#L64Ns

Mam 28 lat, mój narzeczony 31, jesteśmy razem już 9 lat. Wszystko układało się dobrze między nami – do czasu. Zawsze, kiedy wspominałam o wyprowadzce na swoje, mówił, że za jakiś czas. „Dorobimy się i pójdziemy”. I tak zbywał mnie co jakiś czas.
Mieszkamy w jego rodzinnym domu. Z mamą i braćmi. Matka wszystko przepisała jednemu z nich, nie podzieliła na nich po równo. I wygląda to tak, że dokładamy się do rachunków, wiadomo, każdy pomaga, jak może. Ale ile można robić w domu, jak i tak wiesz, że to nie będzie twoje? O założeniu rodziny próbowałam rozmawiać, to mnie tylko zbył. Niby myślał, ale na tym się skończyło. Ostatnio poruszyłam znowu ten temat i powiedziałam, że już tak łatwo się nie dam zbyć, to się obraził i się nie odzywa.
Nie wiem, jak mam z nim rozmawiać i czy ten związek ma sens, skoro on nie chce budować naszej wspólnej przyszłości z dala od rodzinnego domu i z dziećmi u boku.
Abigaila37 Odpowiedz

Dziewczyno, 9 lat razem i nadal słyszysz „kiedyś”? 😔 Masz prawo oczekiwać, że Twój narzeczony będzie chciał z Tobą budować wspólną przyszłość, a nie tylko wygodnie żyć tak, jak jest teraz. Nie musicie od razu kupować domu — można wynająć mieszkanie i zacząć wspólne życie na własnych zasadach. Najbardziej niepokoi mnie to, że gdy poruszasz ważny dla Ciebie temat, on się obraża zamiast rozmawiać. Nie czekaj kolejnych lat na obietnice bez pokrycia. Powiedz mu jasno, czego pragniesz, i zapytaj, czego on naprawdę chce. Pamiętaj, że Ty też masz jedno życie i nie musisz odkładać swoich marzeń w nieskończoność, żeby komuś było wygodnie.

Zobacz więcej komentarzy (4)

#fjYfD

Rozmawiałem z narzeczoną, która nie chce mieć dzieci (rozważałem przez to odejście). Rozmowa była trudna, bałem się jej jak diabli, bo narzeczoną bardzo kocham. Żadne rozmowy nie przynosiły skutku, więc nie myślałem, że jeśli powiem, że chcę odejść, to coś zmieni. Nie chciałem też wymuszać na niej czegokolwiek. Kiedy powiedziałem, że chcę odejść, ona powiedziała, że będzie matką, tylko żebym nie odchodził. Tego też nie chciałem. Najpierw była panika z jej strony, udało mi się ją uspokoić i w końcu po prawie dwóch latach wykręcania się powiedziała mi wszystko o powodach swojej decyzji. Otóż moje dziewczę pochodzi z rozbitej rodziny. Jej ojciec zostawił ich jakiś czas po tym, jak urodził mu się najmłodszy syn, który urodził się chory (obecnie funkcjonuje bardzo dobrze), bo go to przerosło. Nie chcę się wdawać w szczegóły, w końcu to anonimowe, w każdym razie jej ojciec bardzo inteligentnie powiedział mojej obecnej narzeczonej, kiedy była jeszcze dzieckiem, że to przez nich zostawił matkę, którą bardzo kochał, bo dzieci wszystko zniszczyły (?!). 
Wiedziałem, że jej relacje z ojcem są kiepskie, w sumie nie widziałem go od wielu lat, nawet nie pamiętam, jak wygląda. Ona sobie ubzdurała, że jak coś będzie nie tak z dziećmi, to ją też zostawię... A ona chce mieć dzieci, tylko się boi. Zawsze było mi trudno uwierzyć, że ona „po prostu nie chce mieć dzieci”, bo widziałem, jak zajmuje się bratankiem, jak chętnie się z nim bawi, jak dobrze sobie radziła, kiedy moje rodzeństwo było jeszcze małe. Przez to ciągle ją wypytywałem, o co naprawdę chodzi.

Poszliśmy na terapię, jest dużo lepiej, choć to dopiero początek, to efekty naprawdę już widać. Teraz to się wręcz napaliła, wciąż planuje, jak urządzi dziecku sypialnię, jakie zabawki kupimy. Tylko jeszcze czasami ma takie „napady” strachu. Wtedy płacze, przytula się do mnie i pyta, czy na pewno jej nie zostawię, jeśli coś pójdzie nie tak, bo jej mama nie dawała sobie rady. 
W sumie mam wrażenie, że jest dużo szczęśliwsza. Najpierw bałem się, że kłamie, żebym przy niej został, ale wygląda na to, że nie (nawet rozmawiałem na ten temat z psychoterapeutą). Cieszę się, że porozmawialiśmy. Szczerość w związku to bardzo ważna sprawa.

