Opowiem wam o panu M, człowieku z natury miłym i pomocnym, który zrządzeniem losu zachorował na raka.
Mniej więcej w tym samym czasie, pan M zaczął się zmieniać. Stał się arogancki i łaknący uwagi. Od najbliższych oczekiwał, by zawsze przy nim byli, o każdej porze dnia i nocy; by odpowiadali na jego telefony i wiadomości, bez względu na godzinę, bo pan M jest chory.
Przyjaciele i rodzina dawali z siebie wszystko, ale jak każdy, oni również mieli swoje życie do przeżycia. Niestety pan M tego nie dostrzegał. Po pewnym czasie zaczął nawet wypominać bliskim wszystkie te chwile, w których to on im pomagał (tu panu M trzeba przyznać, że wcale mało tego nie było).
W końcu pan M stał się na tyle nieznośny, że jedynym, co trzymało przy nim jego najbliższych, była choroba (większość uznała, że porzucenie pana M podczas choroby, byłoby niesprawiedliwe, mimo jego zachowania). Skończyły się długie rozmowy i przyjacielskie wizyty, wszystko ograniczało się tylko do służbowego trzymania na duchu. Zero bliższych kontaktów.
Pan M jest teraz zdrowy. Pokonał raka, ale też pozbył się większości znajomych. Pan M jest idiotą. Pan M to ja.
Pani na lekcji języka polskiego dała nam za zadanie opisać ze szczegółami krótką historię o wskazanym przez nią przedmiocie.
Pani odpaliła zapałkę. Według niej powinniśmy z użyciem cech postaci (w tym przypadku zapałki) opisać jej krótkie, jak i ciekawe życie.
Wszystko poszłoby po pani myśli, gdyby nie mucha, która wpadła w płomień zapałki i zaczęła się palić. Mucha latała i paliła się po całej sali, aż w końcu całkiem się spaliła i znikła.
Wszyscy opisali śmierć muchy. Nauczycielka stwierdziła, że źle wykonaliśmy zadanie (co było nie do końca prawdą, bo opisaliśmy także przeżycia, jakie panowały u zapałki widzącej palącą się muchę).
W końcu pani stwierdziła, że nie wstawi nam za to oceny.
Mam 22 lata i jestem beksą.
I nie, nie chodzi o to, że często się wzruszam lub płaczę do poduszki, gdy ktoś powie mi niemiłe słowo. Płacz pojawia się u mnie, gdy muszę skonfrontować się z czymś, co mnie stresuje.
Każda rozmowa z osobą, przed którą czuję respekt i której muszę się sprzeciwić, w zdecydowany sposób przedstawić moje argumenty, jest prawdziwym piekłem. Nie jestem w stanie przekazać w dobry sposób o co mi chodzi, ponieważ już po pierwszym zdaniu czuję gorzki posmak w gardle i łzy w oczach.
Niemal nikt nie zdaje sobie z tego sprawy, gdyż zazwyczaj wycofuję się z dyskusji zanim wydarzy się nieszczęście (gdy już się rozpłaczę, niełatwo mi się uspokoić).
Nie mogę się pogodzić z faktem, że nie umiem zawalczyć o swoje. Mimo rewelacyjnego arsenału argumentów często przegrywam z powodu słabej psychiki.
Bardzo chciałabym z tym walczyć, ale nie mam pojęcia jak i nie wiem gdzie szukać rady.
Odkąd w dość młodym wieku wyprowadziłam się z domu i zaczęłam od razu sama na siebie zarabiać, stałam się straszną sknerą (gdzie wcześniej byłam typem lekko zbuntowanej księżniczki, która totalnie nie znała pojęcia "oszczędzanie"). Nie zarabiam kokosów i nigdy nie zarabiałam, chociaż łatwiej mnie spotkać w pracy niż w domu. Specjalnie ubieram się w hipisowskie, punkowe, grunge stylówki, żeby ludzie nie zwracali zbyt dużej uwagi na dziurawe rajstopy czy mocno znoszone ubrania, o które i tak dbam jak tylko umiem.
