Jestem gorąca... i to nie przesadne stwierdzenie!
Moja średnia temperatura wynosi 39.5°C i mimo wizyt u specjalistów żaden jeszcze nie wie jakim cudem tak jest, ponieważ jestem okazem zdrowia.
Jest jednak plus, mianowicie mój chłopak bardzo szybko marznie i traktuje mnie jak swój przenośny grzejniczek.
Jedno jest pewne. Jestem dla niego stworzona! :)
Jestem strasznie zakochana w swoim wykładowcy. Jestem studentką II roku, mam 21 lat, on około 35. Moje szaleństwo na jego punkcie osiągnęło takie stadium, że przez miesiąc nie umiałam na niczym się skupić, a tym bardziej na nauce. Zamiast się uczyć, wyobrażałam sobie coraz to namiętniejsze sceny z jego udziałem.
Kilka dni temu wpadłam na wspaniały pomysł. Za każdym razem, kiedy muszę się uczyć, wyobrażam sobie, że on tłumaczy mi poszczególne kwestie, a potem przepytuje. Za każdą poprawną odpowiedź zdejmuje jedną część garderoby, a jak te historie w mojej głowie się kończą, każdy może sobie odpowiedzieć ;)
PS Działa, zaliczyłam już w ten sposób dwa kolokwia na 4+.
Ach, te niespełnione pragnienia...
Mam bielactwo. Niby nic niezwykłego. Trochę białych plam tu i tam. Właściwie w niczym nie przeszkadzają. Tylko nie za bardzo mogę się opalać, ale dla mnie to żadna udręka, bo i tak tego nie lubię. No ale ja nie o tym.
Gdy chodziłam do szkoły podstawowej, zazwyczaj nie spotykałam się z żadnymi docinkami związanymi właśnie z owymi plamami. Rówieśnicy nie zwracali na to większej uwagi. Nawet jak znalazł się ktoś, kto próbował się z tego śmiać, szybko był gaszony przez swoich kolegów. Dzieciaki rozumiały czym jest bielactwo i że to nie powód do śmiechu. No właśnie, szkoda, że to rozumiały tylko dzieci.
Dorośli byli znacznie gorsi. Większość zachowywała się przesadnie. Ciągłe pilnowanie, czy przypadkiem ten konkretny plac zabaw nie znajduje się w pełnym słońcu było codziennością. Praktycznie zawsze było to strasznie wyolbrzymione i bez powodu uniemożliwiło mi zabawę z innymi dziećmi.
Jednak była jedna mistrzyni. Była mamą jednej koleżanki z mojej klasy. Ta kobieta wymyśliła sobie, że, uwaga... "bielactwo to rzadki rodzaj ospy, którą jej kochana córeczka może się zarazić". Oczywiście moje tłumaczenie, jak i moich rodziców i nauczycieli, że to choroba wrodzona, nic nie dawało. Ta kobieta zakazywała swojej córce się ze mną bawić, spotykać, rozmawiać itp. Gdy trafiałam na nią na ulicy, nie mogłam się nawet z nią przywitać, bo zaraz byłam atakowana. Na wywiadówkach kłóciła się z nauczycielkami, że jej córka musi siedzieć jak najdalej ode mnie. Tylko po to, by po pewnym czasie przepisać swoją córkę do innej szkoły, by ta nie mogła się przypadkiem zarazić. Mam tylko pytanie.
Jak i dlaczego?
Moja babcia słynie z tego, że nigdy nie uśmiecha się i nie śmieje. Powaga dosłownie 24h/7. Ostatnio jednak dostała takiego ataku śmiechu, że nikt z rodziny nie mógł jej uspokoić. Co się stało?
Usłyszała, jak śpiewam.
Czytam czasami historie o tym, jak bywało ciężko czasami w domu. U mnie bywało różnie. Mama zarabiała lepiej, tato trochę gorzej, ale nigdy nie uważałam się za biednych.
