Historia z bardzo dawna, kiedy to byłam małą dziewczynką.
Miałam kota. I sąsiada, który tego kota z jakiegoś powodu nie lubił. (Kot wychodzący, ale sąsiad nie miał zbytnio nic, co kocię mogłoby zniszczyć). Ciągle coś tam sobie gadał o nim. Ja również nie lubiłam tego sąsiada.
Pewnego razu kot bardzo długo nie wracał. Powoli zaczęłam się o niego martwić, ale nie podejrzewałam, że sąsiad mógłby mu coś zrobić.
Jednak po kilku dniach, gdy wracałam z babcią ze spaceru, przechodząc obok piwnic innych sąsiadów, mój wtedy jeszcze dobry wzrok dostrzegł jakąś klatkę, schowaną pod jakimś kocem czy czymś. Potem ujrzałam mojego z pewnością odwodnionego kotka. Na szczęście udało mi się z babcią go wydostać i zabrać do domu.
A co z sąsiadem? No cóż, niedługo później zmarł.
Odwaliło mi.
To tak w dużym skrócie. Mam 37 lat i odwaliło mi jak małolatowi na punkcie mojej instruktorki (nieistotne czego). Ponad pół roku nie byłem na żadnych zajęciach, a odkąd zaczęła prowadzić zajęcia jak tylko mam wolne - jadę. Żeby tylko spędzić choć chwilę czasu w jej towarzystwie. Nic z tym nie zrobię, moja śmiałość do kobiet jest na poziomie poniżej zera, poza tym ona raczej nie jest niczym zainteresowana. Tyle co sobie porozmawiamy podczas zajęć i czasem przy umawianiu terminu kolejnych.
Bez morału, bez apelu, musiałem się wyżalić i wracam płakać do kąta :)
Lęk wysokości? Nie, lęk przed własną spontanicznością.
Jestem człowiekiem o dość specyficznej przeszłości. Przez co miewałem również myśli samobójcze. Skończyły się wraz z poznaniem ukochanej Narzeczonej, z którą przebrnąłem przez wszystkie problemy.
Ale do sedna! Z jednej strony lubię wysokie budynki / mosty / klify za widoki, które można z tak wysokich miejsc obserwować. Nie ufam jednak sobie, bo gdy stoję na krawędzi dopadają mnie głupie myśli. "Przecież to tylko jeden krok, boleć będzie przez maksymalnie ułamek sekundy" lub "ciekawe czy ktokolwiek przyjdzie na mój pogrzeb" - takie oto myśli w takim momencie mnie dręczą. Z natury jestem osobą spontaniczną. Wśród znajomych słynę z tego, że często spontanicznie robię coś głupiego poprzedzając czyn tekstem "a w sumie, j*bać".
Boję się, że kiedyś stojąc na wysokim budynku pomyślę "a w sumie, j*bać" i skoczę.
Oczywiście narzeczona o niczym nie wie. Dziwi się jednak, że nie zabieram jej w żadne miejsca gdzie jest wysoko, więc zmyśliłem lęk wysokości.
Chyba każda dziewczyna miała przynajmniej raz w życiu taką sytuację, że TE DNI przyszły w najmniej oczekiwanym momencie. Ja zorientowałam się na przystanku autobusowym, właściwie będąc jedną nogą w autobusie do pracy. Miałam na sobie zwiewną sukienkę, ale i tak czułam, jak z nerwów zaczynam się coraz bardziej pocić. Co robić? Autobus już w drodze, z jednej strony nie chcę się spóźnić do pracy, a z drugiej czuję nadchodzące Morze Czerwone. Rozglądam się... w środku było tylko kilka osób i nikogo w okolicy kierowcy. Usiadłam więc za nim, przy oknie. Po prawej - czysto, z tyłu - czysto. To idealny moment na... zaaplikowanie tamponu. Szczęśliwa, że nikt nie będzie musiał oglądać tego wodospadu, śmiałam się sama do siebie, trzymając rękę w majtkach. Adrenalina i absurdalność tej sytuacji doprowadziły mnie do kompletnej głupawki.
I w tym momencie chciałabym pozdrowić wysokiego blondyna, który po wejściu do autobusu na kolejnym przystanku zaczerwienił się na widok rozanielonej dziewczyny z ręką pod sukienką. Uwierz mi, ja też nie mogłam uwierzyć w to, co robię.
Jestem pierwszą wnuczką moich wszystkich dziadków. Jednocześnie jedyną z tego pokolenia, którą przed śmiercią zobaczył dziadek. Byłam jego oczkiem w głowie.
