Jestem pierwszą wnuczką moich wszystkich dziadków. Jednocześnie jedyną z tego pokolenia, którą przed śmiercią zobaczył dziadek. Byłam jego oczkiem w głowie.
Nie wiem, o co chodzi babci, ale po śmierci dziadka ta kobieta udaje, że nie ma mnie na tym świecie.
Pamiętam, jak siedmioletnia ja zauważyła przez okno babcię i wujka. Akurat przyjechali, a ja z dużymi oczami obserwowałam, jak idzie do bloku naprzeciwko, gdzie mieszkają moi kuzyni. Siedziałam przy oknie trzy godziny. Mama mimo wielu prób próbowała mnie zagonić do zabawy, ale ja za bardzo tęskniłam za babcią. Kiedy w końcu wyszła od kuzynów, zaczęłam do mamy wołać, żeby wstawiła wodę na kawę. A kiedy się odwróciłam, zobaczyłam babcię znikającą za drzwiami samochodu.
Inna sytuacja.
Zaprasza mnie i mamę do siebie, żeby "sąsiedzi zobaczyli". W tym samym czasie, jak się okazało zaprosiła swoją sąsiadkę z córką w tym samym wieku co ja.
I ten moment, w którym mnie ignorowała, bo zajmowała się córką sąsiadki...
Słowo babcia nie chce mi przejść przez gardło, kiedy o niej myślę. To, że moi rodzice nie są razem nie znaczy, że nagle przestałam należeć do rodziny. Minęło dziesięć lat i jedyne, o czym marzę, to powiedzieć jej prosto w twarz jak bardzo zniszczyła mi dzieciństwo i ile łez przez nią wylałam.
Ostatnio wydałam książkę. Dowiedziała się od cioci. Pierwsze co zrobiła to spytała, ile zarabiam i czy mam zamiar podzielić się z rodziną. Oczywiście ze mną osobiście się nie skontaktowała.
Nie ma co, kochana "babcia".
Byłam jeszcze nastolatką, ale na tyle "dorosłą", by mieć pierwszego chłopaka na poważnie. Miałam do niego około 40 kilometrów, tak więc pojechałam w odwiedziny autobusem. Rodzice chłopaka mieli niewielkie mieszkanie. Salon razem z kuchnią, a z kuchni wejście do małej łazienki. Wszystkie pomieszczenia blisko siebie. Z łazienki słychać było każde pierdnięcie, gdyż kratki na dole nie było, a była tylko dziura na jej miejsce. Niestety przycisnęło mnie tak, że musiałam iść się wypróżnić. W kuchni mama chłopaka, zaś w salonie tata i starsza siostra. Wstydziłam się bardzo "chlupnięcia", tak więc co zrobiłam? Złapałam odchody w papier, zawinęłam w reklamówkę i włożyłam do torebki. Uniknęłam zawstydzenia. :)
Zapomniałam o "niespodziance" w torebce. Przypomniały mi o niej dziwne spojrzenia kobiety siedzącej obok mnie w autobusie. Kierowca włączył ogrzewanie, a z mej torebki zaczęły wydobywać się niezbyt perfumeryjne zapaszki. Dojechałam jednak jakoś do domu, a niespodziankę w reklamówce natychmiast wyrzuciłam do ubikacji. To była najbardziej gówniana podróż w moim życiu, i do dziś nikomu do tego się nie przyznaję.
Gdy miałam jakieś 5 lat, uwielbiałam lizać podeszwy butów. Najcudowniej było, kiedy była deszczowa pogoda. Jeszcze lepiej, kiedy do rodziców przychodzili znajomi.
Nie zapomnę ich min, kiedy zabrałam się do roboty w przedpokoju, gdzie ustawione były wszystkie buty, a ktoś akurat poszedł do toalety.
PS Jakoś mi na szczęście przeszło.
Kilka lat temu kończąc technikum pisałam ostatni egzamin zawodowy.
Tego dnia gdy przyszłam do szkoły nasza dyrektor tłumaczyła coś grupce osób z naszej klasy, gdy podeszłam do nich usłyszałam jedynie końcówkę, że gdy ona wejdzie to znaczy, że ma odpowiedzi.
Tutaj muszę dodać, że nasze technikum jest najlepsze w mieście i zdawalność egzaminów zawodowych wynosiła 100%.
Podpytałam koleżanki o co chodzi i zrozumiałam, że dyrektorka i inni nauczyciele wykradną egzamin, zrobią zdjęcia, rozwiążą je i przyjdą nam dać po cichu odpowiedzi.
Gdy byliśmy już na sali, gdzieś po ok. godzinie (egzamin miał trwać 3 lub 4 godziny) zachciało mi się do toalety, ale nie pamiętałam, czy można było wychodzić, a że jestem nieśmiała, to nie chciałam robić zamieszania przed około setką innych uczniów, więc próbowałam wytrzymać.
