#OySjn
Niestety, ostatnio podczas przypadkowej rozmowy, dowiedziałam się, że mój ukochany tak na prawdę nie chce żadnego ślubu (dziecko owszem, ale ślub absolutnie). Uważa, że jest to niepotrzebne do życia, a i bez tego jesteśmy szczęśliwi. Uważa też, że po ślubie ludzie i tak się rozwodzą. Najlepsze jest to, że nigdy wcześniej mi tego nie zakomunikował, a ja żyłam w kłamstwie.
Nie wyobrażam sobie już życia bez niego, bo fantastycznie się nam układa, ale on nie chce zmienić decyzji, a ja nie chcę żyć bez ślubu.
Boje się, że bez ślubu (czyli bez spełnienia największego marzenia - małżeństwo, a potem dziecko) w przyszłości będę nieszczęśliwa.
Błagam, nich mi ktoś wyjasni pogląd "ślub nie, ale dziecko ok". "Bo ludzi sie rozwodzą". Rozwala mnie to myślenie. To sprowadźmy na świat małego czlowieka, któremu nasze rozstanie rozwali cały świat, ale przynajmniej nie będzie papierka, że byliśmy małżenstwem. Pewnie że rozstanie/rozwód się może zdarzyć, ale jeśli od razu się wychodzi z tego założenia to po cholere dziecko robić?
Bo będziesz. On chce dziecko, bo facetom o wiele łatwiej mieć dzieci. Nie oni męczą się przez ponad 9 miesięcy, nie oni rodzą, nie oni mierzą się z presją społeczną, a ich wkład w wychowanie jest często minimalny. Po rozstaniu to w większości faceci nie chcą opiekować się dziećmi (nie jest prawdą, że sądy są przychylniejsze matkom - faceci rzadko kiedy wnoszą o opiekę nad dziećmi) i płacą jakieś śmieszne alimenty, o ile w ogóle.
Ty jesteś gotowa poświęcić się i urodzić dziecko, a co on jest gotowy poświęcić dla Ciebie? Nic.
#tQIrm
#3tzjr
#PFxyV
Nie wiem czy moja starsza siostra miała takie same przeżycia, bo z czasem to się stało zbyt wstydliwe by ją zapytać.
Na codzień o tym nie pamietam, ale gdy raz na jakiś czas przypomnę sobie to uczucie, to aż mnie skręca. (Nie, ani ojciec ani nikt z rodziny, mnie nie dotykał itp.)
Jeśli jesteście rodzicami nie róbcie tak. I w ogóle - nie całujcie dzieci w usta. Nawet proste całusy zostawcie dla swoich partnerów. A dla dzieci - policzek.
#eKQCP
Myślałam że pogodziłam się z moim dzieciństwem i to spotkanie sprowadziło mnie na ziemię i uświadomiło że jednak jakaś część mnie dalej się z tym nie pogodziła. Nie mam pojęcia co robić, czuję się ostatnimi czasy strasznie i nie mam nawet z kim o tym porozmawiać (wizytę mam dopiero za 2 tygodnie bo psycholog jest na urlopie)
Wróć do tej grupy. Po to one są by właśnie Ci pomóc przez to przejść. To są ludzie, którzy przechodzili przez to co Ty, zrozumieją Cię.
Jesli nie masz z kim porozmawiac to chociaz wiem ze wydaje sie to szalone, powinnas wrocic wlasnie na ta grupe DDA i tam o tym opowiedziec. Terapia grupowa rowniez bardzo pomaga. Fakt ze uswiadomilas sobie ze nadal jest to dla Ciebie jednak nie zamknieta sprawa to duzy krok ku dalszemu zdrowieniu w terapii. Prawda naprawde wyzwala. Jestes bardzo silna i madra osoba i wiesz dobrze ze ten komentarz jest prawda. Nie poddawaj sie i walcz! Zaslugujesz na wszystko co najlepsze! Nie pozwol zeby czlowiek ktory zniszczyl Ci zycie nadal mial nad nim kontrole. Wez zycie w swoje rece i dokonaj wspanialych rzeczy.
