#RG3Iz

Od miesiąca mieszka z nami moja 24-letnia siostra. Od miesiąca jest wdową, jej mąż zmarł na raka po 2 latach małżeństwa, trzy miesiące po diagnozie. Jest jej bardzo ciężko, cały czas siedzi w łóżku, praktycznie z niego nie wychodząc. Jest mi bardzo przykro z tego powodu, staram się jak mogę jakoś ją wspierać, chociażby zwykłą rozmową i towarzystwem.

Wczoraj usłyszałam w nocy, jak coś ogląda i płacze. Przyszłam do jej pokoju - oglądała film ze swojego ślubu, a obok leżał test ciążowy, pozytywny. Płakała, bo maluszek nie pozna swojego taty, ale były to też łzy szczęścia, bo właśnie ten maluszek będzie żywym dowodem ich miłości.

#ud5uL

Pewnej zimowej nocy wracałem od kolegi po dość dobitnym świętowaniu nie wiem sam już czego. Ostatni autobus odjechał o 23, więc pozostało mi przejść się do mieszkania (zaledwie 7 km) przez nieźle zasypane śniegiem miasto.

Idąc postanowiłem skrócić sobie drogę na przełaj przez park. Po drodze znalazłem portfel. Zaglądam do środka, a tam dość spora ilość pieniędzy. Odruchowo rozejrzałem się, ale nikogo nie było. Przypomniałem sobie wszystkie seriale kryminalne i ten o księdzu też. Wpadłem na pomysł, że wytropię tę osobę po śladach.

Po chwili tropienia ujrzałem idącą sobie spokojnie niewiastę. Przyśpieszyłem i pierwsze słowa jakie wydusiłem z siebie to "Ej, czekaj!". Dziewczyna odwróciła się, zobaczyła biegnącego kolesia, który każe jej czekać i wymachuje czymś w ręku. Jak na zawołanie odwróciła się i pobiegła niczym Usain Bolt. Moja samoocena wtedy z spadła na dno Rowu Mariańskiego. W 3 sekundy dziewczyna przebiegła z 30 metrów i nagle wyłożyła się na łopatki. Pierwsze co zrobiłem, to salwa śmiechu. Podszedłem do dziewczyny. Nie mogłem pohamować śmiechu, dopóki nie zobaczyłem, że leży nieprzytomna. 

Sprawdziłem, czy oddycha, a potem zadzwoniłem po pogotowie. Zdjąłem kurtkę i postanowiłem okryć poszkodowaną. Przyjechała ekipa ratowników, zbadali dziewczynę i ocucili ją. Pierwsze co od niej usłyszałem, to "Poje**ło cię, koleś?". Ja wręczyłem jej zgubę.

Liczyłem na coś jak w filmach, ale dostałem tylko zapalenia płuc, bo stałem przez 20 minut w samej bluzie.

#6VLyo

Jestem ochroniarzem dużej fabryki i pracuję ciągle na nocki. I ratuję jeże.

Na moich zmianach niewiele się dzieje. Tak niewiele, że jestem w stanie poświęcić wiele uwagi ulicy, średnio aktywnej nocą, która jest zaraz przy głównej bramie i którą jeżdżą najczęściej wszelakie dostawczaki - od małych furgonetek po wielkie ciężarówki. Przy krawężniku bardzo często zbiera się woda, bo też bardzo często wybijają zawory z hydrantów - starych, z "mojej" fabryki. Przy robieniu rundek wokoło obiektu, czasem zauważam te czarne kropki, które albo zamierzają przejść przez ulicę, albo na niej właśnie się znajdują, albo najczęściej przypełzły się napić wody.

Kiedy mogę, prędko opuszczam teren fabryki, biegnę i dosłownie przerzucam jeże na taki jakby mikro-chodnik, pokryty trawą. Młode jeże chcą uciekać, więc je zaganiam w bezpieczniejsze miejsca, a te już większe - wsuwam pod nie rękę, i na niej zanoszę na trawnik.
Każdemu jeżowi grożę, że jak zobaczę go martwego za parę chwil, to będę bardzo zły. I wiecie co, od paru dobrych miesięcy nie widziałem na tej ulicy rozjechanego jeżyka.

