Kiedyś zawsze marzyłem o bliźniaku - moglibyśmy razem odrabiać lekcje, bawić się pomagać sobie nawzajem, byłaby to moja "bratnia dusza".
Cóż, jakbym miał możliwość cofnięcia się w czasie, nie powiedziałbym mamie w wieku 6 lat, że chcę bliźniaka.
Nie dość, że 7 lat różnicy, to jeszcze siostra...
Bardzo ważny egzamin. Zależało od niego to, kto z najlepszych studentów z tego przedmiotu dostanie możliwość robienia w ramach pracy dyplomowej bardzo fajnych badań i będzie mógł kontynuować zagadnienie na doktoracie, ponieważ wykładowca postanowił rozstrzygnąć nasz spór o to miejsce na podstawie tego, kto lepiej zda związany z tym przedmiot. Podchodziłem do tego bez stresu, bo tak bardzo mnie to fascynowało, że przeczytałem wszystkie dostępne dla mnie teksty na ten temat, jednak na jedno pytanie nie potrafiłem odpowiedzieć. Zaćmienie. Rozejrzałem się po sali, a tam mój "główny konkurent" spisuje sobie wszystko z telefonu. Serce zaczęło mi bić szybciej, bo on będzie miał wszystko, a ja... zmarnuję szansę w taki sposób...
Tak bardzo się zestresowałem, że zemdlałem.
Dla konkurujących zrobiono dodatkowy egzamin ustny. Kolega, który ściągał nic nie potrafił powiedzieć i odpadł, więc moje omdlenie zwiększyło uczciwość konkurencji.
Ja też nie dostałem tego miejsca. Zgarnęła je nasza koleżanka z roku. Zasłużenie.
Podczas studiów na drugim roku miałem wykłady z profesorem X. Przedmiot nudny, trudny i kompletnie abstrakcyjny. Zdawalność egzaminu z tego przedmiotu w każdym terminie nie przekraczała 20%. Na domiar złego zajęcia były ostatnimi i odbywały się w piątki o godzinie 16. Każdy kto studiował dziennie doskonale wie, że ostatnia rzecz, o której myśli student w piątek o godzinie 16 to pójście na wykład.
Profesor X próbował zachęcić do uczęszczania na jego wykłady poprzez wprowadzenie dodatkowego terminu zaliczenia na ostatnim wykładzie dla osób, które nie miały więcej niż dwóch nieobecności. Od starszych roczników dowiedziałem się, że mimo nieludzkiej godziny warto chodzić na wykłady dla samej obecności. Ponieważ tradycją było to, że profesor X na dodatkowym terminie pozwalał studentom samym wybrać 3 pytania z dostępnych 40, z czego odpowiedź na każde to 1 strona A4 zadrukowanego tekstu, wystarczyło umówić się między sobą, aby wybrać najłatwiejsze z nich i tylko nich się nauczyć. Mimo że wszyscy o takim rozwiązaniu wiedzieli, to i tak na wykłady uczęszczało łącznie 10 osób.
Zamiast chodzić po zajęciach na piwo z kolegami, siedziałem przez cały semestr w każdy piątek o 16 przez 2 godziny na wykładzie i próbowałem nie zwariować z nudów. Bo tego przedmiotu za Chiny nie dało się zrozumieć.
Nadszedł dzień ostatniego wykładu. Pytania mieliśmy dawno wybrane i wyuczone. Lecz profesor X postanowił na ostatni wykład nie przychodzić, o czym poinformowano nas dopiero 5 minut przed jego rozpoczęciem. Gdy zapytaliśmy profesora, kiedy w takim razie będziemy mogli napisać ten egzamin, odpowiedział, że dla 10 osób nie opłaca się mu organizować sali i mamy przyjść normalnie tak jak wszyscy na egzamin w sesji.
Naprawdę, znienawidziłem profesora X. Moja obecność na każdym wykładzie nie została w żaden sposób nagrodzona. Egzamin cudem udało mi się zdać dopiero za 6 podejściem, wydając niemałe pieniądze na warunek.
Studia skończyłem kilka lat temu. Pracuję w Policji w wydziale ruchu drogowego na drugim końcu Polski. Podczas rutynowego pomiaru prędkości "ustrzeliłem" samochód jadący 125 km/h, gdzie obowiązywało ograniczenie do 70. Nawet nie wiecie, jaka radość mnie spotkała, gdy jak się domyślacie piratem drogowym okazał się profesor X. Za przekroczenie prędkości o ponad 50 km/h w obszarze zabrałem mu na 3 miesiące prawo jazdy. Dostał ode najwyższy możliwy mandat. Jak się jeszcze dowiedziałem, że spieszy się na ważną konferencję, to kontrolę postanowiłem przeprowadzić w sposób wyjątkowo dokładny. Im bardziej mnie poganiał, tym wolniej i dokładniej wszystko wykonywałem. Mam nadzieję, że nie udało mu się dojechać na czas.
Jestem sobie ja, biedna studentka informatyki.
Dorabiam sobie, naprawiając ludziom laptopy czy komputery. Moja babcia o tym dobrze wie. Kiedy była u niej koleżanka z 4-letnim wnukiem, młodemu zepsuł się zabawkowy, grający i śpiewający laptop. Babcia wykonała do mnie telefon, że ta machina zaraz wybuchnie...
Przyjechałam i wymieniłam baterie...
Teraz wszystkim rozpowiada, jaki to ze mnie spec od komputerów i informatyki.
Chodzę do szkoły medycznej.
