Po przeczytaniu wyznania chłopaka, który lubi się przebierać w damskie ciuchy, postanowiłem sam opisać swoje, chyba jeszcze bardziej poryte "hobby." Anonimowo, bo nigdy w życiu nikomu bym się do tego nie przyznał.
Facet, level 26. Samotny jak palec, dlatego od lat przebieram się potajemnie w damskie ubrania, oglądam w lustrze i delektuję uczuciem kobiecości. Głównie są to eleganckie ubrania - spódniczki, koszule, żakiety, rajstopy i szpilki - kręci mnie to. Jest jednak jeszcze jeden powód tych przebieranek, który kręci mnie jeszcze bardziej.
Od dziecka wykazywałem dziwne zainteresowanie mokrymi materiałami. Przypadkowo upuszczony do wanny ręcznik, koszulka w mocnym deszczu, dziewczyny w śmigus-dyngus. Szybko okazało się, że mam bzika na punkcie fetyszu wetlook - kobiet w ubraniach pod prysznicem, w wannie, pływających w basenie czy rzece. Niesamowicie mnie podnieca sposób, w jaki mokre ubrania opinają i oklejają kobiece ciało. Moim marzeniem, rzecz jasna, jest być z kobietą, która zrozumie moje pasje i zgodzi się wziąć udział w takich zabawach. Póki co jednak, jako marny substytut, sam upodabniam się do kobiet (nietrudne, bo jestem szczupły i oprócz braku piersi mam dość kobiece kształty) i kąpię się w ciuchach. Czasami, w ciepłe noce, idę nad rzekę i tam pływam ubrany w garsonkę czy sukienkę. Oprócz wyglądu mokrych ubrań, fascynuje mnie też sposób, w jaki zachowują się pod wodą i sam fakt, że robię coś powszechnie uważanego za tabu.
Wstrząsającej puenty nie będzie, bo póki co nikt mnie nie złapał na gorącym uczynku. A póki co, jako że to wyznanie napisałem ubrany "na sekretarkę", idę się trochę pomoczyć w wannie i delektować nieziemskim uczuciem i widokiem.
Dziś moja koleżanka urodziła córeczkę. Składając jej gratulacje, powspominaliśmy dawne czasy.
Jak miałem 5, a ona 7 lat, była dla mnie ideałem piękna, chciałem ją "poderwać". Zaprosiłem ją na moje podwórko i zacząłem popisywać się swoimi umiejętnościami. Jako że ona uwielbiała sportowców, postanowiłem rzucać młotem.
Zabrałem z domu taki młotek z gumową główką (używany np. przy układaniu płytek) i zabrałem się do dzieła. Zamach niczym Paweł Fajdek i rzut. Szkoda tylko, że zamiast w wyznaczone pole, trafiłem w moją idolkę...
Chyba jej się nie spodobało, bo dziś ojcem jej dzieci nie jestem ja :D
Mam 25 lat i jestem bezdomny.
Jednak nie jestem takim zwykłym panem, który prosi pod sklepem o drobniaki. Mam bardzo wielką determinację, aby z tego wyjść. Nie piję i nigdy nie nadużywałem alkoholu. Jak wylądowałem na ulicy?
Początkowo zaczęło się od ojca, on był alkoholikiem, matka zmarła, gdy byłem młody. Jednak pewnego dnia przestał, powiedział, że chce się zmienić. Na początku w to nie wierzyłem, jednak po 3 miesiącach jego abstynencji faktycznie mnie przekonał. Miał marzenie, by zmienić auto na inne, poprosił mnie o wzięcie pożyczki. Jak idiota się zgodziłem. Gdy tylko otrzymałem gotówkę, kupił swoje wymarzone auto. I nagle powrót traumy mojego dzieciństwa, zaczął pić... Musiałem się wprowadzić.