PS Czy poleca ktoś jakieś solidne, nie za drogie rękawice ochronne? Bo te moje zimowe narciarskie są już trochę zużyte. :)

#SXB6f

Gdy miałam pięć lat, dostałam od rodziców na urodziny pluszowego misia - Kubusia Puchatka. Przez całe dzieciństwo był to mój ukochany miś, z którym spałam, w którego się wtulałam plącząc, który był moim "dzidziusiem" i księciem dla moich lalek i nawet teraz gdy jestem już mężatką i mam własny dom, to mój Kubuś zajmuje honorowe miejsce na półce w sypialni - ale to taka mała dygresja.

Pamiętam, że kiedy mama dała mi tego misia pomyślałam, że jest on strasznie smutny. Inne moje pluszaki miały szerokie uśmiechy od ucha do ucha, a uśmiech tego misia był jakiś taki niewyraźny, niepełny. Postanowiłam, że obdarzę Puchatka tak wielką miłością i zainteresowaniem, że dzięki mnie uśmiechnie się bardziej. Uwierzcie mi lub nie, ale dopięłam swego. Po jakimś czasie zauważyłam, że uśmiech misia stał się większy bardziej promienny i byłam z siebie niesamowicie dumna. Nawet chwaliłam się wszystkim w domu, że dzięki mnie miś bardziej się uśmiecha.

Zapytacie jak to możliwe? Moja kochana mama chciała mi zrobić przyjemność i delikatnie poprawiła misiowy uśmiech, do czego nie przyznawała się przez całe lata. Kochana mama :)

#8GNdd

Jestem ze swoją dziewczyną od ponad 4 lat, planujemy ślub. Kiedy miałem bierzmowanie (niedawno, bo w czasach szkoły temat olałem), wziąłem ją na świadka. Jednym z dokumentów potrzebnych przy bierzmowaniu jest akt chrztu. Pojechałem więc do kancelarii parafialnej, gdzie brałem chrzest. Dostaję akt chrztu i coś mnie podkusiło żeby zapytać, czy ktoś był w tym samym dniu chrzczony. Usłyszałem, że tak. Dziewczynka. Moja "dziewczynka" :)

Przyjeżdżam do niej do domu i mówię dziewczynie, żeby zdjęcia z chrztu wyciągnęła. I wiecie co? Nawet mamy zdjęcie z chrztu razem! Jej babcia jak o tym usłyszała, to przypomniała sobie, że proboszcz mówił "zróbcie sobie razem zdjęcie, bo jeszcze się spotkacie".

No cóż, to chyba przeznaczenie :)

#pteFO

Jak komentarze ludzi mogą zniszczyć życie.

Byłam w 4 miesiącu ciąży, wracałam z narzeczonym samochodem jedną z głównych ulic dużego miasta, chwila po 22. Ruszając spod świateł rozmawialiśmy o mile spędzonym wieczorze przy pysznej kolacji, kiedy nagle spomiędzy samochodów zaparkowanych przy ulicy wybiegł mężczyzna... nie zdążyłam nawet zacząć hamować. Przeleciał przez maskę, przednią szybę (która wleciała do środka i poraniła mi twarz i ręce) i dach. Pamiętam tylko, że zadzwoniłam pod 112, dalsze losy pamiętam jak przez mgłę.
Była z nim kobieta, która zeznała, że wypili po 2 piwka, gdzie po 3 godzinach od wypadku wydmuchała prawie 2,5 promila!
Mężczyzna zmarł na miejscu, uderzył głową o krawężnik.