Nie wiem, o co chodzi babci, ale po śmierci dziadka ta kobieta udaje, że nie ma mnie na tym świecie.
Pamiętam, jak siedmioletnia ja zauważyła przez okno babcię i wujka. Akurat przyjechali, a ja z dużymi oczami obserwowałam, jak idzie do bloku naprzeciwko, gdzie mieszkają moi kuzyni. Siedziałam przy oknie trzy godziny. Mama mimo wielu prób próbowała mnie zagonić do zabawy, ale ja za bardzo tęskniłam za babcią. Kiedy w końcu wyszła od kuzynów, zaczęłam do mamy wołać, żeby wstawiła wodę na kawę. A kiedy się odwróciłam, zobaczyłam babcię znikającą za drzwiami samochodu.
Inna sytuacja.
Zaprasza mnie i mamę do siebie, żeby "sąsiedzi zobaczyli". W tym samym czasie, jak się okazało zaprosiła swoją sąsiadkę z córką w tym samym wieku co ja.
I ten moment, w którym mnie ignorowała, bo zajmowała się córką sąsiadki...
Słowo babcia nie chce mi przejść przez gardło, kiedy o niej myślę. To, że moi rodzice nie są razem nie znaczy, że nagle przestałam należeć do rodziny. Minęło dziesięć lat i jedyne, o czym marzę, to powiedzieć jej prosto w twarz jak bardzo zniszczyła mi dzieciństwo i ile łez przez nią wylałam.
Ostatnio wydałam książkę. Dowiedziała się od cioci. Pierwsze co zrobiła to spytała, ile zarabiam i czy mam zamiar podzielić się z rodziną. Oczywiście ze mną osobiście się nie skontaktowała.
Nie ma co, kochana "babcia".
Byłam jeszcze nastolatką, ale na tyle "dorosłą", by mieć pierwszego chłopaka na poważnie. Miałam do niego około 40 kilometrów, tak więc pojechałam w odwiedziny autobusem. Rodzice chłopaka mieli niewielkie mieszkanie. Salon razem z kuchnią, a z kuchni wejście do małej łazienki. Wszystkie pomieszczenia blisko siebie. Z łazienki słychać było każde pierdnięcie, gdyż kratki na dole nie było, a była tylko dziura na jej miejsce. Niestety przycisnęło mnie tak, że musiałam iść się wypróżnić. W kuchni mama chłopaka, zaś w salonie tata i starsza siostra. Wstydziłam się bardzo "chlupnięcia", tak więc co zrobiłam? Złapałam odchody w papier, zawinęłam w reklamówkę i włożyłam do torebki. Uniknęłam zawstydzenia. :)
Zapomniałam o "niespodziance" w torebce. Przypomniały mi o niej dziwne spojrzenia kobiety siedzącej obok mnie w autobusie. Kierowca włączył ogrzewanie, a z mej torebki zaczęły wydobywać się niezbyt perfumeryjne zapaszki. Dojechałam jednak jakoś do domu, a niespodziankę w reklamówce natychmiast wyrzuciłam do ubikacji. To była najbardziej gówniana podróż w moim życiu, i do dziś nikomu do tego się nie przyznaję.
Gdy miałam jakieś 5 lat, uwielbiałam lizać podeszwy butów. Najcudowniej było, kiedy była deszczowa pogoda. Jeszcze lepiej, kiedy do rodziców przychodzili znajomi.
Nie zapomnę ich min, kiedy zabrałam się do roboty w przedpokoju, gdzie ustawione były wszystkie buty, a ktoś akurat poszedł do toalety.
PS Jakoś mi na szczęście przeszło.
Kilka lat temu kończąc technikum pisałam ostatni egzamin zawodowy.
Tego dnia gdy przyszłam do szkoły nasza dyrektor tłumaczyła coś grupce osób z naszej klasy, gdy podeszłam do nich usłyszałam jedynie końcówkę, że gdy ona wejdzie to znaczy, że ma odpowiedzi.
Tutaj muszę dodać, że nasze technikum jest najlepsze w mieście i zdawalność egzaminów zawodowych wynosiła 100%.
Podpytałam koleżanki o co chodzi i zrozumiałam, że dyrektorka i inni nauczyciele wykradną egzamin, zrobią zdjęcia, rozwiążą je i przyjdą nam dać po cichu odpowiedzi.