#HY3pm

Jestem mężatką od 15 lat, w sumie jesteśmy razem niemalże 20. Prawie wszyscy znajomi oraz rodzina żyją w przekonaniu, że jestem bezpłodna i dlatego nie mamy dzieci.

Prawda jest jednak taka, że po prostu ich nie chcemy. Dobijamy 40. i nigdy żadne z nas nie chciało mieć dziecka, pod tym względem się dobrze dobraliśmy. Nasi bliscy jednak tego nigdy nie rozumieli, wiec w końcu znudzeni i wkurzeni odpieraniem zarzutów typu „odmieni wam się, kiedyś będziecie tego żałować” itp. oznajmiliśmy smutnym tonem wszystkim wszem wobec, że jestem bezpłodna, a dzieci adoptowanych nie bylibyśmy w stanie pokochać (to drugie, o ironio, większość ludzi jest w stanie bardzo szybko zaakceptować!).

Trochę boli mnie, że musimy się posiłkować tym kłamstwem, szczególnie względem naszych rodziców, ale ciągle awantury o brak wnuków i zarzuty, że jesteśmy bez serca i umrzemy samotni, naprawdę dały nam w kość.

#nRxFR

Jestem nauczycielem, więc czasem muszę omówić z uczniami np. to, jak skonstruowany jest odbyt. Pewnego razu, kiedy rysowałem wielki anus na tablicy, jeden z uczniów zaczął zachowywać się głośno, więc odwróciłem się do klasy, powiedziałem: „Usiądź cicho i skup się na moim odbycie”, po czym odwróciłem się do tablicy.

Dopiero kiedy wszyscy huknęli śmiechem, zorientowałem się, jak to wyglądało z ich perspektywy.

#1lvgW

Moja narzeczona spytała mnie, co zrobię, jeśli kiedykolwiek po ślubie się rozejdziemy. Odpowiedziałem jej, że nigdy nie pozwolę jej odejść i nie dopuszczę do rozwodu. Ucieszyła się i pocierając w dłoni nóż do mięsa, powiedziała, że bardzo dobrze, bo nie zamierza być rozwódką. Jeśli już, to jedynie wdową...

Zacząć się bać? Do ślubu zostało zaledwie kilka dni.

#4gTuG

Czasami nienawidzę swojego ojca. Nikt by nie powiedział, patrząc na moją rodzinę z zewnątrz, że mam tak złe relacje z ojcem. Nigdy mnie nie bił, ale od zawsze traktuje mnie jak małe dziecko, mimo że mam już ponad 30 lat. Jak jestem w domu, to przypomina mi, żebym nosiła kapcie… Publicznie zawsze mnie wychwala, a w domu mówi, że do niczego nie doszłam i nic w życiu jeszcze nie przeżyłam ani nie zarobiłam (zarabiam dwa razy tyle co on). Jego stan zdrowia jest zły, ale on nic z tego sobie nie robi i przyznam, że w nerwach często podnoszę na niego głos, że o siebie nie dba i nic mu w życiu nie potrzeba. Żeby oszczędzić 10 groszy, to nawet spleśniałe ogórki kupi, bo tańsze. Z byle powodu dostaje napadu szału i wyzywa mnie wtedy, podobnie jak mamę. Nie szanuje jej rodziny, a swoją wybiela, jakby byli idealni, a są totalnie beznadziejni i mają go w dupie.

Jest już coraz starszy i kocham go, bo jest moim ojcem, ale coraz częściej łapię się na tym, że po kolejnej kłótni myślę sobie, że jak umrze, to trudno. Nie umiem z nim rozmawiać i nie czuję z nim żadnej więzi. A przede wszystkim nie umiem go szanować. Samej mi daleko do ideału, ale on zniechęca mnie do wszystkiego i mimo że na zewnątrz ciągle chwali moje sukcesy, to mam wrażenie, że tak naprawdę mną gardzi. Wstyd mi powiedzieć co czuję swoim znajomym czy chłopakowi, który jest bardzo rodzinny. Mama też by tego nie zrozumiała, wiec chociaż tutaj mogłam to z siebie wyrzucić.

#ppvct

Sytuacja sprzed tygodnia. Opad szczeny i wku*wienie maksymalne. Będzie wyznanie damsko-męskie z przestrogą. 

