Kiedy miałam kilka lat, w niedzielę przed wyjściem na niedzielną mszę poprosiłam mamę o 2 zł na coś słodkiego. Niestety miała tylko 5 zł, które jak co niedzielę miałam dać księdzu na tacę. Umiałam już liczyć, ale nie bardzo ogarniałam nominały monet. Pół drogi kłóciłam się z mamą, że ja chcę 2 zł, a księdzu damy 3 zł, bo przecież 2+3=5. Mama cały czas starała mi się wytłumaczyć, że 5 zł jest w całości, na czym polega rozmienianie pieniędzy i że nie mamy gdzie rozmienić po drodze.
Całą mszę dumałam nad tymi słodkościami, które chciałam kupić. Kiedy ksiądz zaczął zbierać na tacę i doszedł do mnie, spojrzałam się na niego z poważną miną i powiedziałam:
- Ja dam księdzu 5 zł, ale w zamian chcę 2 zł na słodycza!
Ksiądz zaczął się śmiać i przystał na moją propozycję.
Słodkości nie kupiłam, mama była zła i dostałam karę.
Coś we mnie umarło...
Jakiś czas temu przyłapałem swoją dziewczynę na zdradzie. Związek ponad 4 lata, mieszkaliśmy w moim mieszkaniu, planowałem zaręczyny. I to wszystko przez przypadek...
Standard - idę do pracy na 10, wracam o 18 do domu, jak co każdy tydzień. Wyjątkowo uwinąłem się ze wszystkim dużo wcześniej, nie było dużo do pracy i szef zwolnił mnie po ledwo 4 godzinach do domu. Chciałem zadzwonić do swojej dziewczyny, że już wracam do domu i możemy resztę dnia spędzić razem, wyjście do kina itd., ale nie mogłem się dodzwonić.
Wchodzę do mieszkania...zastaję spanikowaną już byłą dziewczynę i faceta, którzy w pośpiechu się ubierają. Nie zdenerwowałem się, nie uniosłem się, nie zaciskałem pięści... Najpierw zrobiłem kilka zdjęć, potem kompletnie bez żadnych emocji powiedziałem do kolesia "Wyjdź z mojego mieszkania.", a do dziewczyny "Masz godzinę na spakowanie swoich rzeczy". Ona zapłakana, przeprasza, mówi, że nie chciała, stara się zwrócić na siebie uwagę... gdzie w tym czasie ja poszedłem zrobić sobie obiad i siadłem do komputera. Traktowałem jej płacz i lamenty jak powietrze. Przestała dla mnie istnieć w tym momencie. Nic wtedy nie czułem... Nie wiem, czy to z powodu szoku i niedowierzania. Wyprowadziła się. Możliwe, że do tego kolesia, bo nie ma w pobliżu żadnej rodziny ani bliższych przyjaciół.
Już 3 tydzień do mnie wypisuje i od czasu do czasu mnie nawiedza. A ja po prostu milczę i się nie odzywam. Znajomi zauważyli, że już się z nią nie pokazuję i padają pytania. A ja im tylko pokazuję zdjęcie jako dowód...
Co w tym wszystkim jest najgorsze? Że to trzecia zdrada, jaką przeżyłem w życiu. Poprzednie też żałowały... I nie ułożyły sobie normalnego, bezstresowego życia. O ile jeszcze myślałem, że "do 3 razy sztuka", tak teraz straciłem wszelką nadzieję na szczęśliwe życie - nie będę w stanie już nikomu zaufać.
Kiedy byłam mała, miałam różne zwierzątka: szczury, myszki, chomiki, a w okresie lęgowym chodziłam po okolicy i zbierałam ptaki, które wypadły z gniazda (jerzyki, jaskółki) oraz inne ranne ptaki.
Zasada była prosta: przeżyje noc przy podstawowej opiece - tata zawozi je do miasta do fundacji ratującej ptaki.
Pewnego dnia szukałam koperku w kuchni, miałam może z 7 lat. Tata zawołał tylko, żebym dała sobie spokój i poszła do siebie. Otworzyłam ostatnią szufladę w zamrażarce i znalazłam w niej martwe gołębie, mojego szczura, który zmarł pół roku wcześniej i innych tymczasowych, byłych domowników. Okazało się, że przez kilka lat tata z lenistwa zamiast zakopywać zwłoki zwierząt, tak jak mi to obiecywał, chował je do zamrażarki "żeby zakopać potem". Byłam w szoku, do tej pory jestem osobą bardzo empatyczną, wrażliwą i mimo upływu 20 lat, często ten widok do mnie wraca.
