Mieszkam w małym mieście. Niedawno wprowadziłam się z rodzicami na inne osiedle i wszystko byłoby piękne, gdyby nie sąsiadki.
Na każdym z balkonów czatuje tzw. "Monitoring osiedlowy", a z racji dość charakterystycznego wyglądu, stałam się ich częstym tematem głośnych, nieprzyjemnych rozmów.
Mam psa. Średniej wielkości kundel, któremu nie często pozwalam na kontakty z innymi psami, ponieważ czasami przejawia agresywne zachowania. Wychodzę z nim zawsze na smyczy i nigdy go z niej nie spuszczam.
Czego dowiedziałam się odnośnie moich relacji z psem? Jestem jego katem. Psim terrorystą i na bank się nad nim znęcam, bo pies musi biegać i nawiązywać nowe znajomości. Nieistotne jest to, że mógłby zrobić krzywdę jakiemuś rozbrykanemu fafikowi.
Mam też o wiele młodszą siostrę. Młoda ma 2 lata i co tu dużo mówić, jest rozpieszczana przez dziadków i często wpada w histerię, gdy czegoś jej się zabroni. Ostatnio, gdy robiłam kanapki, zaczęła krzyczeć. Chciała się pobawić nożem. Dałam jej plastikowy, zabawkowy nożyk i pozwoliłam asystować w smarowaniu kanapek masłem. Koniec wycia. Cud.
10 minut później ktoś puka do drzwi.
Policja wraz z sąsiadką, która oskarża mnie o znęcanie się nad dziećmi. Tata w pracy, mama w sklepie. Zaprosiłam policjantów do środka, bez sąsiadki, która próbowała się wepchnąć. Przedstawiłam się, wyjaśniłam sytuację, przyszła mama. Przyszła pod drzwi od klatki, bo sąsiadki nie chciały jej wpuścić. Darły się i wygrażały. Policjanci zapanowali nad sytuacją i odjechali.
Ale z dnia na dzień jest coraz gorzej.
Każda z nich rozsiewa wymyślne plotki o mojej rodzinie. Ktoś wylał puszkę farby na drzwi naszej piwnicy, ktoś wylał niesamowicie śmierdzącą substancję na naszą wycieraczkę, ktoś zalał czymś podobnym pranie rozwieszone na balkonie, wieczorami czasem zdarza się, że ktoś rzuca we mnie i w mojego psa kamieniami, gdy spacerujemy. Ktoś zdewastował spacerówkę mojej siostry i wysypał na nią worek ze śmieciami.
Ale ten ktoś wyrzucił do śmieci kopertę z imieniem, nazwiskiem i adresem.
I już wiem, która z nich jest odpowiedzialna i wiem, że rodzice wnieśli pozew.
Ale nikt nie wie, kto mocno porysował ktosiowi auto i przebił oponę, kto schował ktosiowi rower ani kto oblał farbą drzwi ktosia.
Może i mszczenie się nie jest rozwiązaniem, ale według mnie było warto uprzykrzyć jej trochę życie.
Moja córka ma chorą tarczycę, co wiąże się z tym, że jest otyła. Była już w sanatorium, ma odpowiednią dietę, więc schudła parę kilogramów, ale dla pewnych dzieciaków z klasy jej sylwetka jest nadal powodem do wyśmiewania się. Niestety, ale młoda była wielokrotnie szykanowana, a najgorzej było oczywiście na wf. Kiedy dziewczynki przebierały się w szatni, obgadywały córcię w stylu ''Boże, jaki grubas''. Potem w trakcie gry np. w nogę były okropne uwagi ze strony kolegów: ''Ty gamoniu, proszę pani niech ona zejdzie z boiska''.
Córka już tym się nie przejmowała, bo byliśmy wielokrotnie u psychologa i przestała cierpieć, czasami zgasiła ich jakąś ripostą (12 lat ale wygadane mocno) lecz takie nieprzyjemne sytuacje zdarzały się nadal. Przechodząc do sedna sprawy...