Gdy byliśmy już na sali, gdzieś po ok. godzinie (egzamin miał trwać 3 lub 4 godziny) zachciało mi się do toalety, ale nie pamiętałam, czy można było wychodzić, a że jestem nieśmiała, to nie chciałam robić zamieszania przed około setką innych uczniów, więc próbowałam wytrzymać.
Niedługo potem w drzwiach pojawiła się dyrektorka, a po kilku minutach jedna z dziewczyn wyszła do toalety. Jak wróciła, zapytałam jednej z osób pilnujących (akurat obok była jedna z naszych nauczycielek), czy mogę do toalety.
A nauczycielka, wiedząc, że jestem jedną z osób najlepiej uczących się, powiedziała, że mam dać szansę innym i odeszła.
Nie wiedziałam o co jej chodzi, więc chciałam jak najszybciej rozwiązać egzamin, oddać go i wyjść do łazienki.
Dopiero potem zauważyłam, że kilka osób podaje coś między sobą, aż w końcu dotarło to do mnie. A okazała się to karteczką z odpowiedziami.
Tak więc, podsumowując, nie chciano mnie wypuścić do toalety, bo za dobrze się uczyłam.
Jest to historia, którą niezbyt można chwalić się znajomym, rodzinie czy dziecku.
Mieszkam w typowych blokowiskach, pewnego dnia była już sąsiadka wręczyła mi klucze, które miałem przekazać mamie, a ona nowemu właścicielowi. Jednak zapomniałem.
Zaczęło robić się zimno i wraz z moją ówczesną dziewczyną narzekaliśmy na brak prywatności, więc wpadłem na pomysł, aby czasem tam posiedzieć.
Na początku miałem wyrzuty sumienia, jednak później się przyzwyczailiśmy i czuliśmy się tam dość swobodnie.
Pewnego dnia byliśmy w tym mieszkanku i ku naszemu zdziwieniu ktoś zaczął otwierać drzwi, nawet udało mu się je otworzyć. Jeszcze bardziej zdziwiony był pan, który zobaczył dwoje ludzi zabawiających się na jego podłodze...
Pan uprzejmie poczekał, nie wiedziałem co powiedzieć, więc zacząłem udawać byłego właściciela mieszkania. Oczywiście przeprosiłem i odwdzięczyłem się wnosząc szafki, fotele i krzesła. Pan był bardzo zadowolony, że nie musiał targać tego sam.
Okazało się, że miałem tylko zapasowe klucze, która sąsiadka "doniosła" mojej mamie.
Sąsiadowi zawsze służę pomocą. Na szczęście nigdy nie zapytał, dlaczego mieszkam piętro niżej ani nie pisnął słowa mojej mamie.
Większość z was wie, że od kilku miesięcy jest przepis, który za przekroczenie prędkości o 50 km/h powoduje utratę prawka na 3 miesiące. "Ofiarą" tego przepisu stałem się ja, ale do rzeczy.
Mam sąsiadkę z typu "wiecznie chora" i "nie wychodzę z domu, ale wszystko wiem".
Jakiś czas temu wpadła, dosłownie, do mnie córka owej sąsiadki, że jej mama się źle czuje i trzeba natychmiast zawieźć ją do szpitala (szpital mam 5 km od domu), bo nie ma wolnej karetki. Szybka decyzja i prawie konającą babkę wsadziliśmy do mojego auta i jazda. Kilkaset metrów przed celem zatrzymała mnie policja, oczywiście szybkie tłumaczenie, że sytuacja awaryjna i potrzebna szybka pomoc. W tym momencie to parszywe babsko odzyskało energię i stwierdziła "Czuję się dobrze, przecież jedziemy tylko na rutynowe badania". Niestety na nic zdały się moje tłumaczenia i groziło mi 3 miesiące zakazu.
Owa staruszka dumnie krążyła po okolicy chwaląc się, że dzięki niej został złapany pirat drogowy. Na jej nieszczęście karma to suka. Została potrącona 15 metrów od swojej furtki przez własnego syna, który jechał pod wpływem alkoholu. Synek siedzi w więzieniu, a babka siedzi na wózku.
Uprawnienia straciłem tylko na 27 dni dzięki zeznaniom córki owej sąsiadki, innym sąsiadom i nagraniu z kamerki, co w sądzie dowiodło, iż moja jazda była spowodowana "zagrożeniem życia".
Największym plusem w tej całej sytuacji jest to, że moja żona nareszcie zrobiła prawo jazdy.
Dodaj anonimowe wyznanie