Nie wydaje mi się, że to wyznanie spotka się z jakimkolwiek uznaniem, gdyż na wstępie zaznaczę, że byłam kochanką. Nie o tym chcę jednak dziś mówić. Wyznanie jest o toksycznym związku widzianym z drugiej strony.
Zakochałam się. Był to bardzo intensywny, aczkolwiek (jak później zdałam sobie z tego sprawę) bardzo toksyczny związek. Kochaliśmy się ogromnie. On miał żonę, ja męża. Bujaliśmy się w tym chorym układzie 6 lat… Najpierw ja nie chciałam zostawić męża, potem on nie mógł zostawić żony…Szarpaliśmy się strasznie, a gdy w końcu chciałam to zakończyć, zaczęły się wyrzuty, że na pewno znalazłam kogoś innego, przeplatane z pięknymi wyznaniami miłości. On wiedział, co chcę usłyszeć. On wiedział, jak mnie zatrzymać. Zaczęłam przeszukiwać internet o takich relacjach i jak się z nich uwolnić.
"Rezygnujesz ze swoich celów dla drugiej osoby, Twój partner podcina ci skrzydła, daje ci do zrozumienia, nie jesteś wystarczająco dobry, Twoje uczucia, opinie i potrzeby są pomijane, każda rozmowa sprowadza się do tego co ON lub ONA czuje..." itd. Czytałam i doszukiwałam się tego wszystkiego w moim kochanku, gdy w końcu zrozumiałam, że to nie on jest toksyczny…To ja! I nie w stosunku do niego, a do swojego męża…
Może już go nie kochałam, może denerwowało mnie, że on nie jest taki jak mój kochanek, może byłam z nim tylko z przyzwyczajenia, ale na pewno nie zasłużył na takie traktowanie.
Cały czas było tylko ja i ja. Skupiałam się tylko na sobie, użalając się, że moje życie nie jest takie jakbym chciała, obwiniałam męża, że nie mogę być z kochankiem.
Nie byłam dobrym człowiekiem i nadal nie jestem. Zakończyłam oba związki. Chyba nie dojrzałam do odpowiedzialności za drugiego człowieka. Mam ogromną nadzieję, że ktoś kiedyś wynagrodzi to wszystko mojemu mężowi…
Nie ma tutaj żadnych morałów. To raczej forma oczyszczenia. Myślę, że mogę już zamknąć ten rozdział i starać się być lepszym człowiekiem.
Wydawało mi się, że jestem nieśmiertelny i wiem, że żałośnie to brzmi, ale tak było.
Chodziłem po skałkach, jeździłem na motorze, robiłem wszystko co dawało adrenalinę. Nie zliczę ile razy skończyłem w szpitalu i budziłem się w łóżku, widząc nad sobą zapłakaną żonę. Raz spadłem ze skałek, innym razem rozbiłem się autem. Cyklicznie co kilka miesięcy trafiałem cały poobijany do szpitala (zaznaczę, że nigdy nie zrobiłem nic, co by mogło komuś zrobić krzywdę, zawsze tylko własnym życiem ryzykowałem). Czy to mnie zmieniło? Ani trochę, patrząc z perspektywy myślę, że byłem uzależniony od tej adrenaliny. Moja żona nie raz płakała, błagała, bym się uspokoił, widziałem, jak każda kolejna moja wizyta w szpitalu łamie jej serce, ale nie zabraniała mi niczego. Wiedziała, że to kocham. A ja wychodziłem z założenia, że życie mamy jedno i trzeba je przeżyć.
Byłem idiotą. Wiem to.
W aucie nie wiedzieć czemu popsuła mi się ta zapinka do pasów. Po prostu w pewnym momencie pas odskakiwał ze środka, czy mi to przeszkadzało?
Przecież nic się nie stanie...
Któregoś dnia rano wziąłem auto żony, nie wiem dlaczego, po prostu jej kluczyki rzuciły mi się w oczy jako pierwsze, a bardzo się śpieszyłem.
Kilka godzin później dostałem telefon. Żona jadąc moim autem do rodziców miała wypadek, cholerna babcia nagle, bez powodu zahamowała aż do zatrzymania na obwodnicy. Zupełnie nie pamiętam drogi do szpitala, a na miejscu okazało się, że żona jest w stanie krytycznym i leży na stole operacyjnym. Pas bezpieczeństwa najprawdopodobniej puścił (Majka przez śmiertelny wypadek brata od dzieciństwa była przewrażliwiona na punkcie pasów, nie pojechałaby bez nich) i podczas hamowania wyleciała przez przednią szybę. I to wszystko przez ten sam pas, którego ja nie chciałem naprawić.
