szkoły.

Zaczęło się jeszcze w podstawówce. Zaczepki, popychanki, podbieranie piórników. Niby norma, większość dzieci tak robi, ale uwierzcie, wytrzymywanie tego każdego dnia było mordęgą. Pamiętam, że kiedyś, kiedy wychodziłam ze stołówki, kopnął mnie z całej siły w pośladki. Oczywiście poszłam z tym do wychowawczyni. Co mi powiedziała? Wytknęła mi, że to wina mojej wagi (która wtedy była w granicach normy), że pewnie go sprowokowałam i mam jej nie zawracać głowy. Nie zrobiłam tego do końca szkoły.
Potem nadeszło gimnazjum. Na nieszczęście ja i on trafiliśmy do tego samego. Zaczęły się komentarze na temat wady wzroku, nauki i, oczywiście, wagi. Przestawałam sobie radzić. Zaczęłam się głodzić, ciąć. Często na lekcjach drapałam ręce do krwi. Nauczyciele nie reagowali, a kiedyś, gdy zdecydowałam się pójść do pedagog, zostałam wyśmiana.
Rodzice nic nie podejrzewali, a brak przyjaciół nie był niczym nowym, bo zawsze byłam typem samotnika. Dopiero kiedy wróciłam pobita przez tamtego chłopaka i jego kolegów, wzięli mnie do lekarza. Ten powiedział o podejrzeniu anoreksji, lekkiej depresji młodzieńczej. Było mnóstwo wizyt u psychologa, psychiatry. Na jaw wyszło wszystko, co się stało. Prześladowanie, głodówki, samookaleczanie, fobia społeczna. Przez rok chodziłam na terapię, aż w końcu moje problemy zniknęły. Zmieniłam szkołę i miejsce zamieszkania. Wszystko się ułożyło.

Dlaczego to piszę? Ostatnio spotkałam tego chłopaka, jacyś dresi go bili. Możecie mnie teraz nazwać suką, ale stałam i patrzyłam na to, jak się nad nim pastwią, a kiedy skończyli, zadzwoniłam na policję i wróciłam do domu. Nie wiem, co się potem z nim stało, nawet nie chcę wiedzieć, ale mam nadzieję, że coś mu zrobili. Mam nadzieję, że chociaż przez moment poczuł się tak, jak ja się czułam przez te wszystkie lata, które mi zniszczył.

#SBNrC

To chyba nienormalne, że zwracanie się ojca do mnie „ci*ko” czy „pi**eczko” jest na porządku dziennym. Albo łapanie za biust lub za tyłek.

Nienawidzę go, jest obleśny. Matka ma to gdzieś. Do niej zwraca się tak samo. Gdy jest w tym samym pomieszczeniu, to wychodzę, obrzydza mnie.

Nie umiem przez to zaufać żadnemu chłopakowi. Drażni mnie, gdy jakiś chłopak mówi tak przy mnie o jakieś dziewczynie. Trudno mi zbudować normalny związek, bo pilnuję aż za bardzo, żebym nie została nigdy poniżona jak moja matka przez całe życie. Dziękuję, RODZICE.
Dodaj anonimowe wyznanie