Zawsze byłam konkretną babką. Było zawsze, tak albo nie - szybka decyzja. Znajomi śmieli się, że to ja w związku noszę spodnie. Daleko było mi do tych świetlistych księżniczek w białych sukniach myślących nad wyborem lakieru do paznokci żeby do sali pasował, czy jaką ozdobę we włosy dać. Daleko też mi było do matki. Dzieci? "Są słodkie, a najbardziej te, które po kilku godzinach oddaję rodzicom".
Przez cały ten czas jestem w związku z jednym facetem, którego kocham. Żadnemu nigdy nie było po drodze do ślubu ani dzieci.
Pewnego razu weszłam na grupę dla organizujących wesele. Aj losie i wtedy się zaczęło. Jedna strona, druga i teraz na fejsie mam multum takich artykułów. Często myślę jaka sukienka by mi pasowała jaki kolor wesela przewodni, ostatnio złapałam się na tym jakie imię dałabym naszemu dziecku?? Co jest najlepsze w tym wszystkim? Nie jestem zaręczona nawet. A jak słyszę od kolegi, że jego laska truje mu dupę o ślubie, to mi się niedobrze robi.
Czasem zastanawiam się, czy przypadkiem nie mam jakiegoś rozdwojenia jaźni, tutaj myśli "ojeju ślub ajajaj", a z drugiej strony myśli "daj se spokój Halina, to do ciebie nie pasuje". W życiu nie przyznam się do tych myśli przed znajomymi ani nawet facetem. Po za tym wszystko okej, inne decyzje podejmuję na momencie, mówię co myślę tylko z tym ślubem i dziećmi, jakiś styk mi się przepalił...
Odkąd zatrudniłam się w obecnym miejscu pracy, bardzo bawi mnie jeden fakt. A mianowicie dodawanie przed nazwiskiem mgr inż. W szczególności, swoim stopniem naukowym chwalą się panowie, którym zupełnie brak kultury. Podczas śniadania bekają, zostawiają po sobie resztki jedzenia, które jest dosłownie wszędzie. W lodówce jest masa pojemników z zapleśniałym żarciem, którego Pan inżynier nie wyrzuci, bo się brzydzi i ma to zrobić Pani sprzątająca.
Toalety, wybaczcie dosłowność, są całe zasrane. Żaden nie użyje po sobie szczotki do kibla, a tym bardziej odświeżacza.
Nasz dział ma małą tradycję - w dniu urodzin częstuje się ciastem. W tym dniu pod żadnym pozorem nie wolno zostawiać ciasta samego. Raz praktykantka przyniosła tort, zostawiła go we wspólnej kuchni i wyszła do toalety. Panowie z działu technicznego w 5 minut rozpracowali cały tort, a wrzask kierowniczki było słuchać na całym zakładzie.
Czasami wydaje mi się, że kultura nie idzie parze z wykształceniem.
Mam taką dziwną fobię: nie znoszę być mokra.
Zanim zwyzywacie mnie od brudasów, sprostuję. To nie tak, że boję się wody, nie. Myję się regularnie, z tej strony wszystko jest w porządku. Panicznie boję się mokrego ubrania. Nie wiem dlaczego tak mam, ale jest tak odkąd pamiętam.
Po wyjściu z wanny muszę bardzo dokładnie się osuszyć, żeby się ubrać. Do szału doprowadza mnie mąż, który przeleci tylko lekko ręcznikiem po ciele i zakłada bieliznę. Powiecie, że to pikuś i są gorsze schizy? Z pewnością, ale też wyobraźcie sobie dziecko czy nastolatkę np. w Lany Poniedziałek. To był dla mnie koszmar, a wokół słyszałam tylko, że wymyślam. Nigdy nie pójdę na basen, bo nie będę się przecież kąpać nago, a mokry kostium nie wchodzi w grę.
Ot, takie niegroźne wyznanie, prawie anonimowe (mało kto o tym wie). Chciałam po prostu się wygadać, no i jestem ciekawa czy jest na świecie ktoś jeszcze taki? Pozdrawiam anonimową rodzinkę!
Krótko:
Całowałam się z menelem. Z języczkiem...
Historia z bardzo dawna, kiedy to byłam małą dziewczynką.