Wynajmowałem skromny pokój w Gdańsku, żyłem także skromnie. I spłacałem raty. Jednak kilka miesięcy temu wszystko się posypało. Straciłem pracę, z racji braku oszczędności z pokoju także zostałem wyrzucony. Nie miał mi kto pomóc. Pomoc społeczna zaproponowała mi miejsce w schronisku znajdującym się 70 km od Trójmiasta. W jakiejś wiosce, gdzie nie miałbym możliwości stanąć na nogi. Odmówiłem.
Przedwczoraj udało mi się znaleźć pracę, w warzywniaku. Jednak teraz moim problemem jest to, że w związku z podjęciem pracy nie jestem w stanie załatwić sobie jedzenia, gdyż pracuję od rana do późnego popołudnia. Udało mi się poprosić szefa o tygodniówki. Nie powiedziałem mu, że jestem bezdomny. Nie chcę, aby źle na mnie patrzał.
Drodzy anonimowi, życzcie mi, abym jakoś przetrwał na ulicy do soboty. Marzę o tym, aby znaleźć dzisiaj w drodze do pracy coś do jedzenia, aby nie dać ciała i z tego wyjść. Nie poddam się. Muszę sobie poradzić i z tego wyjść.
Mam 20 lat i studiuję. Od tego roku mieszkanie wynajmuję z moją kuzynką i przyjaciółką, każda z nas ma oddzielny pokój. Kuzynka jest starsza, jednak ja jestem na drugim roku studiów, a ona na pierwszym. Już od początku wiedziałam, że mieszkanie z nią nie będzie łatwe. Ona jest, delikatnie mówiąc, nieco nieporadna życiowo. Kiedy mieszkała z rodzicami miała wszystko podsuwane pod nos, serio, ona chyba sobie nigdy w życiu nie zrobiła kanapki. Myślałam, że skoro zdecydowała się na "dorosłe życie" bez mamusi obok, to trochę się ogarnie. No niestety myliłam się.
Kuzynka codziennie rano je na śniadanie płatki z mlekiem. Miliard razy pokazywałam jej jak nastawia się mikrofalówkę, żeby mogła podgrzać mleko. Nic z tego, albo budzi mnie, żebym jej zrobiła te płatki, albo je je z zimnym mlekiem. Na zakupy zawsze chodzi wtedy co ja, bo ona wstydzi się płacić przy kasie, więc tę czynność również wykonuję ja. Zawsze muszę odprowadzić ją na przystanek autobusowy, do którego droga jest bardzo prosta i zajmuje dwie minuty, no ale dziewczynka może się przecież zgubić.
Nie wspomnę, ile takich codziennych czynności muszę za nią wykonywać, albo w ilu muszę jej pomagać, bo nawet nie jestem w stanie tego zliczyć. Ostatnio jednak przebiła wszystko.
Z racji tego, że praca mojego chłopaka związana jest z ciągłymi wyjazdami, dosyć rzadko spędza on u mnie weekendy. Jednak jakiś czas temu przyjechał do mnie w piątek i miał nocować do niedzieli. Kiedy tylko przekroczył próg mieszkania, kuzynka zamknęła się w swoim pokoju i nie wychodziła z niego do momentu, aż pojechał. Rozumiecie? Trzy dni bez jedzenia, mycia się, bez załatwiania potrzeb fizjologicznych, a to wszystko dlatego, że się wstydzi - tak przynajmniej powiedziała mojej przyjaciółce, bo kiedy ja się jej zapytałam o co chodzi, to twierdziła, że się źle czuje. Oczywiście od razu wiedziałam, że kłamie, bo wówczas miałabym tysiąc nieodebranych połączeń od jej matki, a mojej ciotki, żebym się nią zaopiekowała, zapisała do lekarza albo żebym skoczyła do apteki po lekarstwa.