Jakiś czas temu zrobiło mi się głupio w tramwaju, gdy zobaczyłam, że para żuli ma buty w lepszym stanie ode mnie. Obuwie wywaliłam ze smutkiem, bo było wygodne, chociaż zaczęło się dziurawić od spodu. Ostatnio się skapnęłam, że moje problemy z odżywianiem są spowodowane nie tylko przez nieregularne godziny pracy, stres itp., ale też właśnie przez skąpstwo. Patrzę na cenę i odechciewa mi się jedzenia. Schudłam straszliwie i zaczęłam się wstydzić własnego ciała, ale dalej mam problem z wydawaniem pieniędzy na jedzenie.
Dzisiaj idę przez miasto (nie małe, nie duże). Z naprzeciwka szedł chłopak na oko 15-17 lat i puszczał z głośnika muzykę, która nie była przyjemna dla mojego ucha - dużo wulgaryzmów. Krzyknęłam (żeby zagłuszyć muzykę) do niego "Możesz wyłączyć muzykę albo włączyć sobie na słuchawkach, nie wszyscy chcą..." i w tym momencie chłopak był już na tyle blisko mnie, że napluł mi w twarz i poszedł dalej.
Przez 2 minuty stałam w miejscu, zastanawiając się o co chodzi.
Mam ogromny problem z moją przyjaciółką.
Z D. znamy się od dziecka i jesteśmy jak siostry. Jej mama prowadzi jedyny sklep i D. od zawsze zakładała, że go przejmie i zostanie w naszej wiosce liczącej niewiele ponad 200 mieszkańców, dlatego wybrała zawodówkę. Ja marzyłam o tym by wyrwać się do większego miasta, studiować. Krótko po tym jak zdałam maturę, D. wpadła do mnie oznajmiając, że pokłóciła się z matką i wyjeżdża razem ze mną.
Po początkowym szoku nawet się ucieszyłam - zawsze to ktoś znajomy w obcym mieście. Niestety D. bardzo utrudnia wspólne mieszkanie mi i pozostałym lokatorkom
(mieszkamy na stancji w 6 osób). Średnio raz w tygodniu urządza awantury - głównie o korzystanie z łazienki. Uważa, że za często i za długo się myjemy, niepotrzebnie w ciepłej wodzie, zajmujemy miejsce kosmetykami, za często wstawiamy pranie. W końcu skoro na wsi się tak nie robiło, to po co dbać "przesadnie" o wygląd.
Miałyśmy składać się na środki czystości i papier toaletowy - uznała, że kupujemy wszystko za drogie i ona się nie będzie dokładać - papier ma swój, szary, najtańszy, którego zużywa wyliczoną ilość. Dodatkowo, jeżeli ja lub inna z lokatorek przyprowadzimy kogokolwiek, to już jest awantura, że ona nawet nie może mieć spokoju we własnym domu.
Nie mogła długo znaleźć pracy. Żadna nie spełniała jej wymagań. Ona się musi wyspać, to na rano jej nie pasuje, w ogóle kto to wymyślił pracować 8 godzin, ona jest wykończona już po 5. W końcu załatwiłam jej etat w tej samej sieciówce z ciuchami, gdzie sama pracuję. Niestety szybko tego pożałowałam - D. kombinuje byleby mieć jak najmniej godzin, a jednocześnie cały czas narzeka na brak pieniędzy.
Co w takim razie robi całymi dniami? Nudzi się i narzeka, na wszystko - na smog, na to, że na stancji nie wolno trzymać zwierząt, że miasto jest za głośne, brzydkie, jest za dużo ludzi.
Przynosi mi wstyd wśród znajomych, kiedy czasami przyłazi po mnie na uczelnię.