Kilka lat później okazało się, że tata jest bardzo chorym i niebezpiecznym człowiekiem, jednak to już temat na osobną historię. Ja za to do dziś panicznie boję się zamrażarek. Ojca zresztą już też.
Mój chłopak zamówił dla mnie seksowną bieliznę. Spędzałam weekend u niego, siedziałam z jego rodzicami w salonie i piłam herbatę. W pewnym momencie ojciec wyszedł i wrócił z tą bielizną, pokazał ją matce i powiedział, że jak z nim pobaraszkuje, to też jej taką kupi. Byłam tak zażenowana, że nawet nie wspomniałam o tej sytuacji chłopakowi.
Wiecie, co mnie denerwuje? To, że w XXI wieku nadal można się regularnie spotkać z opiniami typu: "po co się faszerować tą chemią? Lepiej napić się lampki wina i od razu lepszy humor. W ogóle to wymyślasz sobie tę depresję". Nigdy w życiu nie słyszałam, żeby do cukrzyka ktoś mówił, że wymyśla sobie ZDIAGNOZOWANĄ PRZEZ SPECJALISTĘ chorobę i żeby nie faszerował się tą insuliną, tylko poszedł pobiegać.
Gdy rozmawiałam kiedyś z kolegą, przyznałam mu się, że odkąd biorę antydepresanty, wreszcie czuję, że moje życie ma jakiś sens. Kolega naskoczył na mnie, że to jest właśnie problem z dzisiejszym społeczeństwem, bo na wszystko chcemy dostać magiczną tabletkę, a wystarczyłoby pójść na spacer do parku czy na imprezę trochę potańczyć. Że najgorsze, co możemy sobie zrobić, to zacząć brać antydepresanty.
Zdenerwowałam się i opowiedziałam mu, jak dwa lata temu, będąc w jeszcze niezdiagnozowanej depresji, pod wpływem alkoholu i po kłótni z bliską mi osobą, próbowałam odebrać sobie życie. Gdy następnego dnia wytrzeźwiałam, z miejsca umówiłam się do psychiatry. Przez kilka miesięcy chodziłam na terapię i brałam tabletki. Szczerze? Nigdy wcześniej nie czułam takiego spokoju. Całe życie w mojej głowie panował chaos i byłam wciąż popychana do samookaleczania, upijania się i płaczu. W czasie terapii to wszystko ustało. Nieracjonalne zachowania, jak próby samobójcze po kłótniach, ustały. Gdy kolega to usłyszał, zamilkł, bo nie umiał znaleźć argumentów.
Oczywiście nie raz, nie dwa, gdy odmawiałam alkoholu, bo nie mogę go pić w połączeniu z lekami, znajomi śmiali się, że wymyślam sobie choroby i że chyba woleliby się zabić, niż nie móc pić.
Niektórzy znajomi zwierzają mi się z tego, że np. mają myśli samobójcze, marazm, absolutny brak motywacji do życia. Zawsze wysłuchuję ich i czasami proponuję wizytę u psychiatry, ponieważ widzę podobne objawy, jak niegdyś u siebie. Ekspertem nie jestem, ale wychodzę z założenia, że lepiej iść do lekarza, niż popełnić samobójstwo, bo nie otrzymało się pomocy. Większość osób jednak reaguje na taką propozycję bardzo negatywnie. Mówią, że nie są chorzy psychicznie, że nie mają schizofrenii i na pewno nie dadzą się zamknąć w wariatkowie, mimo że zupełnie nie to proponuję.
Chciałabym, żeby nasze społeczeństwo było lepiej edukowane w kwestii zaburzeń psychicznych, ponieważ w dalszym ciągu przyznanie się do depresji i szukanie pomocy to wstyd, a według niektórych osoby z depresją są słabe i nikt im nie pomoże, bo i tak się w końcu zabiją.
Depresja to choroba, nie wymysł.
Kilka miesięcy temu na domówce u kumpla spotkałem swoją byłą dziewczynę. Dość mocno przeżyła nasze rozstanie i od tamtej pory starałem się unikać kontaktu (mimo że ona twierdziła, że możemy być przyjaciółmi) żeby nie rozdrapywać ran.
Tak się stało, że bawiliśmy się razem bardzo dobrze, popiliśmy, pogadaliśmy, potańczyliśmy i w sumie było jakbyśmy byli znowu parą.