Jak byłam mała, byłam Tadkiem Niejadkiem i jadłam mało i najlepiej mało wyszukane potrawy. Jedną z moich ulubionych był makaron z białym serem posypany cukrem.
Trochę było mi przykro, że czasami dzieci miały jakieś zabawki związane z jakimś trendem, a ja nie, ale zawsze rodzice mówili, że to jest płatne teraz, a potem będzie niemodne i nie warto. No spoko, czasami tak było, czasami jakaś moda trwała dłużej, no ale trudno.
Dopiero jako dorosła osoba dowiedziałam się, że było czasami bardzo źle. Rodzice nie mieli co jeść, a ja miałam swoją porcję makaronu z serem i cukrem, bo było to tanie, a na nic innego rodziców stać nie było. Brak popularnych zabawek był też spowodowany brakiem pieniędzy, jednak nigdy nie czułam się "biedna".
Z jednej strony dziękuję rodzicom, że dbali o to, żeby mi nic nie brakowało. Jednak z drugiej strony szkoda, że mi nie wytłumaczyli, że na coś nie ma pieniędzy, bo zrozumiałam to lepiej niż "nie, bo to głupie". Przez to miałam zawsze uczucie, że wszystko co mi się podoba nie ma sensu, jest głupie i nie ma sensu interesować się czymkolwiek, bo "to głupie".
Edukacja człowieka na stare lata musi czasem przybrać formę radykalną. Przykład mojego rodziciela, emeryt lat 70+. Wychowany na wsi, gdzie wszystkie wrota stały otworem, toteż przyzwyczajenie, że jak siedzi w domu, to drzwi na zamek nie zamyka. Do tego dochodzi narkolepsja - napady snu niezależnie od pory dnia, nocy czy miejsca. Całokształt sytuacji: potrafiłem wejść do domu, rozebrać się, zacząć robić coś jeść i dopiero wtedy coś świtało, że jestem. Jakieś 10-15 minut bez kontaktu. Za każdym razem, kiedy przychodziłem w odwiedziny było to samo - drzwi otwarte, a on śpi. Z zegarkiem w ręku 10 minut spokojnie mogłem się poruszać po mieszkaniu. Tyle razy upominałem, to słyszałem tylko "a kto mnie tu ukradnie?".
W końcu postanowiłem udowodnić kto ukradnie. Wszedłem do mieszkania, oczywiście słychać chrapanie na klatce. Postanowiłem po cichu wziąć klucze od piwnicy i zacząć wszystko po kolei wynosić: telewizor, mikrofalówka, telefon, czajnik, dywan, kipisz w dwóch szafkach. Reakcji zero, nawet się nie zorientował. Na powrót wchodzę więc do mieszkania i od progu "niespodziewanie reaguję", żeby się obudził, ktoś mieszkanie okradł. Szuka telefonu, panika nagle, dzwonimy po policję.
Zadzwoniliśmy, przyjechali mundurowi, spisują zeznania. Wtedy ujawniam się ja - mówię, że wszystkie rzeczy są w piwnicy schowane, specjalnie to zrobiłem, bo miałem dość tego, że śpisz całymi dniami przy otwartych drzwiach. Nie zamykasz się na klucz, chatę można obrobić bez najmniejszego trudu w biały dzień.
Jeden z mundurowych stwierdził, że moje zachowanie było niewłaściwe, ale w obliczu tego, że staruszek sam się podkłada pod obrobienie, biorąc jeszcze pod uwagę jego sąsiadów - uznaje to za element łagodzący, więc nie dostanę mandatu za nieuzasadnione wezwanie i prowokację. Za to tatko dostał solidny ochrzan.
Wyobraźcie sobie: teraz drzwi zamyka nawet jak do skrzynki z listami wychodzi.