Klasyk – match na Tinderze, parę spotkań, w końcu do czegoś dochodzi. W każdym razie gość do mnie przyszedł w wiadomym celu. Od razu został uświadomiony, że bez gumki ma się nawet do mnie nie zbliżać. No OK. Pierwsze podejście nieudane, bo chłopakowi w gumce opadał. Mówię mu: „Słuchaj, nie ma sprawy, nic na siłę, nie przejmuj się. Bez gumki nie ma mowy o czymś więcej, ale nie tylko na tym świat stoi”.
No generalnie starałam się, żeby gość nie czuł się zawstydzony, gorszy etc.
O ja głupia...
Po chwili rozmowy facet mówi, że on jest już teraz gotów. No OK. Po skończonej „akcji” spojrzałam na  faceta, a ten... nie miał gumki! Noż kur... Typ zrobił mnie totalnie w konia i (sorry za określenie) zrobił to bez gumki! Kompletnie bez mojej wiedzy! Nawet nie spostrzegłam, kiedy ją zdjął i wyrzucił na podłogę.
Jak się domyślacie zapewne, facet został wywalony za drzwi, dostał ode mnie zakaz jakiegokolwiek kontaktu, a ja następnego dnia już byłam u ginekologa po tabletkę „dzień po”. Teraz „tylko” zostały mi badania, bo przecież gość mógł być na coś chory.

Jestem przerażona, że ktoś mógł wpaść na taki pomysł. Tak naruszyć wszelkie zasady bezpieczeństwa, szacunku do partnera i narazić mnie na przykre konsekwencje. Siebie przecież też mógł wpakować w jakiś syf, gdybym to ja była na coś chora...
Powinnam zaufać mojej intuicji, która od pierwszego spotkania biła na alarm, próbując włączyć w moim mózgu przycisk „freak na horyzoncie, zwijamy żagle”. Jeśli coś w środku mówi Wam, ze trzeba się ewakuować, to róbcie w tył zwrot i nie żałujcie niedoszłej miłości. Bo potem będziecie żałować, że do „miłości” doszło...
wyzwolonaa Odpowiedz

Znasz jego dane, idź na policję i zgłoś gwałt. Nie ma co się patyczkować, koleś jest przestępcą i tyle

Odpowiedzi (5)
Zobacz więcej komentarzy (5)

#w2gOZ

Jak miałam 5-6 lat, mieszkaliśmy na wsi w starym pałacu. Mieszkały tam też dwie inne rodziny i babcia. Była ona bardzo stara i miała problemy psychiczne. Był też ogromny, wspólny strych na samej górze, często się tam bawiłam. 
Któregoś dnia jak zawsze spędzałam czas na strychu, tym razem ze starszą siostrą. Bawiłyśmy się zapalniczką, podpalałyśmy rogi kartonów z ubraniami (było ich tam mnóstwo) i od razu gasiłyśmy. To było jakoś przed południem. Zabawa nam się znudziła i wybyłam na cały dzień na dwór z dziećmi sąsiadów. U nas to było normalne, jak dzieci znikały na cały dzień na wsi, bo każde się znało i każdy siebie nawzajem pilnował. Nie pamiętam później, jak było dokładnie, ale do dziś pamiętam, jak wracałam do domu, bo zaczął padać mocny deszcz. I zobaczyłam, że cały dach pałacu płonie. I to okrutnie. Głośne trzaski, ogień. Mój mózg stwierdził, że to meteoryty. Byłam przerażona. Nie mogłam znaleźć rodziców, więc pobiegłam do tłumu gapiów i tam znalazłam siostrę. Babcię sąsiedzi wyciągali siłą, bo stwierdziła, że to jej dom i ona w nim umrze. Ogólnie katastrofa. Pożar trawił budynek dwa pełne dni. Z pałacu nic nie zostało.

Przez lata byłam pewna, że to ja spaliłam dom. Wszyscy mówili, że to właśnie ta babcia paliła w piecu trocinami i ogniem zajął się najpierw komin, a później reszta. Nie wierzyłam w to nigdy, byłam przekonana, że to ja byłam winna. Tak mocno, że przez 10 lat nikomu o tym nie powiedziałam. Nawet po tych 10 latach jak ktoś wspominał o pożarze, to się bałam. Dopiero jakieś 3 lata temu przyznałam się mamie. Mama się zaśmiała i powiedziała, że straż potwierdziła wersję z kominem. 
Ulżyło mi, że to z siebie wyrzuciłam, ale mimo zapewnień innych, że to wina starszej pani, wciąż nie jestem tego taka pewna.
Dodaj anonimowe wyznanie