Miałam kota. I sąsiada, który tego kota z jakiegoś powodu nie lubił. (Kot wychodzący, ale sąsiad nie miał zbytnio nic, co kocię mogłoby zniszczyć). Ciągle coś tam sobie gadał o nim. Ja również nie lubiłam tego sąsiada.
Pewnego razu kot bardzo długo nie wracał. Powoli zaczęłam się o niego martwić, ale nie podejrzewałam, że sąsiad mógłby mu coś zrobić.
Jednak po kilku dniach, gdy wracałam z babcią ze spaceru, przechodząc obok piwnic innych sąsiadów, mój wtedy jeszcze dobry wzrok dostrzegł jakąś klatkę, schowaną pod jakimś kocem czy czymś. Potem ujrzałam mojego z pewnością odwodnionego kotka. Na szczęście udało mi się z babcią go wydostać i zabrać do domu.
A co z sąsiadem? No cóż, niedługo później zmarł.
Odwaliło mi.
To tak w dużym skrócie. Mam 37 lat i odwaliło mi jak małolatowi na punkcie mojej instruktorki (nieistotne czego). Ponad pół roku nie byłem na żadnych zajęciach, a odkąd zaczęła prowadzić zajęcia jak tylko mam wolne - jadę. Żeby tylko spędzić choć chwilę czasu w jej towarzystwie. Nic z tym nie zrobię, moja śmiałość do kobiet jest na poziomie poniżej zera, poza tym ona raczej nie jest niczym zainteresowana. Tyle co sobie porozmawiamy podczas zajęć i czasem przy umawianiu terminu kolejnych.
Bez morału, bez apelu, musiałem się wyżalić i wracam płakać do kąta :)
Będąc w 1 klasie liceum, miałam z jednego przedmiotu młodego nauczyciela.
Pewnego dnia, podczas ferii poszłam do supermarketu. Zobaczyłam, że nauczyciel ten stoi daleko na samym końcu sklepu odwrócony tyłem. Będąc pewna, że mnie nawet nie zauważył, poszłam dalej i zapomniałam o tej sytuacji.
Po feriach, 2 tygodnie później owy nauczyciel na lekcji wypomniał mi to, dodając pare ostrych komentarzy na mój temat i upokorzył mnie przed całą klasą tylko dlatego, że nie powiedziałam mu wtedy "dzień dobry"... Zrobiłam się cała czerwona ze wstydu i chciało mi się płakać. Po zajęciach próbowałam mu wyjaśnić tą sytuację, ale nawet nie chciał mnie słuchać.
Od tego czasu uwziął się na mnie i nie chciał mnie przepuścić z jego przedmiotu, mimo, że bardzo się starałam. Doszło do tego, że moja mama musiała interweniować i z łaską wystawił mi 2. Niedługo później zmieniłam liceum (nie tylko z jego powodu) i z 2 wyskoczyłam na 5. Ale traumę jaką ten człowiek mi zgotował z tak błahego powodu mam do dziś.
Lęk wysokości? Nie, lęk przed własną spontanicznością.
Jestem człowiekiem o dość specyficznej przeszłości. Przez co miewałem również myśli samobójcze. Skończyły się wraz z poznaniem ukochanej Narzeczonej, z którą przebrnąłem przez wszystkie problemy.
Ale do sedna! Z jednej strony lubię wysokie budynki / mosty / klify za widoki, które można z tak wysokich miejsc obserwować. Nie ufam jednak sobie, bo gdy stoję na krawędzi dopadają mnie głupie myśli. "Przecież to tylko jeden krok, boleć będzie przez maksymalnie ułamek sekundy" lub "ciekawe czy ktokolwiek przyjdzie na mój pogrzeb" - takie oto myśli w takim momencie mnie dręczą. Z natury jestem osobą spontaniczną. Wśród znajomych słynę z tego, że często spontanicznie robię coś głupiego poprzedzając czyn tekstem "a w sumie, j*bać".
Boję się, że kiedyś stojąc na wysokim budynku pomyślę "a w sumie, j*bać" i skoczę.
Oczywiście narzeczona o niczym nie wie. Dziwi się jednak, że nie zabieram jej w żadne miejsca gdzie jest wysoko, więc zmyśliłem lęk wysokości.