Gdy przywieźli ją z operacji byłem przerażony, jej ciało było pocięte przez fragmenty szyby, miała połamane żebra, przebite płuco, złamaną nogę i rękę, przy czym wciąż nie było wiadomo co z obrzękiem mózgu. Lekarze dziwili się, że w ogóle żyje.
Siedziałem przy niej w każdej możliwej chwili. Nikt nigdy nie zrozumie co czułem w tamtej chwili myśląc, że mogło to się zdarzyć później, gdy wracałaby z naszym synem. Pierwszy raz czułem jakby świat mi się zawalił, wyłem jak dziecko.
Po wielu miesiącach rehabilitacji Majka doszła do siebie, lecz z chodzeniem wciąż ma problem, a ja?
Motor sprzedałem, uważam na siebie, nie skaczę już z klifów, nie jeżdżę crossem bez kasku po lesie, nie wspinam się bez zabezpieczeń (co mi się zdarzało). Uspokoiłem się.
Teraz rozumiem jak moja żona musiała się martwić i wiem, że może życie mamy jedno, ale tylko jedno, więcej szans nie dostanę.
Szkoda tylko, że żeby zmądrzeć musiałem prawie stracić żonę. Podziwiam ją za to, że znosiła moje szaleństwa i właśnie za to kocham ją jeszcze bardziej.
Podoba mi się kolega z pracy. Jest już po 30 i jest singlem. Niektórzy uważają go za geja. Próbowałam zagadywać, dawać sygnały, flirtować, ale nie zauważał. Wczoraj podczas rozmowy wspomniał o swojej byłej. Powiedział tak: "To zboczona szmata była. Jak kobieta już po roku znajomości pakuje się do łóżka, to nie zasługuje na mój szacunek. Żaden facet nie wytrzyma z babą, z którą co kilka miesięcy trzeba sypiać. Minęło 10 lat odkąd się rozstaliśmy, ale niesmak pozostał".
Odpuszczę sobie.
Moja siostra zaginęła 8 lat temu. Wychowywałyśmy się na wsi, ona miała wtedy 18 lat, ja 15. I zacznę od kluczowej rzeczy - siostra uwielbiała nietypowe perfumy. Zawsze zamawiała sobie bardzo drogie, konkretne perfumy o bardzo egzotycznym i wyrazistym zapachu, których nie można było dostać w Polsce i z tego co wiem, nadal ich tu raczej nie sprzedają. Zawsze się wszyscy z niej podśmiewali, że chodzi tak wyperfumowana, że czuć ją z drugiego końca domu. Ogólnie Ola była bardzo żywiołowa, ambitna, miała dużo znajomych w szkole i planowała studia weterynaryjne. Żadnych problemów psychicznych czy powodów, przez które mogłaby chcieć uciec. W rodzinie też było dobrze, co prawda prowadziliśmy typowo wiejskie życie, ale nie było biedy. Samo jej zaginięcie było dosyć dziwne, to były wakacje, dokładnie lipiec. Ola wyszła wieczorem do koleżanki, której dom mieścił się niecały kilometr od naszego. Do przejścia miała prostą drogę, główną we wsi. I nigdy do tej koleżanki nie dotarła. Podczas akcji poszukiwawczej znaleziono tylko jej opaskę na włosy, która leżała przy drodze jaką szła. Nikt też nic nie widział ani nie słyszał, mimo że przy ulicy znajdowało się kilka dużych gospodarstw. Jedynie jeden z sąsiadów opowiadał, że słyszał pisk opon samochodu o tamtej porze, ale to właściwie tyle z ewentualnych śladów. Przez wioskę czasem przejeżdżały jakieś samochody, ale bardzo rzadko, głownie tylko miejscowi się tu poruszali. W każdym razie Ola nigdy się nie odnalazła, rozpłynęła się bez śladu. Oficjalnie nie jest jeszcze uznana za zmarłą, ale policja przyznała, że po takim czasie prawdopodobnie Ola nie żyje, bo wersja o ucieczce i nowym życiu kompletnie by się nie zgadzała.