Całą tą sytuacją jestem już zmęczona, nie umiem spojrzeć na tę dziewczynę w pozytywny sposób, widzę tylko dziecko, które zostało potwornie skrzywdzone przez swoich rodziców, którzy "wychowali" ją w taki sposób. Czasami mam wrażenie, że mam pod opieką kilkuletnie dziecko, a przecież jest to pełnoletnia, starsza ode mnie (!) kobieta.
Jej rodzice w ogóle nie reagują na moje sugestie, zlewają temat, bo przecież nie wszyscy są tacy jak ja, są też osoby nieśmiałe. No OK, ale aż tak? W tym przypadku sprawdza się niestety powiedzenie, że z rodziną to tylko na zdjęciu.
Zawsze bardzo lubiłam sobie pospać. Od października jednak nie mam już możliwości leżeć do góry zadem do 11, bo w tym semestrze praktycznie wszystkie zajęcia na uczelni mam na 9. Mimo wczesnego kładzenia się spać i 10 budzików na telefonie co minutę, półświadomie wyciszałam alarm. Przez pierwsze dwa tygodnie zdążyłam już wykorzystać praktycznie wszystkie spóźnienia.
Widmo wyrzucenia z uczelni skłoniło mnie do mocno eksperymentalnych rozwiązań. Mianowicie co wieczór w internecie wynajdywałam kolejną firmę, która miała system oddzwonień na stronie (coś w stylu: nikogo nie ma w biurze, zostaw nam swój numer, a oddzwonimy! Wybierz godzinę..”). W ten sposób przez ostatnie tygodnie między 7.30-8.00 budzi mnie miły pan/pani, żeby przedstawić mi ofertę firmy. Zdążyłam rozeznać się w ofercie wszystkich sieciówkowych siłowni, producentów garnków, mopów, środków czystości, a nawet gresu. Zawsze punktualni i z rabatem specjalnie dla mnie na produkt, który zmieni moje życie.
Przepraszam Was, drodzy telemarketerzy.
Nie jestem grammar nazi, ale jak ktoś popełnia błędy, to zwracam na nie uwagę, starając się ich nie wytykać. Gdy piszę z kimś i ten ktoś mnie rozczaruje czy wkurzy swoimi błędami, to zamiast "Cię/Tobie/Ci" piszę "cię/tobie/ci". Mimo że niemal nikt tego nie odczytał jeszcze we właściwy sposób, to ja odczuwam wtedy dziką satysfakcję. Takie moje dziwactwo.
O tym, jak okradłam niesłyszącego (?).
Jesienne, dość ciepłe popołudnie. Wracałam samochodem do domu po kilku dniach na uczelni, trasa kilkadziesiąt kilometrów, dlatego w aucie na wszystkich siedzeniach porozwalane różnego rodzaju rzeczy, w tym coś do jedzenia i do picia na drogę.
Jest na mojej trasie odcinek remontowany, wprowadzony ruch wahadłowy i światła w miejscu, gdzie robią nowy most. Pech chciał, że światło zmieniło się akurat przy mnie i byłoby już dużym przegięciem wciskać się na czerwonym, stanęłam pierwsza w kolejce i czekam, radośnie przygryzając bułkę.
W tym momencie pan, który do tej pory stał przy drodze w odblaskowej kamizelce, a którego wzięłam za kogoś z ekipy budowlanej, zaczął pukać mi w szybę. Zauważyłam, że trzyma plik jakichś kartek, pomyślałam, że dorabia na rozdawaniu ulotek, z chęcią otworzyłam mu i zabrałam z uśmiechem, bo zawsze staram się pomóc osobom pracującym w ten sposób. Nie była to ulotka, tylko choinka zapachowa do samochodu i karteczka, coś w stylu "Jestem osobą niesłyszącą. W Państwa rękach jest choinka warta 8 zł, jeżeli dadzą mi Państwo więcej, to znaczy, że mają Państwo dobre serce". Na końcu jakieś Bóg zapłać i tyle.
