Gdzieś w podstawówce, piąta, może szósta klasa, WF. Dziewczyny z klasy w coś tam grały, a ja postanowiłam pójść do łazienki, która była w szatni. I tak stał sobie po drodze plecak takiej jednej Moniki. Generalnie zadufane w sobie, wredne dziewuszysko, czerpiące satysfakcję z traktowania ludzi jak śmieci. Nie doświadczyłam tego na sobie, ale widziałam nie raz, jak miesza ludzi z błotem dla zabawy. I wstąpiło we mnie coś dziwnego, impuls, jakby moje ciało robiło co chciało, a mózg był na standbayu. Otworzyłam jej plecak, wyciągnęłam pierwszy lepszy zeszyt i podarłam cały. Nie do posklejania. Włożyłam zeszyt na miejsce w plecaku i wróciłam na salę gimnastyczną.
Monika odkryła zniszczenia na lekcji po WF-ie, była rozpacz, awantura, łzy. Nigdy się nie przyznałam, że to ja, zresztą nikt mnie nie podejrzewał.
Nie żałuję.
Dostałem ostatnio zapytanie od ministerstwa w oficjalnym piśmie, czy mogliby wykorzystywać fragmenty moich tekstów w systemie szkolnictwa.
Odpowiedziałem, że nie.
Wiecie czemu? Miałem serdecznie dość tego durnego systemu edukacji, kiedy sam chodziłem do szkoły. I nie chciałbym, żeby jacyś uczniowie mieli problemy przez to, że jakiś kretyn lepiej od autora wie co ten miał na myśli i tworzy durny klucz odpowiedzi, mający się nijak do rzeczywistości. Analizowanie dzieł ze zbyt dużą drobiazgowością odbiera im całą magię i często prowadzi do błędnych wniosków. Większość klasyków omawianych w szkole złapałoby się za głowę, widząc, co poloniści robią z ich utworami.
Mam przyjaciółkę, z którą znam się od początku liceum. Nigdy jej się nie przelewało, mieszkała w domu, gdzie były tylko 2 pokoje (ma 5 rodzeństwa), a teraz gdy już niby ułożyła sobie życie, to nagle musi spłacać długi po zmarłym mężu. Bardzo mi jej było szkoda, dlatego zaraz po dostaniu wypłaty przelewałam jej na konto ''parę stówek'', by chociaż miała z czego zapłacić czynsz i nakarmić dzieci.
Mój narzeczony był bardzo temu przeciwny, ponadto nigdy nie polubił przyjaciółki i zawsze musiałam słyszeć przykre komentarze z jego ust na jej temat. Było to bardzo ciężkie dla mnie, ale słynę z cierpliwości, więc jakoś znosiłam to wszystko.
Pewnego dnia, gdy szef dał mi pensję do ręki, wpadłam tylko na chwileczkę do domu, by zostawić pieniądze i jak zwykle dać coś przyjaciółce. Narzeczony od razu zrobił mi wykład na temat tego, że I. powinna w końcu nauczyć się oszczędzać i my przecież też musimy odłożyć kasę na ślub. Z jednej strony rozumiałam jego sprzeciw, ale z drugiej tak bardzo lubię I., że musiałam jej pomóc, bo inaczej miałabym wyrzuty sumienia, dlatego szybko zabrałam pieniądze ze stołu i zaczęłam szybko zmierzać w kierunku drzwi, nie kończąc rozmowy z narzeczonym. Już schodziłam po schodach i poczułam, że ktoś od tyłu wyrywa mi torebkę z rąk. Moją pierwszą reakcją był potworny krzyk, a katem oka zobaczyłam, że zaatakował mnie mój partner. Potem już nic nie pamiętam...
Zaczęliśmy się tak szarpać, iż narzeczony popchnął mnie i spadłam ze schodów, rozbijając przy tym czaszkę i łamiąc rękę. Mieszkam w bloku, więc sąsiedzi szybko zareagowali i mimo że on zwiał z miejsca zdarzenia, to sąsiad z parteru na szczęście go dogonił.
Oczywiście z narzeczonym już nie jestem i plus jest taki, że udało mi się wyzdrowieć. I wiecie co zrobiła moja przyjaciółka? Zabrali jej mieszkanie i ''siedzi na komornym'' w katastrofalnych warunkach, ponieważ pieniądze, które miała by spłacić kolejne raty kredytów, przeznaczyła na mojego adwokata, ponadto przez cały czas mojej niepełnosprawności gotowała mi obiady, wychodziła ze mną na spacery i kąpała mnie. I to jest właśnie najlepsze odwdzięczenie się za to wszystko, bo nie każdy kto żebrze o kasę jest złym człowiekiem.