Od paru miesięcy jestem wielką fanką serialu, o którym chyba każdy słyszał - "Sherlock". Mam z nim pełno gadżetów, odcinki na płytach, książki, mangi etc. Strasznie się uzależniłam. Niedawno znalazłam w Internecie oprogramowanie tapety ekranu blokady I am Sherlocked, w którym muszę wpisać słowo SHER, żeby odblokować. Oczywiście od razu je pobrałam i zadowolona z siebie aktywowałam. Dodatkowo zaznaczę, że chodzę do szkoły muzycznej, a w mojej małej mieścinie lekcje trwają tam do bardzo późnych godzin wieczornych.
Piątek, koło 18:30, zostało mi pół godziny do końca lekcji, a była to historia muzyki. Typeczka, z którą mamy zajęcia ma już swoje lata (na oko z 60 będzie), boi się całego świata i ogólnie rzecz biorąc jest bardzo specyficzna. Nie chciałam słuchać jej jakże ciekawego wykładu o okresie Ars Nova, tak że z nudów postanowiłam przeglądnąć internety, no więc włączam sobie telefon, z dumą wpisuję nowe hasło i nagle zamarłam. Okazało się, że z mojego roztrzepania zapomniałam wyłączyć dźwięk, a nie doczytałam, że dźwiękiem odblokowania jest to, co Irene Adler ustawiła Sherlockowi na sygnał SMS (dla niewtajemniczonych - brzmi to, jakby kobieta dostawała orgazmu). W tym momencie grupa wybuchnęła głośnym śmiechem, typcia wpatrywała się we mnie oczami pełnymi przerażenia i zmartwienia, a ja myślałam, że spalę się ze wstydu.
Podczas studiów wynajmowałam pokój u starszej pani, płaciłam tylko opłaty za prąd, wodę itp. W zamian robiłam tej pani zakupy, bo ona już niezbyt dobrze chodziła. Mąż zmarł, a jej dzieci mieszkały za granicą.
Studia skończyłam, aktualnie pracuję w policji, ale wciąż ten pokój wynajmowałam. Z babcią miałam kontakty prawie że rodzinne, była dla mnie jak babcia, której nie miałam.
Miesiąc temu niestety moja ukochana babcia Krysia zmarła.
Przyjechała cała rodzina i dziwnie się czułam, będąc w tym mieszkaniu, ale musiałam tam niestety być w tamtym czasie, bo szukałam nowego mieszkania.
Nieoczekiwanie syn, który dostał to mieszkanie w spadku, powiedział, że mi je odda - ot tak, za darmo, bo przecież pomagałam jego mamie, a on nie chce mieć problemu ze sprzedażą mieszkania, bo zaraz musi wracać do Australii.
Tak więc jestem właścicielką tego mieszkania i jestem szczęśliwa, że los rzucił mi na drodze taka kobitkę jak "babcia Krysia".
Dziękuję za wszystkie opowieści i za wszystkie ustępstwa.
Kojarzycie serial Rick i Morty?
Mam kumpla, który zachowuje się dokładnie jak Rick.
Jesteśmy rówieśnikami, mamy po 19 lat i razem wynajmujemy stancję. Kolega zawsze miał zacięcia typowo fizyczne/techniczne/astronomiczne itd. Ale to co się dzieje teraz przechodzi ludzkie pojęcie.
Zacznę od tego, że nie wychodzi poza swój pokój nigdy, nie wliczając w to wyjść na zajęcia albo do kibla (do kuchni nie wychodzi, bo zabrał mikrofalówkę do pokoju i ma co jeść). Jego ''kryjówka'' to istny burdel na kółkach. Części silników, jakieś kable, miliardy monitorów, klawiatur, śrubokrętów, pstryczków, lutownic, światełek i wszystkiego innego, z czego da się skonstruować coś, co może pierdolnąć. Wywalanie korków w całym bloku to norma, sąsiedzi przestali nawet interweniować, bo kumpel zaraz wszystko odkręca.