Niedługo potem w drzwiach pojawiła się dyrektorka, a po kilku minutach jedna z dziewczyn wyszła do toalety. Jak wróciła, zapytałam jednej z osób pilnujących (akurat obok była jedna z naszych nauczycielek), czy mogę do toalety.
A nauczycielka, wiedząc, że jestem jedną z osób najlepiej uczących się, powiedziała, że mam dać szansę innym i odeszła.
Nie wiedziałam o co jej chodzi, więc chciałam jak najszybciej rozwiązać egzamin, oddać go i wyjść do łazienki.
Dopiero potem zauważyłam, że kilka osób podaje coś między sobą, aż w końcu dotarło to do mnie. A okazała się to karteczką z odpowiedziami.
Tak więc, podsumowując, nie chciano mnie wypuścić do toalety, bo za dobrze się uczyłam.
Jest to historia, którą niezbyt można chwalić się znajomym, rodzinie czy dziecku.
Mieszkam w typowych blokowiskach, pewnego dnia była już sąsiadka wręczyła mi klucze, które miałem przekazać mamie, a ona nowemu właścicielowi. Jednak zapomniałem.
Zaczęło robić się zimno i wraz z moją ówczesną dziewczyną narzekaliśmy na brak prywatności, więc wpadłem na pomysł, aby czasem tam posiedzieć.
Na początku miałem wyrzuty sumienia, jednak później się przyzwyczailiśmy i czuliśmy się tam dość swobodnie.
Pewnego dnia byliśmy w tym mieszkanku i ku naszemu zdziwieniu ktoś zaczął otwierać drzwi, nawet udało mu się je otworzyć. Jeszcze bardziej zdziwiony był pan, który zobaczył dwoje ludzi zabawiających się na jego podłodze...
Pan uprzejmie poczekał, nie wiedziałem co powiedzieć, więc zacząłem udawać byłego właściciela mieszkania. Oczywiście przeprosiłem i odwdzięczyłem się wnosząc szafki, fotele i krzesła. Pan był bardzo zadowolony, że nie musiał targać tego sam.
Okazało się, że miałem tylko zapasowe klucze, która sąsiadka "doniosła" mojej mamie.
Sąsiadowi zawsze służę pomocą. Na szczęście nigdy nie zapytał, dlaczego mieszkam piętro niżej ani nie pisnął słowa mojej mamie.
Większość z was wie, że od kilku miesięcy jest przepis, który za przekroczenie prędkości o 50 km/h powoduje utratę prawka na 3 miesiące. "Ofiarą" tego przepisu stałem się ja, ale do rzeczy.
Mam sąsiadkę z typu "wiecznie chora" i "nie wychodzę z domu, ale wszystko wiem".
Jakiś czas temu wpadła, dosłownie, do mnie córka owej sąsiadki, że jej mama się źle czuje i trzeba natychmiast zawieźć ją do szpitala (szpital mam 5 km od domu), bo nie ma wolnej karetki. Szybka decyzja i prawie konającą babkę wsadziliśmy do mojego auta i jazda. Kilkaset metrów przed celem zatrzymała mnie policja, oczywiście szybkie tłumaczenie, że sytuacja awaryjna i potrzebna szybka pomoc. W tym momencie to parszywe babsko odzyskało energię i stwierdziła "Czuję się dobrze, przecież jedziemy tylko na rutynowe badania". Niestety na nic zdały się moje tłumaczenia i groziło mi 3 miesiące zakazu.
Owa staruszka dumnie krążyła po okolicy chwaląc się, że dzięki niej został złapany pirat drogowy. Na jej nieszczęście karma to suka. Została potrącona 15 metrów od swojej furtki przez własnego syna, który jechał pod wpływem alkoholu. Synek siedzi w więzieniu, a babka siedzi na wózku.
Uprawnienia straciłem tylko na 27 dni dzięki zeznaniom córki owej sąsiadki, innym sąsiadom i nagraniu z kamerki, co w sądzie dowiodło, iż moja jazda była spowodowana "zagrożeniem życia".
Największym plusem w tej całej sytuacji jest to, że moja żona nareszcie zrobiła prawo jazdy.
Od miesiąca mieszka z nami moja 24-letnia siostra. Od miesiąca jest wdową, jej mąż zmarł na raka po 2 latach małżeństwa, trzy miesiące po diagnozie. Jest jej bardzo ciężko, cały czas siedzi w łóżku, praktycznie z niego nie wychodząc. Jest mi bardzo przykro z tego powodu, staram się jak mogę jakoś ją wspierać, chociażby zwykłą rozmową i towarzystwem.
Wczoraj usłyszałam w nocy, jak coś ogląda i płacze. Przyszłam do jej pokoju - oglądała film ze swojego ślubu, a obok leżał test ciążowy, pozytywny. Płakała, bo maluszek nie pozna swojego taty, ale były to też łzy szczęścia, bo właśnie ten maluszek będzie żywym dowodem ich miłości.