Wiele lat temu, kiedy miałem może ze trzynaście lat, członkiem naszej rodziny był kot. Perski, rudy sukinsyn – typowy kanapowiec i nadęty arystokrata.
Co roku pakowaliśmy się do starego opla i razem z jego wysokością Puszkiem jechaliśmy nad morze, gdzie babcia miała domek. Warunki były tam dość prymitywne. Wodę czerpało się ze studni, a myliśmy się w miskach. Więcej do szczęścia nie potrzebowaliśmy. A najbardziej szczęśliwy był kot, u którego włączał się instynkt łowcy-włóczęgi.
Puszek wyłaził z domu późnym popołudniem i wracał nad ranem. Najczęściej niosąc ze sobą jakiś łup. Zdechłe pisklę, półżywego kreta, nogę jakiegoś gryzonia… Pewnego dnia kot nie wrócił. Wystraszyliśmy się, że coś mu się stało, więc rozwiesiliśmy w całej wiosce ogłoszenia i przez kilka dni bez przerwy go szukaliśmy.
Puszek wrócił do nas sam. Cały, od stóp po czubek wąsów, utytłany… gównem. Wyglądało to tak, jakby (możliwe, że z czyjąś pomocą) wpadł do szamba. Wiecie, jak wygląda kot perski po kąpieli w fekaliach? Jak, stary, śmierdzący rastafarianin. Woń kaki biła od niego na kilkadziesiąt metrów.
Jak już wspomniałem – nie mieliśmy bieżącej wody, więc mama nabrała ze studni kilka wiader, postawiła przed domkiem wielką miskę i założywszy na donie gumowe rękawice, zabrała się za pranie kota.
Kaźń trwała dwie godziny i ściągnęła na naszą działkę połowę mieszkańców wioski oraz dziesiątki turystów, których zaciekawiły wrzaski dobiegające z miski. Puszek wśród okrzyków zebranych tłumnie „kibiców” był kąpany, szczotkowany, znów kąpany, znów szczotkowany…
Mimo że ostatecznie udało się Puszka wyczyścić, a po suszeniu jego futro nadawało mu kształt naelektryzowanego kłaczka, to zapach gówna unosił się nad nim przez długie tygodnie.
Mimo że mam samochód, to uwielbiam jeździć na stopa. Szczególnie teraz – w sezonie wakacyjnym. Jakoś w połowie czerwca pojechałam sobie do koleżanki na weekend i jak zwykle postanowiłam stamtąd wrócić tak, jak lubię.
Stanęłam sobie na skraju drogi i czekałam na okazję. Miałam szczęście – już po chwili machania kciukiem zobaczyłam zwalniające auto. Radośnie zabrałam plecak z ziemi i w pląsach ruszyłam w stronę samochodu.
Zanim zdążyłam się zbliżyć na odległość dwóch metrów, kierowca, otworzywszy szeroko okno, zaśmiał się głośno i z piskiem opon czmychnął mi sprzed nosa. Przez moment byłam wściekła. Tak mnie upokorzyć! Po chwili jednak uznałam, że w sumie to był mimo wszystko całkiem zabawny, acz dość złośliwy żart.
Tydzień temu jechałam sobie autem do mieszkającej w sąsiedniej miejscowości mamy. Na horyzoncie zamajaczyła mi jakaś postać. Autostopowicz. Chłopak w śmiesznej koszulce i włosach spiętych w kucyk. Kiedy już miałam się zatrzymać, przypomniałam sobie numer, którego padłam ofiarą i w przypływie szatańskiego humoru postanowiłam tym razem wcielić się w rolę oprawcy! Kiedy mój „pasażer” zbliżał się do samochodu, otworzyłam szeroko okno i ryknęłam głośno „HA! HA! HA!”, następnie nacisnęłam gaz w podłogę. Wóz ryknął wściekle, następnie zrobił rozpaczliwe „pyr, pyr” i… zgasł. W panice usiłowałam go odpalić i jak najszybciej dać dyla. Nic jednak z tego.
- Czyżbyś potrzebowała pomocy? - usłyszałam wesoły głos szczerzącego się promiennie chłopaka stojącego przy otwartym oknie.
Cóż, mój wybawca okazał się wyrozumiałym, niepozbawionym poczucia humoru… mechanikiem. Pogrzebał coś pod maską i samochód znowu odpalił. Oczywiście teraz nie mogłam odmówić mu podwózki. Dał mi zniżkę na wizytę w swoim warsztacie, bo jak się okazało – coś tam zepsuło się i naprawa na poboczu drogi była tylko prowizoryczną robotą.