Kolega z klasy od pewnego czasu spoglądał na mnie, często pracował ze mną w grupie, zagadywał.
Dzisiaj zebrał swoje siły, podszedł, ślicznie się uśmiechnął i zapytał:
"Jaki masz czynnik krwi? Pytam, ponieważ nie chcę, aby nasze przyszłe dziecko miało z tobą konflikt serologiczny".
Jestem hikikomori.
Ostatni raz z domu wyszłam kilkanaście miesięcy temu - do sklepu, by kupić komputer. Uczę się w domu - sama, po prostu czytam podręczniki. Za 3 lata oficjalnie rzucę szkołę.
Wiem, jak tragiczna jest moja sytuacja. Jestem całkowicie uzależniona od internetu. "Czemu rodzice ci go nie odetną i siłą nie wywleką z pokoju?" - to bardzo proste. Już raz to zrobili. Skończyło się na podcięciu żył i ataku histerii.
Nie wiem co zapoczątkowało moją chorobę. Z dnia na dzień wychodziłam z domu coraz rzadziej, nadeszły ferie i puf! Wycofanie społeczne. Moja mama próbowała mi pomóc. Chodziłyśmy do psychologów, psychiatrów, ale wizyty nie pomagały, ba! Po nich czułam się jeszcze bardziej osamotniona. Skończyło się na przejściu na nauczanie w domu, mycie się o 4 nad ranem, kiedy wszyscy śpią i otwieranie drzwi tylko o ustalonych godzinach, kiedy wiem, że czekać na mnie będzie jedzenie.
Do toalety chodzę raz dziennie i załatwiam wtedy wszystko naraz. Okres to katorga, ale zużyte tampony trzymam u siebie w pokoju i wyrzucam wracając z kąpieli.
Przyjaciół mam tylko w internecie. Nie wiedzą o tym, w jakim tragicznym stanie się znajduję. Myślą, że normalnie chodzę do szkoły. Czasami nawet proponują spotkanie, ale na żadne nigdy się nie zgodziłam i czuję, że nieprędko to nastąpi.
Chyba nie ma już dla mnie pomocy. Powoli przestaję odczuwać cokolwiek innego niż samotność. Wiecie, co jest najgorsze? Że będę z tym tkwiła najprawdopodobniej jeszcze przez kilkanaście lat, bo nigdy nie popełnię samobójstwa.
Wolę ranić moją rodzinę egzystując i dając im nadzieję, że kiedyś jeszcze porozmawiamy, niż narażać ich na ból i wydatki związane z moją śmiercią.
Tak, dzisiejszej młodzieży "w dupach się poprzewracało od tego internetu".
Jestem mamą 8-latka.
Jakiś czas temu, gdy wracaliśmy ze szkoły, naszą uwagę przykuła para, która spacerowała przed nami. Ona bita 60. i on około 30. Przytulali się, trzymali się za ręce... no jednym słowem zakochani.
Mój syn przyglądał się im i kręcił głową. Gdy ich minęliśmy, spojrzał na nich, po czym wypalił "Ale obciach, żeby taki duży syn szedł z mamą za rękę".
Dawno mi tak głupio nie było.
Ostatnio, stojąc sobie grzecznie w kościele, poczułam uszczypnięcie w mój biedny zad. Odwracam się i widzę małego smroda w wieku może 4 lat. Zwróciłam mu uwagę, ale po chwili znów to samo. W głębi serca myślę, że nie będzie mnie gówniak macał po tyłku. Nie wiedziałam co zrobić, ale po chwili mój układ trawienny wybawił mnie z opresji. Władowałam młodemu soczystego, cuchnącego i cichego jednocześnie pierda w twarz.
Gówniak aż się poryczał, a ja miałam spokój do końca mszy.
Nie ma to jak odpowiedni czas i miejsce.
Kiedyś w czasie lekcji w technikum, kiedy "klasowa para" się znowu miziała na lekcji, a ja jakoś byłem zmęczony i rozdrażniony tego dnia, nie wytrzymałem. Wstałem, przerwałem nauczycielowi i wystąpiłem na środek z oświadczeniem, które brzmiało mniej więcej tak: "Czy wy kurwa możecie się przestać całować w szkole, a już przede wszystkim, gdy trwa lekcja? Fajnie, że macie się ku sobie, ale możecie ograniczyć takie akty w miejscach publicznych do zera? Jest to obrzydliwe dla wielu ludzi, a wy to robicie cały czas, więc proszę was bardzo miło: PRZESTAŃCIE!".
Oczywiście mówiłem bardzo głośno, a dla wielu to był krzyk.
Po czym poprosiłem nauczyciela, by kontynuował, a ten jakby nigdy nic dalej ciągnął lekcję.
Klasa siedzi zszokowana, a najbardziej ta parka, nie ogarnia, co się stało. Nauczyciel ma postawę, jakby nic się nie wydarzyło w ogóle, a po kilku minutach przyszedł dyrektor, bo słychać mnie było w jego pokoju i chciał się dowiedzieć, co się stało, po czym dostali jeszcze od dyrektora opierdol.
Moja kuzynka od ponad roku nie chciała oddać mi pożyczonych 350 zł. Za każdym razem, kiedy jej przypominałam o długu, obiecywała, że pieniądze zaraz mi przeleje na konto, jednak na obietnicach się kończyło.
Ta sytuacja zmusiła mnie do podjęcia radykalniejszych środków. Tydzień temu owa kuzynka wychodziła za mąż. Zwykle w tzw. kopertę wkładam ok. 400 zł, jej dałam 50 zł.
Dodaj anonimowe wyznanie