W marcu moja córka grała na orliku z koleżanką z jednego bloku w piłkę. Akurat znaleźli się tam chłopcy z klasy i oczywiście znowu było to same niepokojące zjawisko: obrażanie i teksty typu ''twoja stara Cię za dużo karmi''. Chłopacy w pełni dojrzewania, od razu złapali moją córkę za biust i to wyglądało okropnie. Tamta koleżanka młodsza 2 lata od córki patrzyła się jak wół na malowane wrota i nie umiała obronić ''ofiary'', ale ten orlik jest bardzo widoczny z okna w pokoju syna, a że on jest już pełnoletni to od razu poszedł do dzieciaków. I wtedy się zaczęło. Syn po prostu spuścił im w*ierdol. Dziewczynki płakały, a chłopacy mieli na ciele okropne since, limo i jak to stwierdziła mamusia jednego ''podarte spodnie za 200 złoty''. Nie ukrywam, że cieszyło mnie ich nieszczęście, ale bałam się konsekwencji, które miałby ponieść mój syn.
Następnego dnia oczywiście rozmowa na dywaniku z ich rodzicami. Jeden chłopiec z ręką w gipsie. Niby straszyli nas policją, ale koniec końców czegoś się obawiali i tego nie zgłosili, a ja byłam wręcz przekonana, że ta sprawa może nawet wylądować w sądzie. W sumie wolałabym to rozwiązanie, bo potem było już coraz gorzej. Codziennie widziałam kolejne rysy na naszym samochodzie i przebite opony. Otwierając skrzynkę, od razu moim oczom ukazywały się listy z groźbami. A najlepsze jest to, że dzieciak, który miał złamaną rękę, za kilka dni już nie miał gipsu i jeździł quadem po osiedlu.
Oczywiście tego było za wiele. Poszliśmy na policję. Można powiedzieć, że sprawiedliwość jest po naszej stronie, bo rodzice zostali ukarani pracami społecznymi. Syn musi zapłacić ''małe odszkodowanie'' za pobicie, a dzieci wylądowały w innej szkole, więc nasza córka jest już szczęśliwym człowiekiem. Synku, nie chcę żebyś lał wszystkich dookoła, ale za tę akcję Ci serdecznie dziękuję.
Kilkanaście lat temu do mojego domu przyjechała rodzina wujka, który niedawno ożenił się z moją ciocią (dom dzielimy z ciocią; ja, moja mama i siostra mieszkamy na górze, a ciocia na dole). Ja z dzieciaków obecnych tam byłem najstarszy, więc to mnie przypadł obowiązek zajmowania się innymi. Zaproponowałem pójście do mojego pokoju, żeby pobawić się moimi zabawkami. Żaden dorosły z nami nie poszedł, bo stwierdzili, że ja (miałem wtedy około 9-10 lat) doskonale sobie poradzę, bo jak na swój wiek byłem całkiem odpowiedzialny. Byliśmy w 3 osoby, warto wspomnieć, że był tam chłopiec, który miał 3 latka. Wchodzimy do mojego pokoju, ja pytam, co chcą robić i wymieniam możliwe opcje, a tu nagle chłopczyk zdejmuje spodnie razem z majtkami i zaczyna sikać na środek pokoju, gdzie znajdowały się wszystkie zabawki. Ja oszołomiony tym widokiem stoję i patrzę, jak wszystkie autka zmieniają kolor pod wpływem ciepła. Kiedy chłopiec skończył, złapałem go i poszedłem z nim do łazienki dokończyć sprawę, omijając wielką kałużę. Kiedy już zeszliśmy na dół powiedzieć o tym dorosłym, usłyszałem ''spokojnie, to tylko dziecko''. Później okazało się, że mały ze strachu przed wszystkimi dorosłymi walnął kloca w majty, za co zostałem obwiniony, że niewinne dziecko straszę. Koniec końców sprzątać wszystko musiałem ja, i nawet nie usłyszałem po wszystkim głupiego przepraszam.
Po całej akcji brzydziłem się przez następne kilka miesięcy dotknąć jakiejkolwiek zabawki. Potem żałowałem, że sam na niego nie nasikałem. :D
Mam 24 lata, dostałem w życiu już kilkanaście koszy i aktualnie dalej jestem samotny.
Należę do tych "miłych" facetów, a miałem niestety niesamowitego pecha natrafiania na kobiety, które we mnie widziały "przyjaciela", natomiast szalały za "bad boyami". Ileż to razy słyszałem, że "byłbym idealnym mężem", "jesteś taki dobry i ciepły", a nagle przeskakiwały na zupełne przeciwieństwo. Nigdy nie pokazuję również tego, że mam trochę grosza, delikatnie mówiąc.