Wczoraj odebrałam auto z serwisu. Marcin, bo tak się nazywa mój autostopowy mechanik, powiedział, że jak dam się zaprosić na kawę i pączka, to nie weźmie ode mnie kasy.
Jutro mam randkę. Mam nadzieję, że niedoszła ofiara głupiego żartu i powód mojej straszliwej kompromitacji nie ucieknie mi w jakimś najmniej spodziewanym momencie krzycząc głośne „HA! HA! HA!”...
Sytuacja sprzed około 2 lat, piątek w pracy, godzina około 14. Dzwoni telefon, numer nieznany. Jako że pełnię różne funkcje społecznie i dzwoni do mnie wiele osób, to odebrałem.
Męski głos w słuchawce od razu zabrzmiał wrogo, leciały wyzwiska oraz obietnice kilku rodzajów śmierci, a jedyne co wychwyciłem, to że jestem kochankiem jego żony. Zupełnie bez sensu, gdyż w takie relacje nigdy się nie pchałem. Reakcja natychmiastowa - czerwona słuchawka.
Gość dzwonił kilka razy jeszcze, ale rozmowy odrzucałem. Ważne jest to, że wtedy nie miałem telefonu, który pozwoliłby na stałe zablokowanie połączeń z jakiegoś numeru.
Wieczorem miarka się przebrała. Około 21:30 zadzwonił, a ja odebrałem ze stanowczym postanowieniem rozmówienia się z gościem. Słychać było, że ma wypite. Zaczęło się od tego, że on wie gdzie mieszkam (że na południu kraju, co już się nie zgadzało, bo mieszkam na północy) i czego mi nie zrobi. Po kilku minutach rozmowy prawie udało mi się przekonać gościa, że to nie o mnie chodzi, że dodzwonił się do innej osoby, do innego miasta i że z jego żoną nic mnie nie łączy. Zarzekał się, że spisał numer telefonu z jej aparatu w czasie kiedy nie widziała. Tłumaczyłem mu, że najwyraźniej pomylił cyfry itd.
Tak od słowa do słowa, opowiedział mi całą historię, że on do pracy za granicę wyjeżdża na długo, że dwójka dzieci, on się stara dla rodziny jak najbardziej, wraca, a tam żona jakieś wybryki i w ogóle... Z mojej strony więcej było "mhm, mhm" niż faktycznego wsparcia, ale najwyraźniej chłop potrzebował się wygadać.
Po 30 minutach rozmowy stwierdził, że czas się pożegnać, że to faktycznie nie ja, pożegnał się zemną słowami: "Wiessszz cooo? Ssszkoda, że to nie z tobą tak ona... boooo z tobą to byśmy usiedli, pogadali i piwko wypili. Równy chłop z ciebie".
Nigdy więcej nie dzwonił, a ja mam nadzieję, że mu się ułożyło.
Od kilku lat walczę z trądzikiem, pojawił się on u mnie w podstawówce i męczy do dziś, jednak nie jest to najważniejsze. Moje wyznanie to pewnego rodzaju prośba do osób, którym udało się go uniknąć i próbują bawić się w dermatologa. :)
Jako osoba dotknięta tą chorobą doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jak wyglądam, wiem, że mam na twarzy grudki, przebarwienia i pryszcze, naprawdę mam w domu lustro i zauważam to kilka razy dziennie. Wiem też, że powinnam unikać czekolady, cukru, pikantnych potraw - przeczytałam chyba każdy możliwy poradnik dotyczący pozbywania się trądziku i używałam wszystkich kosmetyków, płynów i kremów. Tym bardziej denerwują mnie osoby, które jak wyżej wspomniałam, za bardzo wczuwają się w rolę dermatologa i udzielają miliona rad, jak z tym walczyć. Zrób maseczkę z miodu, kup sobie taką maść, sąsiadce pomogła, przemywaj twarz ziołami, wystaw twarz na słońce, nie maluj się - to tylko niektóre z rad, niekoniecznie skutecznych, jakie niemal codziennie dostaję. Gdyby tylko to było takie proste i po nałożeniu maseczki magicznie udało się to cholerstwo wyleczyć...