Propozycja wyjścia do kawiarni/knajpy - raz z nami poszła, to komentowała tak, że wszyscy się na nas gapili. Bo ona to zrobi sobie herbatkę trzy razy z tej samej torebki, a nie ponad 10 złotych za kawę. Kino - też nie. Zakupy - zapomnij. I nie chodzi tylko o kasę - ona po prostu nie toleruje większych skupisk ludzi.
Znałam wcześniej jej poglądy, ale nazywanie mojego czarnoskórego kolegi, przy reszcie znajomych małpą albo wrzeszczenie zakaz pedałowania na widok dwóch chłopaków trzymających się za ręce w parku, to już przegięcie. Na zwrócenie jej uwagi, zawsze odpowiada tak samo - To nie jest normalne, bo u nas na wsi tego nie ma.
Nie chciałabym zrywać tej przyjaźni, ale mam ochotę wykrzyczeć jej, żeby wracała na tę wiochę skoro nie potrafi żyć w mieście. Nikomu o tym nie mówiłam, bo nie chcę wyjść na tą, co się wypina na dawnych znajomych, bo miasto ją zmieniło.
Nie zbieram naklejek na świeżaki w sklepie z owadem.
Moja dobra znajoma ma 5-letnie dziecko i gdy się o tym dowiedziała, to śmiertelnie się na mnie obraziła. Powiedziała, że jestem egoistką i w ogóle nie myślę o innych, bardziej potrzebujących osobach. Doszło nawet do tego, że umieściła na swoim profilu społecznościowym długi post, w którym to narzeka na swój ciężki los, że wszystko ona sama musi robić i że nikogo nie obchodzi los jej biednego synka. A wszystko dlatego, że powiedziałam, że nie zbieram i w sumie nie zamierzam zbierać tych naklejek. Oczywiście post był skierowany w moją stronę, bo udostępniła też mój profil.
Jakiś czas później sprawa przycichła, więc uznałam, że może jej przeszło. Ale gdzie tam! Napisałam do niej, chciałam jakoś załagodzić konflikt (mimo że cała sytuacja nieco mnie śmieszyła), ale usłyszałam tylko, że jej synuś ma przeze mnie depresję, bo nie może dostać tego świeżaka, którego sobie wymarzył. Generalnie to zakończyła naszą znajomość, gdyż cytuję "Ja nie mogę spotykać się z osobą, która krzywdzi moje dziecko! Chyba że zmienisz zdanie, to wtedy zastanowimy się razem z Krzysiem (imię chłopca zmienione), czy dać Ci drugą szansę".
Po tych słowach stwierdziłam, że chyba rzeczywiście nie ma sensu dalej ciągnąć tej znajomości. Szkoda tylko, że jakiś głupi pluszak pokazał, jak bardzo krucha była ta znajomość...
Do 16 roku życia bylem pewien, że żurawina to mięso z żurawia.
Chodząc do podstawówki i gimnazjum, nie miałam zbyt wielu przyjaciół, a rola rodziców w moim życiu ograniczała się do krzyków i zmuszania do nauki. Byłam cichą, szarą myszką, kujonką, której wszyscy dokuczali. Chłopcy w klasie nie chcieli mnie tknąć nawet kijem od szczotki, a gdy nauczyciel kazał im siedzieć ze mną w jednej ławce, zachowywali się tak, jakby musieli spędzić lekcję z jakimś mutantem albo kosmitą. W tamtych czasach byłam pewna, że zostanę starą panną, która umrze, nie znając uczucia miłości ani bliskości, jakie może dać drugi człowiek.
Gdy miałam 15 lat, przypadkowo natknęłam się na stronę z anonsami miłosno-erotycznymi. Po pierwszym "szoku" pojawiła się ciekawość, a zaraz potem myśl - dlaczego miałabym nie spróbować tego całego seksu? Zainteresowanie płcią przeciwną już dawno przyszło, poza tym nie zanosiło się na to, żebym w najbliższym czasie miała okazję zaspokoić tę ciekawość z kimś np. ze szkoły albo osiedla. Zatem po rozważeniu wszystkich za i przeciw, odpowiedziałam na ogłoszenie pewnego 30-latka. Nazwijmy go Marek.