Chociaż całość tego wszystkiego jest niczym w porównaniu do wczorajszego incydentu.
Wracając z zajęć już od parteru słyszałem okrzyki radości i podekscytowania, wchodząc do mieszkania od razu skierowałem się do niego, żeby zobaczyć, co za epokowe odkrycie się dokonało po tylu tygodniach męki. Był już laser palący drewno na wylot, było parę ładunków wybuchowych odpalanych na czujnik ruchu, prototyp silnika odrzutowego zrobionego z puszki po orzeszkach, panele słoneczne zasilające automatyczną konewkę, ale robota do masturbacji jeszcze w życiu nie widziałem... Bezprzewodowym pilotem z powyciąganymi kabelkami można modulować nacisk ramienia, prędkość suwnicy, temperaturę ''trzymacza'' i częstotliwość wibracji.
Uprzedzam pytania: tak, słychać, jak chodzi, na tyle słychać, że przeszkadza mi w nauce. Nie, nie próbowałem jak działa i nie zamierzam. Ja pierdolę, co mu powiedzieć, to już nie są żarty i to nie jest normalne. Znamy się dosłownie od urodzenia i zawsze go wspieram, bo widzę, jaki jest zajarany nauką, robotami i liczeniem, ale no...
Rozmowa nie działa, "to jego królestwo i może sobie robić dobrze czym chce".
Wyznanie z samego serca Polski, a dokładnie z centrum Warszawy!
Wiecie, jak bardzo kocham te całe miesięcznice smoleńskie? Nienawidzę ich :) I to nie dlatego, że przeszkadza mi sam fakt kultywowania tej katastrofy, choć moim zdaniem to trochę chore, ale to, że co miesiąc te miesięcznice utrudniają poruszanie się po mieście. Jestem studentką UW i akurat traf chciał, że swój wydział mam na kampusie głównym. Mieszkam też całkiem blisko (ok. 10 minut drogi autobusem, a 20-30 pieszo od uczelni). Jak zapewne każdemu warszawiakowi wiadomo, co miesiąc blokowana jest ulica przed Pałacem Prezydenckim i tam sobie obchodzą te swoje "smoleńszczyzny". Na ogół cierpliwie zagryzałam zęby i cieszyłam się, że mimo paraliżu drogowego dojadę w jakieś 20 minut. Jednak to, co stało się w tym miesiącu (czyt. listopad), po prostu było już najzwyczajniej przegięciem.
Godzina ok. 19, wychodzę z biblioteki i zmierzam na Stare Miasto, by spokojnie wsiąść do autobusu i jechać do domu. Co widzę? Karteczkę, że od takiej i takiej godziny autobusy nie będą kursować. No dobrze, myślę sobie, w takim razie idę z buta, przecież daleko nie mam. Jako że Krakowskie Przedmieście jest zablokowane, to od razu udałam się na ulicę obok (czyt. Plac Piłsudskiego. A tam? To samo, co na Krakowskim - WSZĘDZIE BARIERKI I BARK MOŻLIWOŚCI JAKIEGOKOLWIEK PRZEJŚCIA.
Efekt? Jechałam jakimś objazdem zamiast 10 minut to 1,5 godziny, naprawdę szybciej bym doszła, gdyby nie to, że nie dało się nawet przejść ulicami czy uliczkami bocznymi.
Ludzie, ja naprawdę nic nie mam do obchodzenia tych miesięcznic. Róbcie, co chcecie, ale bez przesady. Zagradzanie wszystkiego barierkami, niedawanie możliwości przejścia nawet pieszo, niedopuszczanie nikogo i paraliżowanie całego ruchu drogowego jest moim zdaniem przegięciem. Na chu**, za przeproszeniem, zagradzać 2-3 ulice wraz z chodnikami i ze wszystkim dookoła, nie dając normalnie żyć?!
Błagam, powiedzcie, że nie tylko mnie to irytuje...
Dodaj anonimowe wyznanie