Nie potrafiłam sobie z.tym poradzić, w końcu zabiłam człowieka, jednocześnie nosząc nowe życie w moim brzuchu.
Ale wiecie co? Nie to mnie pogrążyło, a komentarze ludzi, których nawet tam nie było. Artykuł, który pojawił się w internecie niczego nie wyjaśniał. A komentarze były takie: ''Jechała pewnie 120 po mieście'', "Tak to jest, jak się pisze SMS-a albo gada przez telefon'', ''Pijana wracała z imprezy'', ''Kobieta za kierownicą... kto jej dał prawo jazdy'' itp.
To tylko te bardziej uprzejme skierowane w moją stronę, w które zaczęłam wierzyć. Ponad miesiąc nie wychodziłam z łóżka ani z domu. Dopiero pomoc bliskich i psycholog wytłumaczyli mi, że był to wypadek i pech.

Uważajcie, co piszecie w internecie, bo nie wiecie ile krzywdy można wyrządzić jednym komentarzem.

#gITrQ

Mój ojciec był alkoholikiem, do tego agresywnym. Nigdy nie bił mnie ani mojego brata, Jurka, ale moją mamę za to obkładał niemalże do nieprzytomności. W małym mieście, świeżo po zakończeniu komuny, nie można było mówić nawet o pomocy policji. Na interwencje przyjeżdżali jego kumple od kieliszka. Mój ojciec piastował wysokie stanowisko w największej firmie w powiecie, więc oczywiste było to, że był nie do ruszenia.

Gdy skończyłam 18 lat, wyszłam za mąż za największego faceta jakiego udało mi się znaleźć. Kochałam Marka, ale to, że od dziecka uprawiał sport, ćwiczył na siłowni i potrafił się bić było też sporym atutem. Gdy Marek się do nas wprowadził po ślubie, poczułam się w domu bezpiecznie jak nigdy dotąd.

Pamiętam jak ojciec wrócił kiedyś o 4 nad ranem z libacji i postanowił usmażyć sobie kaczkę. Mój Marek, jako człowiek spokojny, uszanował to. Potem jednak mój ojciec zobaczył mamę, która leżała nerwowa w łóżku i znowu zadziałała na niego jak płachta na byka. Z opowiadań mamy wiem, że najpierw zaczął ją bić pięściami po twarzy, a potem dusić. Mój Marek wiedział jakim człowiekiem jest mój ojciec, ale nigdy nie przeżył takiej akcji na żywo. Doskoczył do mojego ojca, wziął go za szmaty i wyrzucił z półpiętra na klatce schodowej. Ojciec wtedy złamał nogę, a moja mama, wiedząc, że ma poniekąd swojego obrońcę, wzięła rozwód.

Ojciec się wyprowadził, a ja z nim nie miałam kontaktu przez niemal 20 lat. Po tym czasie odezwał się. Liczyłam na jakieś pojednanie, bo pomimo tego, że był okropnym człowiekiem, był także moim ojcem. Chciałam tylko wiedzieć co u niego. Podczas odwiedzin wyglądał jak wrak człowieka, chudy, niedożywiony wręcz, bez jednej nogi (tej niegdyś złamanej), ponieważ wdało się zakażenie. Obraz nędzy i rozpaczy. Źle mi z tym do dzisiaj, że tak pomyślałam, ale uznałam, że taki koniec mu się należy. Samotny.

Po tej wizycie ojciec częściej się odzywał. Robiłam mu zakupy, pomogłam z papierami, z rentą. Uznałam, że tyle mu się należy za więzy krwi. W Wigilię zadzwonił do mnie i bez życzeń, bez niczego, zaczął krzyczeć, że jestem głupia jak moja matka i nawet renty mu nie potrafię załatwić i co on teraz ma zrobić. Może niezbyt elokwentnie odpowiedziałam "gówno" i odcięłam kontakt całkowicie.