Po imprezie poszedłem spać do gościnnego pokoju, gdy nagle wchodzi ona i w sumie od słowa do słowa stało się to, przez co nie chciałem się z nią spotykać. Po całej sytuacji ona wyszła, a ja po prostu poszedłem spać.
Wyrzuty sumienia przyszły dopiero rano. Zaraz po przebudzeniu myśli "co teraz?", "Jak mam o tym z nią pogadać", "znowu ją skrzywdziłem", "pewnie mnie nienawidzi". Wchodzę do pokoju, a co gorsza ona patrzy na mnie i się uśmiecha. No teraz to dopiero źle się poczułem, jakbym zaraz miał znowu z nią zerwać. Siadam i po dłuższym namyśle jak to ugryźć, wziąłem ją żeby pogadać na osobności. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
- Chciałem ciebie przeprosić za to co wczoraj zaszło.
- Coś ty, fajnie było.
- Mi też się podobało, ale to tylko jednorazowa sytuacja. Przepraszam, ale nie możemy już tak więcej.
- Ale dlaczego?
- Nie chcę sypiać z byłą dziewczyną, to nie fair wobec ciebie, bo już nic do ciebie nie czuję.
- Ale jak to sypiać? O co chodzi?
- O sytuację wczoraj z pokoju.
- Jaką sytuację?!
Dosyć długo zajęło mojemu skacowanemu mózgowi pojęcie co się naprawdę wydarzyło i okazało się, że poszedłem spać, a wszystko po tym był to tylko bardzo rzeczywisty sen. Moja ex nie weszła do pokoju, nie było sexów, rozmowa niestety była i było mi po niej dość głupio, ale wszystko dobrze się skończyło. Dzisiaj się kumplujemy i z całej sytuacji się śmiejemy.
Razem z mamą wybraliśmy się na zakupy w poszukiwaniu prezentu na mikołajki. W Tesco znaleźliśmy dokładnie to, co szukaliśmy, wzięliśmy jeszcze kilka rzeczy i udaliśmy się do kasy. Wszystkie "normalne" kasy były w tej chwili nieczynne, do naszej dyspozycji została kasa samoobsługowa. Mama jako przeciwniczka postępu technologicznego mocno się zapierała, lecz udało mi się ją przekonać, że wszystko będzie dobrze, w końcu co może pójść nie tak? No więc po tym, jak zeskanowaliśmy towary, ja zająłem się pakowaniem wszystkiego do siatki, a mama miała zapłacić. Wpisała ile wpłaca i jak się okazało, zakupiła 100 sztuk siatek...
Zwrot dostaliśmy, ale z jej przerażonej miny i tak się uśmiałem :D.
Naprawdę bardzo kocham moją Mamę. Niestety jest coś z czym już sobie nie radzę, ani ja ani mój brat.
Ona zwyczajnie nie sprząta... dla niej pojęcia takie jak odkurzanie, mycie podłóg, ścieranie kurzy to coś obcego. Kiedy jeszcze z nią mieszkałam, to ja i brat zajmowaliśmy się sprzątaniem i tym żeby w domu było czysto. Teraz ją odwiedzam raz na jakiś czas i to co widzę to tragedia. Nie odkurza, podłoga w pokoju lepi się od brudu, a dywan był ostatni raz odkurzany kiedy ja mieszkałam czyli ok 4 lata temu... Szyby w oknach ufajdane, kurz na regałach. Dostała nową kuchnie gazową, ma 5 dni, gotowała coś i jej się wylał sos, myślicie że to sprzątnęła?
Ja już nie mam sił. Prośby i groźby nie pomagają. Tłumaczy się tym, że jest zmęczona, bo pracuje i niby kiedy ma sprzątać? Ja też pracuję, też fizycznie i potrafiłam utrzymać jako taki porządek. Już nie mówię, że ma codziennie latać z mopem, ale posprzątać po gotowaniu czy raz na jakiś czas odkurzyć to tak wiele? Ona wiecznie zmęczona, jak tylko wspominam o sprzątaniu to jest atak na mnie, że ona w szpitalu nie mieszka, że ma być błysk. Któregoś razu odkurzyłam jej pokój, to po wyłączeniu odkurzacza usłyszałam tylko "no w końcu, ile można słuchać tego wycia", a jak zaczęłam sprzątać kuchnie po gotowaniu to "a co cię tak na sprzątanie wzięło". Mówię, że to są normalne czynności, które powinna robić jak coś się ubrudzi. Tłumaczę jak dziecku, że trzeba po sobie sprzątać.