Od kilku lat mieszkam w mieście, jednak ostatnio pojechałam na wieś odwiedzić rodziców. Po obiedzie postanowiłam przejść się na spacer po wsi, powspominać dawne czasy, nacieszyć czystym powietrzem itd., jednak spotkało mnie coś dziwnego. Idąc dróżką obok rzeki w pewnym momencie poczułam silny zapach perfum, niemalże identyczny jak zapach Oli. Chwilowo wpadłam w panikę, wręcz byłam pewna, że czuję Olę. Ten zapach zawsze miałam w pamięci. W amoku zaczęłam się rozglądać i wołać ją... Gdy już się uspokoiłam, po prostu wróciłam do domu. Wiem, że to nie mogła być ona, może sobie uroiłam ten zapach, albo jakieś rośliny z pobliskich łąk i sadów wydzielają podobny. Może też powrót do wspomnień tak na mnie zadziałał. Jednak naprawdę to przeżyłam. Następnego dnia poszłam tam ponownie z tatą, ale już nic nie poczułam, więc raczej była to wyobraźnia lub po prostu jakieś rośliny. Mimo tego trochę to mną wstrząsnęło, wróciły wspomnienia z tamtych dni i ponownie nasilił się ból po stracie siostry. Chciałam tylko się wygadać, tęsknię za Olą.
O tym, jak ludzie są skrajnie głupi.
Mieszkam na wsi, mamy duże podwórko i dużego psa, który jest strasznie przytulaśny. Ostatnio odwiedziła mnie kuzynka z dziećmi. Zachwycona tym jak dzieciaki świetnie się bawiły i dogadywały z moim futrzakiem, postanowiła sprawić sobie swojego czworonoga. Pomogłam wybrać pieska w schronisku, z którego ja wzięłam swojego.
Spytacie co w tym głupiego? Ano to, że jakiś miesiąc później dzwoni do mnie ciocia, czy nie wzięłabym psa kuzynki - „bo ty masz takie duże podwórko, to się wybiega, a nie będzie się kisił w bloku”. Pomyślałam, że kuzynka gdzieś jedzie, więc pytam na ile mam psiaka wziąć. „Nooo... na stałe. Kuzynka już go nie chce”.
Jak to nie chce? Minął dopiero miesiąc!
Co się okazuje?
- pies nie wyprowadza się sam, tylko trzeba się z nim przelecieć kilka razy dziennie (bo u mnie miał do dyspozycji 24/7 podwórko i ona nie wiedziała że to tak często się wychodzi...)
- pies gryzie zabawki dzieci (bo jest mały, a nikt nie zadbał, żeby miał własne zabawki)
- na spacerze ciągnie do innych psów zamiast bawić się z dziećmi
- próbuje zabierać dzieciakom jedzenie.
I nie, nie zapytała, czy pomogę jej go ułożyć. Ona po prostu go już nie chce.
Jak można było nie wiedzieć o tak podstawowych rzeczach? Psa oczywiście wzięłam, kuzynka już pyta kiedy może wpaść, żeby dzieciaczki się z futrzakami pobawiły. A idź ty...
Kilka lat temu potrąciłam śmiertelnie 12-letnie dziecko. Jechałam szosą, przejeżdżałam przez miejscowość turystyczną, ale to była akurat droga otoczona lasem, nie było powodów, aby spodziewać się na niej turystów, bo to spory kawałek od tej części miejscowości, gdzie teren jest zabudowany. Jednak jakaś rodzina postanowiła się tu wybrać na wycieczkę rowerową przez las. I centralnie z krzaków wyjechało mi pod koła rozpędzone dziecko na rowerze. W ogóle go nie widziałam, wszystko wokół drogi było zasłonięte drzewami i krzakami. Nie było też żadnej bocznej drogi, tylko jakieś ścieżki leśne, którymi oni się poruszali. To były dosłownie ułamki sekund. Chłopiec zginął na miejscu, ale podobno miałby szansę przeżyć, gdyby posiadał na głowie kask. Był sąd, rozprawa, ale nie postawiono mi żadnych zarzutów, nie był to wypadek z mojej winy, nie przekroczyłam prędkości, nie było też szans, abym zdążyła wyhamować, bo chłopiec wpadł wprost pod auto.
Mimo sądu, rodzina chłopca cały czas upiera się, że wypadek to moja wina. W sądzie krzyczeli, że brutalnie zamordowałam ich syna. I do dziś nie dają mi żyć. Rozumiem co czują, no straszna tragedia, ale przez długi czas po rozprawie napastowali mnie. Przysyłali mi listy, gdzie opisywali jakim jestem potworem, wypisywali do mnie na mediach społecznościowych, że jestem odpowiedzialna za zrujnowanie ich życia.