Decyzji tej nie żałuję do dziś. Marek nigdy nie zrobił czegoś wbrew mojej woli, był porządnym, doświadczonym człowiekiem. Zanim poszliśmy do łóżka, zapewnił mi odpowiednią wiedzę o antykoncepcji, tym, co i dlaczego dzieje się z ciałami ludźmi w trakcie dojrzewania, a także upewnił się, że chciałam spróbować z nim seksu - a nawet wtedy nie przeszedł od razu "do rzeczy", tylko stopniowo uczył mnie dawać i czerpać przyjemność z pieszczot. Dzięki niemu uwierzyłam w siebie. Z szarej myszki stałam się atrakcyjną, pewną swojej wartości młodą kobietą.
Oprócz łóżka łączyła nas także przyjaźń. Mogłam mu się wyżalić, gdy było mi smutno albo pokłóciłam się z rodzicami. Był dla mnie trochę jak ojciec, z tą różnicą, że nie awanturował się za każdą błahostkę i zamiast wyzwisk, dawał ciepło i zrozumienie.
Nasza znajomość trwała prawie dwa lata. W jej trakcie przeżyliśmy mnóstwo wspaniałych chwil, zarówno w łóżku, jak i poza nim. W pewnym momencie, przestaliśmy się prawie całkowicie zajmować seksem, pozostając przy "samej" normalnej przyjaźni. Potem jednak poznałam swojego obecnego chłopaka, a Marek ograniczył kontakt, nie chcąc, by mój wybranek odczuwał przez niego zazdrość.
A szkoda, bo mimo upływu tych trzech lat, nadal zdarza mi się, że nieco za nim tęsknię.
Anonimowe odkryłam całkiem niedawno, przeglądając raz na jakiś czas poczekalnię, jestem przerażona ilością wyznań oszukujących osób „aseksualnych”.
Bardzo żałuję, że nie trafiłam tu wcześniej, bo moja historia jest prawie kalką.
Przyjaciółka od lat, od zawsze sama i wielce dumna z tego, że jest „asem”. Taki typ człowieka, że zanim dowiesz się, jak ma na imię, to niczym student prawa - musi powiedzieć, że jest aseksualna i jakie to nie jest super. Przyjaźniłyśmy się prawie 20 lat. W międzyczasie ja wyszłam za mąż, kupiliśmy mieszkanko w większym mieście. Obie byłyśmy z mniejszej miejscowości. Przyjaciółka poprosiła mnie o pomoc, chciała znaleźć pracę i wyrwać się z dziury bez perspektyw. No w zasadzie czemu nie, w końcu przyjaciółka, a pokój wolny, bo dzieci (całe szczęście) jeszcze się nie dorobiliśmy - pozwoliłam jej u nas zamieszkać na jakiś czas, aż znajdzie pracę i odłoży coś na wynajęcie mieszkania. Co się stało, pewnie się domyślacie. Pomijam fakt, że pomieszkiwanie chwilę zamieniło się w pół roku - mieszkało nam się razem dobrze, dokładała się do rachunków. Przy czym mojemu mężowi postanowiła płacić w naturze. Pierwsza wymówka? „Chciała spróbować!”. Potem nagle między nimi wielka miłość, a ja, ta zła i nieempatyczna, jak mogę się złościć i nie życzyć im szczęścia.
Z mieszkaniem milion problemów, nikt z nas nie miał się gdzie wynieść, więc mieszkaliśmy razem jeszcze jakiś czas - istny koszmar.
Ale przecież aseksualna, to nic nie grozi...
Dodaj anonimowe wyznanie