Najlepsze jak nakładała kotu jedzenie. Wiecie mokre z puszki, prosto na podłogę... Teraz nakłada do miski, ale jeśli ja tej miski nie umyję, to kot przez cały czas jadłby z brudnej i zaschniętej od starego jedzenia. Ona uważa, że pracuje fizycznie to nie ma siły. W ogóle po co ma odkurzać skoro zaraz znowu się naniesie. Wylany sos na kuchni? No przecież zaraz znowu jej coś kapnie, to co ma za każdym razem myć? Jak kot nam przewrócił kwiatek, to ziemia od kwiatka leżała na podłodze przez tydzień, bo ona nie ma sił.
A propos kota... Ja z nim chodzę do weta, na szczepienia, odrobaczam itp. Ostatnio chodził jakiś taki osowiały, nie chciał jeść i charczał. Mówię, że trzeba do weterynarza z nim. Moja mama "a po co, no jeszcze tego brakuje bym z kotem po lekarzach chodziła, jak ja się nie mogę dostać do swojego". Mieszkamy w domu z ogrodem, zawsze jak biorę psa na spacer mówi, że odbiło mi do reszty, że ma podwórko, a ja będę łazić z nim... Muszę wszystko tłumaczyć jak dziecku, że pies potrzebuje ruchu, że jak się ma zwierzę to trzeba je szczepić i chodzić do weterynarza.
Dodam, że moja mama nie jest na nic chora, ale jej sposób myślenia jest na etapie dziecka.
Często jeżdżę pociągami. Na każdym dworcu są jacyś żebracy, nie tylko, są na rynkach i często pod sklepami. Kilka razy podzieliłem się jakimiś groszami z reszty, pomimo faktu że wiele razy czytałem by tak nie robić. W końcu wiele takich osób zajmuje się żebraniem zawodowo. Jednak z "dobroci serca" czasem przymykałem oko na to zalecenie i dzieliłem się, dobrze zarabiam i kilka groszy czy nawet 5 złotych to w końcu nic takiego.
To wszystko jednak skończyło się po dwóch przypadkach, które były bardzo blisko siebie w czasie.
Na jednej stacji notorycznie widziałem pewną panią, która chodziła po pociągach i opowiadała ckliwą historię jak to nagle trafiła na bruk i potrzebuje trochę pieniędzy by od nowa zacząć sobie życie. Widywałem ją przez pół roku, w pewnym momencie zacząłem mówić słowo w słowo, wraz z nią jej historię. Nie dostała tego dnia ani grosza, widziałem ją natomiast tydzień czy dwa później, jak siedziała w słońcu w parku popijając piwo i chwaląc, że dzisiaj sporo wyciągnęła, nie usłyszałem kwoty, ale za to mówiła to do dwóch osób. które widywałem na tym samym dworcu jak żebrały.
Dwa tygodnie później, pewne romskie dziecko podeszło do mnie z kubeczkiem, w którym były niemal same grosiki i tylko grzechotało dając do zrozumienia, że potrzebuje tych pieniędzy. Spotkałem je nieco później (pociąg się opóźnił o znaczny czas, a ja postanowiłem wyjść poza dworzec by zapalić). To samo dziecko stało przy czarnej nowiutkiej terenówce BMW i wyciągało z kieszeni pieniądze które wyżebrało, mogę przysiąc, że był tam banknot 50zł, sporo innych po 10 i 20, i część banknotów temu dziecku wypadła. Z samochodu wysiadł wtedy bardzo dobrze ubrany Rom, coś tam pokrzyczał w ich języku i uderzył dziecko w twarz. Chyba zostawił jakiś ślad czy coś, bo po chwili niemal wrzucił dzieciaka do samochodu i odjechał. Jak skończyłem papierosa, z jakiegoś powodu podszedłem na to miejsce i podniosłem to co zostawili, a był to banknot 20zł i prawie 8zł w drobnych.
Nie dawajcie się oszukać żebrakom, być może wiele z nich faktycznie potrzebuje pomocy, ale ja wtedy uwierzyłem, że jednak dla większości jest to praca jak każda inna.
Mojej cioci wykryto nowotwór piersi. Nie chce iść do lekarza na skanowanie siatkówki oka (na tym badaniu wychodzi wszystko), ponieważ ksiądz powiedział jej, że lekarka podczas badania zagląda pacjentowi w duszę i brudzi ją.
Nie wiem co mnie bardziej przeraża. To, że ksiądz głosi takie coś w XXI wieku czy to, że ciotka w to uwierzyła...
Dodaj anonimowe wyznanie