Myślę sobie - halo, ja przecież takiego badziewia nie potrzebuję za 8 zł (przypominam mój status materialny: student). Kątem oka widzę w lusterku, że ów pan robi już rundkę powrotną i ludzie stojący za mną dają mu przez szybę jakąś gotówkę. Ruszyło mnie sumienie, może pan faktycznie potrzebuje pieniędzy na jakieś leczenie, 10 zł mnie nie zbawi jak mu dam. Problem tylko, czy mam. Pan już stoi za moją szybą. Szukam w skrytce na drobne, nie ma, tylko same grosze. Portfel. Gdzie ja w tym syfie znajdę portfel... A no tak, na tylnym siedzeniu, w torbie, pod kurtką, między inną torbą z pustymi pudełkami po jedzeniu, a jeszcze inną torbą z książkami z biblioteki. Trudno, walczę, grzebię i szukam. Pan za oknem nerwowo tupie w miejscu. Aż tu nagle słyszę trąbienie za sobą, no tak, mamy zielone, a ja stoję pierwsza w korku. Nie mogę stać dłużej i blokować takiej masy samochodów, pan już zaczął mi pukać w szybę, a ja szybko wrzuciłam jedynkę i odjechałam... Z choinką zapachową, za którą nawet nie zapłaciłam. Którą kupiła osoba niesłysząca. No kradzież jak nic!
Do samego domu gryzły mnie wyrzuty sumienia. Ale... coś mi nie gra. Czy ten pan na pewno nie był oszustem? Stać w korku i wciskać ludziom coś, czego tak naprawdę nie chcą? Nie prosiłam się o tę choinkę, nawet chciałam zapłacić, ale nie zdążyłam. Tak właśnie w myślach się usprawiedliwiałam przez resztę dnia. Całkowita złość przeszła mi w momencie, kiedy następnym razem jadąc tą samą trasą w drugą stronę, zapukała mi w szybę inna pani z tym samym plikiem choinek. Zamknęłam się od środka i odwróciłam wzrok w drugą stronę.
Do tej pory nie wiem co o tym myśleć.
Idę sobie korytarzem uczelni, na której pracuję, nagle jeden z moich studentów mówi: "dzień dobry, jak pięknie pani dziś wygląda". Trochę zdziwiona tym nieoczekiwanym wyznaniem, nie zatrzymując się jednak, pytam "czy ma pan u mnie jakiś przedmiot do zaliczenia, że pan taki miły?". Kiedy zniknęłam za rogiem, student myśląc, że weszłam już do swojego pokoju rzucił: "przedmiotu nie mam, ale panią chętnie bym zaliczył!". Wychyliłam się zza rogu i patrząc mu prosto w oczy, z groźną miną powiedziałam: "zapamiętam".
W życiu nie widziałam kogoś tak zmieszanego :D
Tyle tutaj teraz o madkach, bezstresowym wychowaniu itd., więc postanowiłem dodać pewną historię, której byłem świadkiem.
Moja mama bardzo lubi dzieci, uwielbia wręcz, jak sąsiedzi lub rodzina poproszą, ona przypilnuje, zabawi itp.
Ostatnio przyszła do nas nowa sąsiadka, typowa madka i Karyna jakich mało. Na wejściu wygłosiła multum przepisów, że jej Brajankowi wszystko wolno i nie wolno na niego krzyczeć (moja mama jest strasznie wrażliwą kobietą, zawsze stara się tłumaczyć, spokojnie mówić, anioł nie człowiek). Kiedy madka zostawiła dziecko, piekło było nie z tej ziemi - dzieciak wszystko rozwalał, kopał, nasikał nawet na szafkę. Moja mama się rozpłakała, próbowała tłumaczyć, postawić do kąta. Nic, dzieciak jak ze stali. Próbowałem jej pomóc, zajmowałem go, ogarnąłem szafkę - dzieciak bił mnie i śmiał się prosto w twarz.