Mam ogromną satysfakcję z tego, jak owe kobiety później do mnie piszą, chcąc odnowić kontakt lub się spotkać i narzekając na owych bad boyów...
"To był błąd, naprawimy to?", "Nie chciałam, żeby tak wyszło", "Głupia byłam, przepraszam"
...widząc moje zdjęcia z egzotycznych wakacji.
A ja wtedy wysyłam im zapętlony fragment (refren) starej piosenki zespołu Boys - Łobuz. I na tym kończy się rozmowa.
Miałam przyjaciółkę Anię. Poznałam ją, gdy miała już jedno dziecko. Dziecko, które przez chyba 3 lata nigdy nie zostało z babcią, dziadkiem czy ojcem. Ania i jej syn byli od siebie uzależnieni. Mąż spał osobno, bo przecież chwila bliskości z własnym facetem powodowała chwilowy brak bliskości z synkiem. Spali razem, bawili się razem, srali razem i szczerze mówiąc, Ania miała szajbę na punkcie dziecka, jednak na szczęście dało się z nią pogadać na życiowe tematy, tyle, że zawsze w asyście synka.
Cała ta szopka nie przeszkadzała mi, do puki Ania nie zaczęła mnie wręcz męczyć tym, abym zaszła w ciążę, bo to mnie dopełni, poczuję się prawdziwą kobietą, będzie mi wręcz idealnie. Nie broniłam się przed tym jakoś szczególnie, tylko dawałam rzeczowe i prawdziwe argumenty - najpierw musimy (ja i partner) znaleźć pracę, która pozwoli nam na wychowanie dziecka. Praca znaleziona, Ania nie odpuszczała. Jeszcze trzeba skończyć studia. Studia skończone, Ania nie odpuszczała. Nie odpuszczała jeszcze bardziej wtedy, gdy byłam już na tyle ułożona i ustatkowana, że mogłam się postarać o dziecko, ale po prostu jeszcze nie chciałam, o czym Ania wiedziała - że jeszcze nie mój czas. Ale męczyła, dzień w dzień.
Była to jednak dobra i ciepła osoba i nie chciałam zrywać z nią kontaktu z powodu tego, że namawia mnie do posiadania dziecka. Miałyśmy dużo innych tematów i gdy akurat mnie nie męczyła, spędzałyśmy fantastycznie czas, nawet z jej synkiem, bo to grzeczne dziecko. Jednak w końcu byłam już dość poważnie zdenerwowana zmuszaniem mnie do posiadania dzidziusia, powiedziałam Ani, że tak na prawdę to ja nie mogę mieć dzieci. Myślałam, że odpuści, że będzie mi chwilę współczuć i skończy temat, aby mnie nie ranić. O naiwności!
Zaczęła mi podsyłać artykuły o leczeniu bezpłodności, wyszukiwała kontakty do prywatnych klinik i fantastycznych specjalistów. Bo przecież tyle osób usłyszało, że nie będzie nigdy mieć dzieci, a potem ich wyleczono! Mówiłam jej, że się nie da, że już próbowałam, że to dla mnie trudne, ale ona drążyła, szukała, chciała pomagać i wozić mnie do ginekologów. Do tego sama zaszła w drugą ciążę (ciekawe, czy synek był w tym czasie z nimi w łóżku).
W końcu się pokłóciłyśmy, co prawda nie o dzieci, ale tez z jej winy, bo poznałam ją od bardzo złej strony, ale z ust innych.. a potem twarzą w twarz osobiście poznałam ją z tej najgorszej strony, jaką chyba posiadała. Powiedziała mi, że jestem pustą wydmuszką i kobieta bez wartości i mąż powinien mnie zostawić dla kogoś, kto da mu dziecko, a nie męczyć się z kimś, kto jest tak wybrakowany...
To było takie podłe, nawet nie sądziłam, że coś takiego, nawet w największej kłótni można wykrzyczeć drugiej kobiecie, przyjaciółce...
Zerwałyśmy kontakt i nigdy jej się nie przyznałam, że mogę mieć dzieci.
Za każdym razem, gdy ktoś mówi, że jestem głupsza od Julii, to przypominam sobie jak w wieku pięciu lat wmawiałam jej, że jako jedyna jest adoptowana, a ona w to wierzyła.