#7ntHw
Jakiś czas temu pojawiła się na mojej drodze osoba o diametralnie innych doświadczeniach życiowych, gdyby porównać nasze życia, to jej było strefą permanentnej wojny, a moje piknikiem pod lasem. Jestem od niej trochę starszy, ale ona przeżyła zdecydowanie więcej. Bardzo szybko zbudowaliśmy głęboki kontakt i bliskość, z czasem jednak poza podobieństwami, zaczęły wychodzić na wierzch i różnice między nami. Okej, to normalne, nie ma dwóch takich samych ludzi. Jednak różnice te są dość poważne, w tym w podejściu do dzieci, podejściu do byłych partnerów, używek, kontroli i zaufania w relacji oraz generalnie… w przeszłości dokonała wielu rzeczy, które dla mnie byłyby po prostu nie do pomyślenia, nie do przyjęcia. Oczywiście mój mózg na haju działa przeciwko mnie i od razu uzasadnia wszystko w ten sposób, że przecież gdyby nie to, to nie byłaby osobą, którą jest teraz, nie spotkalibyśmy się, a nawet jeśli, nie zbudowalibyśmy tej wyjątkowej relacji. Jestem świadom, że świadczy to o głębokich różnicach między nami, znam okres demo i wiem jak to wszystko działa. Tylko że niewiele to zmienia…
Tu ciekawostka, po drugiej stronie barykady jest jakieś wewnętrzne coś, nie wiem, instynkt, intuicja, przeczucie, które mówi mi, że nie powinienem angażować się w tą relację. Trzy razy podczas rozmowy z nią poczułem jakby dziwne ukłucie wewnątrz mnie i dziwny niepokój, czułem, że coś jest jakby nie tak, nigdy wcześniej niczego takiego nie miałem. Może to moja podświadomość zarejestrowała jakieś zagrożenie? Nie wiem, jeśli ktoś miał coś podobnego, niech się wypowie. Niepokoi mnie to.
Ten wybór rozdziera mnie żywcem, mój organizm ciągnie mnie w dwóch kierunkach jednocześnie.
Jeśli się zdystansuję, odbiorę sobie szansę na być może wyjątkową relację, jedyną w swoim rodzaju, może nawet relację na całe życie.
Jeśli się zaangażuję, ryzykuję, że wejdę w relację, która będzie emocjonalną i logistyczną rzeźnią i z której wyjdę jako wrak.
Pierwszy raz w życiu naprawdę nie wiem co zrobić, w którą stronę pójść.
Pierwszy raz w życiu nie umiem podjąć decyzji. Jest zbyt wiele niewiadomych.
Chciałbym mieć szklaną kulę i móc rzucić okiem na rok 2040. Może trzymamy się tam za ręce? A może moje ciało dawno już zgniło w glebie?
Nie potrzeba szklanej kuli: macie różne wartości i podejście do życia. Nic z tego nie będzie. Jak robiła coś co jest dla Ciebie tak dużym problemem to pewnie kolejny raz to zrobi. Chemia nie rozwiązuje takich problemów.
W moim życiu była relacja w której występowały podobne odczucia i przemyślenia. Dla mnie to było trochę jak uzależnienie.
Po kilku miesiącach rollercoasteru wewnętrznego, zastanawianiu się, analizowaniu moich wątpliwości, odczuć z ciała czy nawet zysków i strat zaczęłam konkretne rozmowy.
Sprawdzałam ile ja jestem w stanie wnieść do relacji a ile ta druga strona. Zaczęłam świadomie obserwować czy w tej relacji są uwzględniane moje uczucia i poświęcenie. Jednocześnie z pokorą próbując to tłumaczyć, wszystko przegadywać z tą osobą. W moim przypadku postanowiłam nawet pójść na wszelkie ustępstwo żeby udowodnić sobie, że nawet jeśli nie wyjdzie to "zrobiłam wszystko co w moim odczuciu mogłam".To było dla mnie bardzo ważne i czułam że potrzebuję to sprawdzić, żeby nigdy nie żałować.
Tak więc dałam tej relacji pełną szansę biorąc pod uwagę, że jest masa dziwnych związków, przypadków ale też możliwości, żeby stworzyć relację jeśli tylko obie strony postarają się zadbać o to.