Kiedy byliśmy z mamą na skraju załamania nerwowego, moja 14-letnia siostra wróciła od koleżanki. Dzieciak podbiegł, kopnął ją, zaśmiał się jej prosto w twarz i chciał odbiec. Siora chwyciła go za ramię, odwróciła w swoją stronę i pyta: Jak ty się zachowujesz?! Starszych się nie bije - patrzyła przy tym małemu dziecku prosto w oczy takim wzrokiem, że diabeł wysiada.
Dzieciak napluł jej w twarz. Rozumiecie? Obce dziecko napluło człowiekowi prosto w twarz.
Nie odezwała się słowem, wytarła twarz rękawem wolnej ręki, bo drugą cały czas trzymała go za ramię, zaprowadziła go do salonu, przełożyła przez kolano i po prostu dała klapsa, nie mocnego, ale widać było, że dzieciak w szoku. Zabrała mu telefon, który przyniosła mu jego mamusia, kazała posprzątać wszystko co porozwalał... Wrzask był niemiłosierny. Siostra zabrała mu ulubiony samochodzik i ukarała jeszcze raz. Uciszył się, zaczął sprzątać, ale kiedy skończył siora powiedziała, że odda mu samochód, ale telefon odda tylko jego mamie. Znów wrzask, ryk i płacz. Na nią nie podziałało, podeszła do młodego i postawiła go do kąta. Dzieciak stał tam pół godziny, mama próbowała interweniować, ale siora kazała jej się nie wcinać "bo dzieciak nie będzie wami pomiatał". Kiedy odbył karę, kazała przeprosić mnie i mamę. Dzieciak cichy jak nigdy podszedł do mamy, przytulił się do jej nogi i powiedział "przepraszam, proszę pani". Ze mną tak samo. Resztę czasu grał w gry planszowe, rozmawiał - no istny aniołek. Kiedy przyszła po niego mamusia, siostra dała jej telefon i powiedziała, że nie był potrzebny, a dzieciak przed wyjściem przytulił się do jej nogi i przeprosił, jego madka stała w szoku, a siostra uśmiechnęła się i grzecznie ich pożegnała.
43-letnia kobieta i 18-letni facet nie dali rady z 6-latkiem, z którym w mig uporała się nastoletnia dziewczyna. Jestem kurwa dalej w szoku.
Kilka dni temu jechałam autobusem z dwuletnim, uczącym się mówić, synkiem. Ostatnimi czasy dzióbek mu się nie zamyka i cały czas pyta "co to?", powtarza wszystko jak papuga i, jak to dzieciaki w tym wieku, mówi trochę niewyraźnie, gubi, zmienia literki, czy nawet sylaby, co czasem bywa śmieszne, a czasem... No właśnie.
Jedziemy sobie tym autobusem, synek gada jak najęty, i mijamy łąkę, na której pasły się krowy. Jak na złość w tym samym miejscu autobus się zatrzymał, bo na drodze był korek, więc syn po chwili konsternacji wypalił "mama, kuwa!". Zbaraniałam, a w całym autobusie zrobiło się tak cicho, że myślałam, że silnik zgasł. Za chwilę znowu "kuwa, mama, kuwa!". No, nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać, więc spokojnie mu tłumaczę, że to "krowa" i nie ma tam żadnego "u", na co starsza pani siedząca przed nami: "Malec chyba lepiej wie, czym się mamusia trudni, skoro tak wcześnie zaciążyła". Serce mi podeszło do gardła, bo ataku się nie spodziewałam. Fakt, wyglądam młodo, ale jestem już długie lata pełnoletnia, mam nawet męża! Jedyne, co byłam w stanie z siebie wydusić, to "każdy ocenia wedle własnego zepsucia", co na szczęście wystarczyło. Skąd w starszych ludziach tyle nienawiści, to nie mam pojęcia...
A z pozytywnych spraw: "kuwa" odeszła w niepamięć i została "kjowa".
Dodaj anonimowe wyznanie