Wiecie jednak, co jest tutaj jeszcze gorsze? Komentarze typu "ale cię wysypało", "jeszcze ci się pogorszyło, gorzej wyglądasz". No przepraszam bardzo, ale kurwa, co ty powiesz? Naprawdę, lepiej jest sobie pomyśleć niż mówić o swoich spostrzeżeniach na głos, taka osoba wtedy może poczuć się jeszcze gorsza, brzydsza. Nie dotyczy to tylko trądziku, ale wszelkich innych "wad", na przykład nadwagi itd. Nawet jeśli chcesz pomóc, nieraz lepiej przemilczeć temat, wrażliwy dla drugiej osoby, bo dla Ciebie to tylko słowa, a ona może czuć się po prostu źle.
Jestem policjantem. Pracuję w drogówce. Kilka dni temu wraz z kolegą "polowaliśmy" na kierowców nieoznakowanym radiowozem. Zatrzymaliśmy czarne BMW, które przekroczyło prędkość o jakieś 30 km.
Za kierownicą siedziała moja żona. Zdziwiłem się, bo nie posiadamy BMW. No cóż, musiałem dać mandat mojej żonie, za który i tak ja zapłaciłem. Oczywiście w domu musiała być awantura. Dowiedziałem się, że żona kupiła mi na prezent urodzinowy właśnie to BMW.
Jednak przez mandat zmieniła zdanie, teraz to jej samochód, a ja nawet nie mogę palcem go dotknąć.
W wieku 14 lat razem z przyjaciółką obezwładniłyśmy gwałciciela. Tak w skrócie.
Historia zaczyna się pewnego słonecznego, czerwcowego dnia. Dokładniej, kilka dni po zakończeniu roku szkolnego. Z przyjaciółką (nazwijmy ją Laura) wybrałyśmy się na spacer. Dodam, że mieszkamy na wsi. Z reguły kręci się tutaj mało obcych, a mieszkańcy w upały (około 31°C), wolą siedzieć w domu.
Jak zwykle postanowiłyśmy iść na ''okupowaną'' przez nas od trzech lat łąkę. Będąc już na miejscu, usłyszałyśmy krzyk. Przeraźliwy wrzask dziewczyny. Jako że polana znajdowała się przy lesie, wbiegłyśmy między drzewa. Przyznam - bałyśmy się jak nigdy. Ujrzałyśmy tam mężczyznę (około 24 lata), rozrywającego bluzkę jakiejś nastolatce. Nadal byłyśmy niezauważone. Nie myśląc o konsekwencjach, rzuciłam się na plecy zboczeńca. Był zdezorientowany, dzięki czemu łatwiej było go odciągnąć od zapłakanej dziewczyny. Laura z całej siły uderzyła go w twarz (a powiem, że jak na 14-letnią dziewczynkę była silna). Zaczęłyśmy go kopać i bić. Roztrzęsiona dziewczyna podała nam nóż, którym on wcześniej jej groził. Kiedy mężczyzna leżał na ziemi, a Laura kopała go z całej siły, ja zaczęłam grozić mu nożem. Wtedy przyjaciółka zadzwoniła na policję i zajęła się dziewczyną. Facet chciał kilka razy uciec i tyle samo razy zraniłam go nożem.
Później były zeznania, trafiłyśmy do gazety i zaczęły się dziwne spojrzenia mieszkańców wsi. Jednak najważniejsze, że udało nam się pomóc. Facet był wyjątkowo bezsilny.
Mój mąż jest bardzo przystojnym mężczyzną. Razem z kolegami gra w dość znanym w naszych stronach zespole, co skutkuje dużą ilością fanek. Już się przyzwyczaiłam, że wokół niego zawsze kręcą się jakieś kobiety, ale nigdy nie dał mi najmniejszego powodu do podejrzewania o zdradę.
Nie pojawiłam się na ostatnim koncercie, ponieważ musiałam zostać w pracy do późnej nocy. Zmęczona po całym dniu wróciłam do domu. Od razu po wejściu do mieszkania usłyszałam kobiece jęki. Z niedowierzaniem wpadłam do sypialni i zastałam tam jedną ze stałych fanek, która ujeżdżała mojego męża.
Pominę mój atak furii, w wyniku którego panienka została wyrzucona z domu, a jej ubrania dziwnym trafem znalazły się za oknem.
Już miałam rozprawić się z mężem, aż nagle otrzeźwiałam. Był nieprzytomny. Nie mogłam go ocucić. Wezwałam karetkę. Po wszystkich badaniach okazało się, że podano mu pigułkę gwałtu. Jego "bardzo dobra znajoma" wykorzystała moją nieobecność.
Gdy mąż się wybudził, nie pamiętał niczego od momentu, gdy pił z nią piwo.
W pubie, w którym grali, jest monitoring.
Pozew już napisany, dowody czekają.
Nie daruję tej suce.
Dodaj anonimowe wyznanie