W moim przypadku rozczarowanie było bardzo bolesne i nie było takie oczywiste dla mojej podświadomości do momentu aż wypisałam lekcje z tej relacji np. "nawet uczucie najwiekszego połączenia, bliskości dusz, nie może być usprawiedliwieniem dla przemocy, wzajemnego nieszanowania i ranienia"....i wiele innych, które po prostu wewnętrznie mnie przekonały po zebranych faktach.
Po czasie mogę stwierdzić że tak naprawdę od poczatku czułam co robić tylko potrzebowałam silnego potwierdzenia które było aż za ciężkie ale gdyby nie to - do dziś bym zastanawiała się czy to jednak nie była miłość życia.
Dużą rolę odgrywa wewnętrzna może i nieświadomej definicja miłości.
Dużo by pisać. Ale w dużym skrócie tak to u mnie wyglądało. Po wypisaniu tych lekcji parę miesiecy uwalniałam emocje rozrywającego cierpienia, płacz, rozczarowanie wręcz z poczuciem pustki, bezsensu i braku nadziei. Za to nie ciągnęło mnie już do rozmowy czy spotkania bo juz nie było nic o czym bym chciała z tą osobą mówić czy robić.
#1ucOa
I jakieś kilka dni temu kiedy wyszłam umyć drzwi lokalu w którym pracuję, pewne starsze panie zatrzymały się, popatrzyły na mnie i na odchodne nawiązał się między nimi taki dialog:
- Boże kochany, taka młoda, a już pracuje.
- Wiesz, tyle się słyszy o tych nastoletnich ciążach... pewnie matką ją do pracy wysłała żeby dołożyła pieniędzy na dziecko.
Nie wiem co ci starsi ludzie mają w głowach, że wrzucają wszystkich do jednego worka, ale tego się nie spodziewałam.
Czyli staruszki uznały, że to, że Pani pracuje to patologia, ale jak sobie to wytłumaczyły nastoletnią ciążą i matką zmuszającą dziecko do pracy z powodu kolejnego dziecka to już im wszystko zadziałało...
I też racja z tym, że niektórzy ludzie od razu uznają, że każdy poza nimi jest zły. W Pani przypadku zamiast Panią pochwalić, że taka młoda, a tak ciężko pracuje (bo jest Pani wspaniała), od razu te panie musiały znaleźć jakiś zły powód, że na pewno stało się coś, za co można Panią zganić. Ale właśnie tak, żeby można było zganić akurat Panią. Jeśli uznały, że jest Pani za młoda, by mieć prawo do pracy, to zarówno wysyłanie Pani do pracy jak i ta domniemana ciążą byłyby przestępstwem. Ale właśnie, uznały, że jeśli ktoś dopuścił się przestępstwa doprowadzając do tej niby ciąży, albo zmuszając Panią do pracy, to nic takiego, ważne, żeby Pani "pomogła przy dziecku". Czyli nieważne kto by był zły, musiały wymyślić coś, żeby nie chwalić Panią za pracę, tylko za coś zmyślonego zganić, albo po prostu Pani dobre zachowanie "usprawiedliwić" czymś złym. Jak uznanie, że jak dziecko jest zbyt grzeczne to musiało coś narozrabiać.
U mnie przy pierwszym nowotworze też babcie szukały problemu. Nagle mnie zatrzymali na oddziale jak tylko miało być małe prześwietlenie, bo się dziad znalazł i nie chcieli mnie wypuścić. Tego dnia było rano do roboty, po południu do szkoły i wieczorem na SOR, a wtedy już nie wypuścili. A o czym rozmawiały starowinki z tej samej sali, gdzie mnie wrzucili? "Te młode to nic tylko ciągle narkotyki, a potem za nasze pieniądze ich leczą!" a jak przyszedł pan ordynator i zaczął mówić o tym jak duży nowotwór był to od razu babcie blade, a jak poszedł to było "ojej, taka młoda, a już takie coś!" to im dodałam "No, i jeszcze człowiek sobie grzecznie pracuje, uczy się, a potem słucha, że jest narkomanem, bo w szpitalu wylądował" ^-^"
Proszę się nie przejmować strasznymi ludźmi. Jest Pani wspaniała i mam nadzieję, że będzie Pani zawsze zdrowa i szczęśliwa^^