Jesteśmy bliźniaczkami.
Od zawsze straszliwie bałam się wszelkich pajęczaków, lecz nigdy żadnego nie zabiłam. Zakryta od stóp do głów w goglach i chuście cierpliwie łapałam wszystkie w miskę i gazetę wynosząc na dwór. Tydzień temu siedząc około 3 w nocy na fotelu poczułam gilgotanie na udzie, gdy spojrzałam zobaczyłam dość dużego, ale chudego pajączka. Nie myśląc wiele wzięłam go do ręki odstawiając na podłogę patrząc jak oddala się w kierunku stolika do kawy. Chwilę zajęło mi rozumienie, co właśnie zrobiłam, nigdy nie byłam z siebie równie dumna niż w tej chwili.
Tak się przyzwyczaiłam do upominania swoich sióstr, które chodzą jak pijane, że ostatnio na ulicy powiedziałam "no weź zejdź ze środka" do gołębia...
Jestem w związku z chłopakiem, który kiedyś został w podły sposób zostawiony/zdradzony przez dziewczynę. Wiedziałam o tym, to ukształtowało jego myślenie o kobietach, ale mimo to chciałam tego związku, zakochałam się.
Minął rok, a ja wciąż zbieram cięgi za jego byłą. Ciągłe podejrzenia o zdradę okazywane w bardzo obraźliwy dla mnie sposób, wytykanie mi delikatnego makijażu (dla kogo ja się tak maluję idąc do pracy?!), o ubiorze już nie wspomnę, bo bluzka z dekoltem do kości obojczykowych to „komu ty chcesz cycki pokazywać?!”. Zero kontaktu z kolegami, z kuzynami też nie bardzo, bo to przecież mężczyźni. Nawet z jego kolegami nie mogę się przywitać, bo jednemu się spodobałam, czego nie ukrywa, i oczywiście to mi się obrywa, bo „pewnie go sprowokowałam”.
Nigdy nie zdradziłam, nie dałam powodu do zazdrości, a on przez tego kolegę potrafi mi powiedzieć „że skoro przy nim tak jest, to co ja dopiero wyprawiam, jak go przy mnie nie ma...?”. Znosiłam to wszystko bo myślałam, że w końcu uwierzy w moje szczere intencje i moją miłość. Jednak dziś rano przeszedł samego siebie.
Gdy siedziałam na przystanku i czekałam na autobus słuchając muzyki, nagle rozległ się głośny klakson jednego z przejeżdżających aut na drodze, to był mój chłopak. Uśmiechnęłam się i mu pomachałam, a następnie do niego zadzwoniłam zdziwiona, że on jeszcze nie w pracy. W odpowiedzi usłyszałam „Dlaczego oglądasz się za autami, które trąbią? Jak mnie nie ma, to już marzysz nie wiadomo o czym”. Myślałam, że on żartuje, ale nie... rozłączył się.
Takich absurdalnych dla mnie sytuacji było kilka, ale ta przelała czarę goryczy, nie wiem, czy życie z takim człowiekiem ma sens. Bardzo mi na nim zależy, ale chyba opadam z sił.
Anonimowe dlatego, że nikomu nie mogę o tym powiedzieć, dla niego wyjechałam ze swojego miasta, nie mam tu nikogo. Tylko on i praca.
Z racji tego, że mam teraz wakacje, a nudziło mi się niemiłosiernie, postanowiłam odwiedzić babcię.
Jest to już 85-letnia kobieta o trudnym charakterze i ciesząca się zdrowiem.
Jeżeli nie wypije kieliszka, ciężko ją rozbawić, jednak rozmowa całkiem się kleiła.
W pewnym momencie babcia wyszła z pokoju i po chwili wróciła z opakowaniem Ptasiego Mleczka oraz innymi ciastkami.
- Jedz, bo marnie wyglądasz - stwierdziła poważnie.
Odmówiłam, a ona spojrzała na mnie groźnie. Zaproponowała ciasto, również odmówiłam.
Babcia spojrzała na mnie i zapytała z krzywym uśmieszkiem
- Odchudzasz się, co? To ja ci przyniosę coś smacznego!
Przyniosła.
Całe opakowanie tabletek na przeczyszczenie...
Dodaj anonimowe wyznanie