Pewnej zimowej nocy wracałem od kolegi po dość dobitnym świętowaniu nie wiem sam już czego. Ostatni autobus odjechał o 23, więc pozostało mi przejść się do mieszkania (zaledwie 7 km) przez nieźle zasypane śniegiem miasto.
Idąc postanowiłem skrócić sobie drogę na przełaj przez park. Po drodze znalazłem portfel. Zaglądam do środka, a tam dość spora ilość pieniędzy. Odruchowo rozejrzałem się, ale nikogo nie było. Przypomniałem sobie wszystkie seriale kryminalne i ten o księdzu też. Wpadłem na pomysł, że wytropię tę osobę po śladach.
Po chwili tropienia ujrzałem idącą sobie spokojnie niewiastę. Przyśpieszyłem i pierwsze słowa jakie wydusiłem z siebie to "Ej, czekaj!". Dziewczyna odwróciła się, zobaczyła biegnącego kolesia, który każe jej czekać i wymachuje czymś w ręku. Jak na zawołanie odwróciła się i pobiegła niczym Usain Bolt. Moja samoocena wtedy z spadła na dno Rowu Mariańskiego. W 3 sekundy dziewczyna przebiegła z 30 metrów i nagle wyłożyła się na łopatki. Pierwsze co zrobiłem, to salwa śmiechu. Podszedłem do dziewczyny. Nie mogłem pohamować śmiechu, dopóki nie zobaczyłem, że leży nieprzytomna.
Sprawdziłem, czy oddycha, a potem zadzwoniłem po pogotowie. Zdjąłem kurtkę i postanowiłem okryć poszkodowaną. Przyjechała ekipa ratowników, zbadali dziewczynę i ocucili ją. Pierwsze co od niej usłyszałem, to "Poje**ło cię, koleś?". Ja wręczyłem jej zgubę.
Liczyłem na coś jak w filmach, ale dostałem tylko zapalenia płuc, bo stałem przez 20 minut w samej bluzie.
Jestem ochroniarzem dużej fabryki i pracuję ciągle na nocki. I ratuję jeże.
Na moich zmianach niewiele się dzieje. Tak niewiele, że jestem w stanie poświęcić wiele uwagi ulicy, średnio aktywnej nocą, która jest zaraz przy głównej bramie i którą jeżdżą najczęściej wszelakie dostawczaki - od małych furgonetek po wielkie ciężarówki. Przy krawężniku bardzo często zbiera się woda, bo też bardzo często wybijają zawory z hydrantów - starych, z "mojej" fabryki. Przy robieniu rundek wokoło obiektu, czasem zauważam te czarne kropki, które albo zamierzają przejść przez ulicę, albo na niej właśnie się znajdują, albo najczęściej przypełzły się napić wody.
Kiedy mogę, prędko opuszczam teren fabryki, biegnę i dosłownie przerzucam jeże na taki jakby mikro-chodnik, pokryty trawą. Młode jeże chcą uciekać, więc je zaganiam w bezpieczniejsze miejsca, a te już większe - wsuwam pod nie rękę, i na niej zanoszę na trawnik.
Każdemu jeżowi grożę, że jak zobaczę go martwego za parę chwil, to będę bardzo zły. I wiecie co, od paru dobrych miesięcy nie widziałem na tej ulicy rozjechanego jeżyka.
PS Czy poleca ktoś jakieś solidne, nie za drogie rękawice ochronne? Bo te moje zimowe narciarskie są już trochę zużyte. :)
Gdy miałam pięć lat, dostałam od rodziców na urodziny pluszowego misia - Kubusia Puchatka. Przez całe dzieciństwo był to mój ukochany miś, z którym spałam, w którego się wtulałam plącząc, który był moim "dzidziusiem" i księciem dla moich lalek i nawet teraz gdy jestem już mężatką i mam własny dom, to mój Kubuś zajmuje honorowe miejsce na półce w sypialni - ale to taka mała dygresja.
Pamiętam, że kiedy mama dała mi tego misia pomyślałam, że jest on strasznie smutny. Inne moje pluszaki miały szerokie uśmiechy od ucha do ucha, a uśmiech tego misia był jakiś taki niewyraźny, niepełny. Postanowiłam, że obdarzę Puchatka tak wielką miłością i zainteresowaniem, że dzięki mnie uśmiechnie się bardziej. Uwierzcie mi lub nie, ale dopięłam swego. Po jakimś czasie zauważyłam, że uśmiech misia stał się większy bardziej promienny i byłam z siebie niesamowicie dumna. Nawet chwaliłam się wszystkim w domu, że dzięki mnie miś bardziej się uśmiecha.
Zapytacie jak to możliwe? Moja kochana mama chciała mi zrobić przyjemność i delikatnie poprawiła misiowy uśmiech, do czego nie przyznawała się przez całe lata. Kochana mama :)
Dodaj anonimowe wyznanie