Z Olą jesteśmy parą od 4 lat. Pewnego dnia po powrocie do domu na kuchennym stole znalazłem parę maleńkich bucików. Byłem przeszczęśliwy, złapałem Olę i nosiłem ją na rękach cały wieczór, wdzięczny za wszystko.
Potem wszystko poszło jak z płatka: dopiero 7 tydzień ciąży, więc poinformowaliśmy tylko rodziców, zastrzegając, aby nie rozpowiadali. Zaczęliśmy powoli dostosowywać nasze życie do nadchodzących zmian, wyremontowałem stary pokoik, Ola zrobiła listę potrzebnych rzeczy, powoli zastanawialiśmy się nad imieniem dla dziecka.
W 10 tygodniu Ola poroniła. Byliśmy załamani, przepłakaliśmy całą noc, nie byliśmy w stanie się pozbierać. Wspólnymi siłami stanęliśmy na nogi, Ola skorzystała z pomocy psychologa.
Ale to nie był koniec.
Dodatkowy ból zaczęli sprawiać nam najbliżsi. Rodzice rozpowiedzieli wszystkim o naszej ciąży. Mieszkamy w małej okolicy, wieści szybko się rozchodzą. Ludzie ciągle składali nam gratulacje bądź wypatrywali brzucha u Oli. Bolało, a jeszcze bardziej zaczęły boleć plotki o tym, że ponoć dokonaliśmy aborcji.
Tłumaczyliśmy, co się faktycznie stało, ludzie uwierzyli, gdy pobliskie pielęgniarki i ginekolog dołączyły do wyjaśnień.
Najgorsze było dla mnie później. Ola, oprócz opieki psychologa i psychiatry, dostała także wsparcie rodzeństwa i koleżanek. A ja? Te same osoby, które Olę wspierały, mnie o wszystko obwiniały. Bo tamtego dnia byłem w pracy. Bo na pewno za mało jej pomagałem, bo faceci nie wiedzą, jak cenna jest ciąża, teraz pewnie też jej nie okazuję wsparcia... Lekarka co prawda tłumaczyła, że na początku ciąży poronienia są dość częste, jednak zaczynam wierzyć, że gdybym wtedy był w domu i od razu zawiózł Olę do szpitala, może udałoby się dziecko uratować. Obwiniam się za całą tę sytuację, nienawidzę się też za ten żal, że Ola ma teraz wsparcie, a ja od nikogo poza lekarką nawet nie usłyszałem "przykro mi". Rozważałem przeprowadzkę, ale nie mogę tego zrobić Oli - ona ma tu rodzinę, bliskich, nie mogę jej tego odebrać i sprawić, aby po naszych przeżyciach musiała siedzieć w obcym otoczeniu.
Przepraszam, że to tu piszę, ale nieanonimowo nie byłbym chyba w stanie nikomu tego wyznać.
Chyba każda dziewczyna miała przynajmniej raz w życiu taką sytuację, że TE DNI przyszły w najmniej oczekiwanym momencie. Ja zorientowałam się na przystanku autobusowym, właściwie będąc jedną nogą w autobusie do pracy. Miałam na sobie zwiewną sukienkę, ale i tak czułam, jak z nerwów zaczynam się coraz bardziej pocić. Co robić? Autobus już w drodze, z jednej strony nie chcę się spóźnić do pracy, a z drugiej czuję nadchodzące Morze Czerwone. Rozglądam się... w środku było tylko kilka osób i nikogo w okolicy kierowcy. Usiadłam więc za nim, przy oknie. Po prawej - czysto, z tyłu - czysto. To idealny moment na... zaaplikowanie tamponu. Szczęśliwa, że nikt nie będzie musiał oglądać tego wodospadu, śmiałam się sama do siebie, trzymając rękę w majtkach. Adrenalina i absurdalność tej sytuacji doprowadziły mnie do kompletnej głupawki.
I w tym momencie chciałabym pozdrowić wysokiego blondyna, który po wejściu do autobusu na kolejnym przystanku zaczerwienił się na widok rozanielonej dziewczyny z ręką pod sukienką. Uwierz mi, ja też nie mogłam uwierzyć w to, co robię.
Dodaj anonimowe wyznanie