Czasami zastanawiam się, czy jeszcze żyje i jak żyje, ale potem przypominam sobie, że o takiego człowieka nie warto dbać. Czasami nadchodzą mnie wyrzuty sumienia, ale mąż i mama skutecznie przypominają mi, że nie warto się gnębić. Jednak pomimo tych przykrych doświadczeń, ja nadal się zastanawiam co u niego. Z czystej ciekawości, jak skończył człowiek, który mnie spłodził. Boję się jednak jechać do niego. Obawiam się, że źle skończył, a mnie znowu wezmą wyrzuty sumienia i dam się omotać.

#UBRCw

Dzisiaj chciałam napisać o dziewczynie, którą każdy zna. Może nawet sam jest trochę taką dziewczyną. To ta, która jest zawsze gruba.

Mam w pracy co najmniej trzy przedstawicielki tego gatunku, w tym jedną miałam w moim zespole. Problem jest może mniejszy, gdy dziewczyna jest naprawdę gruba bądź ma jakieś problemy. Ale tak nie jest. Ona po prostu korzysta z każdej okazji, by usłyszeć: "Hej, wyglądasz pięknie, co ty mówisz?". Ale to jej nie wystarcza. Kupiłaś nową sukienkę i koleżanki cię chwalą? Och, ona też powie, że wyglądasz pięknie, ale na pewno doda, że ona sama wyglądałaby w tym jak rolada, i smutno spuści oczy, czekając na komplementy. Będzie jeść paluszki, którymi ją częstujesz, ale na pewno doda, że potem znów będzie musiała iść na dietę, bo już się nie mieści w spodnie.

W naszym zespole była kiedyś taka Daga. Mieliśmy jej trochę dość. Szczupła i pewna siebie, ale też zawsze łasa na komplementy. Na początku myśleliśmy, że ma poważny problem z kompleksami, ale później okazało się, że to kompletnie nie ten typ osoby. Kiedy setny raz powiedziała, że jest gruba, postanowiliśmy jej pomóc i udawać, że naprawdę tak myślimy. I podrzuciliśmy jej ulotki o diecie pudełkowej i programach "schudnij 20 kg w 1 tydzień" na biurku. Ot, taki żarcik. O matko, ale się burza rozpętała... Daga szalała po całym biurze, szukając sprawców, a w końcu nawet wpadła do naszego miłego menadżera Franka, który podszedł zobaczyć miejsce zbrodni i z pełnym profesjonalizmem zapytał:
- No, ale nie mówiłaś ostatnio, że szukasz jakiejś diety?
- No, niby tak, ale żeby mi takie rzeczy na biurku...
- Może ktoś chciał pomoc, akurat mu wpadło do ręki...
- Ale to sugeruje, że jestem gruba! A ja przecież... - i tutaj nastąpiło chyba zwarcie w systemie, bo po chwili zawiasu Daga przeprosiła za zamieszanie i odpuściła. Odtąd już nie dopraszała się o komplementy, udając fałszywą skromność i kompleksy.


Ale każdy zna jakąś Dagę. A jeśli jakaś Daga to czyta, to niech wie, że ludzie znają tę grę ;)

#TA4F3

Gdy byłam mała, babcia zabierała mnie do kościoła i siadałyśmy na samym przedzie. Nigdy nie pozawalała mi się obracać do tyłu, zawsze padał ten sam tekst "patrz na księdza/ołtarz", a że ołtarz mieliśmy ogromny, bogato zdobiony w liczne drewniane figury świętych i aniołków, tak więc siedziałam i gapiłam się na niego przez te 40 minut. Babcia była wniebowzięta, że jej wnusia jest taka grzeczna. Nikt jednak nigdy się nie dowiedział, że tak naprawdę wcale nie podziwiałam ołtarza, ale wyobrażałam sobie jak wspinam się po tych świętych rzeźbach niczym na jakiejś olimpiadzie i na finale dotykam sufit. Przez całą mszę starałam się wymyślić jak najwięcej opcji dostania się na "górę", by sięgnąć do "mety".
Dodaj anonimowe wyznanie