Z początku to ignorowałam, wiedziałam, że bardzo cierpią, pomyślałam, że tak wpłynął na tych ludzi ból po stracie dziecka. Jednak gdy zaczęli być coraz bardziej wulgarni, zablokowałam wszystkich na portalach. Myślałam, że to da mi spokój. Jednak nie, oni tworzyli w kółko nowe konta, aby wypisywać do mnie obrzydliwe obelgi. W końcu poszłam z tym na policję i dzięki temu miałam spokój przez jakiś rok. A potem znów się zaczęło, usunęłam ponad 40 komentarzy pod jednym ze zdjęć jakie wstawiłam na pewnym portalu, których treść głównie skupiała się na tym, że jestem morderczynią, potworem i spłonę w piekle.
Zaczęło się robić gorzej, bo wypisywali też do mojej rodziny i znajomych. Znów poszłam na policję i ponownie dało to efekt na jakiś czas. Po tym wszystkim byłam już jednak zmęczona, nawet wystraszona, i usunęłam wszelkie konta w mediach. Tylko problem pojawił się znowu, gdy kilka dni temu do mojej siostry na Facebooku przyszły wiadomości o wiadomej już treści, tylko tym razem zawierały groźby, że jak nie zadośćuczynię jakoś tego co zrobiłam, to skończę tak samo jak ich syn. I chyba za długo z tym zwlekałam, ale naprawdę zaczęłam się bać o siebie i rodzinę, więc zamierzam sprawę zakończyć w sądzie i to jak najszybciej. Chyba byłam zbyt pobłażliwa, cały czas w głębi jakoś sobie tłumaczyłam te zachowania bólem po stracie dziecka, ale to już jest za dużo dla mnie. Po prostu się boję i nie potrafię pojąć, co ci ludzie mają w głowach. Rozumiem tragedię, ale żeby odreagowywać w tak perfidny sposób?
Mam 23 lata i odkąd skończyłam 17, wpadłam w paranoję prześladowczą. Wracałam do domu okrężnymi drogami, by "zmylić tego, co mnie śledził". Przestałam jadać w restauracjach. Ogólnie miałam status "wariatki Stalinowej" wśród znajomych. Paczka, a wraz z nimi mój najlepszy przyjaciel z dzieciństwa mieli z tego ubaw, ale kiedy zobaczyli, że schorzenie jedynie mi się pogłębia, namówili mnie po długim czasie na terapię. I wszystko pięknie ładnie, jakieś tam efekty były.
W końcu rzeczony przyjaciel z dzieciństwa zabrał mnie do jakiegoś klubu, by spędzić miło czas. Sęk w tym, że ja tak do końca zdrowa nie byłam. Kiedy Piotrek poszedł po piwo dla nas, ja lustrowałam każdego wokół, skręcając się w środku jak piksel ze stresu. A gdy wrócił, tak profilaktycznie zamieniłam kufle, gdy ten nie widział. Nawet zrobiło mi się przez to głupio, ale przestało, gdy po czasie Piotruś zaczynał czuć się coraz gorzej. Wyprowadziłam ledwo kontaktującego chłopaka i wezwałam karetkę.
Idiota wrzucił do mojego piwa tabletkę gwałtu, bo wyczytał na jakimś forum, że takie traumy leczy się poprzez szok. Od dwóch miesięcy nie wychodzę z domu, rodzice dostają szału, a ja na terapię nie wróciłam. Cud, że nie odłączyli mi internetu.
Firma informatyczna. Ja - z wykształcenia informatyk, koleżanka - z wykształcenia pielęgniarka (w dziale testerów mamy rozmaite zawody wyuczone).
Rozmawiam sobie z "koleżanką" na temat związany z naszą pracą. Za wuja wafla nie idzie jej przekonać, podaje bzdurne argumenty co do naszej dysputy. Dodam, że kilka dni wcześniej dyskutowaliśmy na temat około medyczny i ona mnie zgasiła argumentem "To ja a nie ty mam wykształcenie medyczne i wiem lepiej". Przyznałem jej rację - w sumie iks lat to studiowała, to może faktycznie się mylę i ona ma rację. Tym razem zastosowałem ten sam manewr "To ja studiowałem informatykę, w dodatku na kierunku sieci komputerowe (a dyskusja była o tym, jak działa nasza sieć w firmie), więc wiem lepiej". Ku mojemu zaskoczeniu usłyszałem "Ty szowinistyczna świnio!". Tak jakby płeć miała znaczenie w dyskusji. I wkurzona odeszła.
O zgrozo, jeszcze tego samego dnia wylądowałem na dywaniku u szefowej (są psiapsiółkami) i zostałem ostrzeżony, że mogę zostać oskarżony o mobbing na tle płci. Ja wystrachany pod niebiosa wyjaśniłem słowo po słowie co i jak, że nie wspomniałem w dyskusji o żadnej płci i że ona mnie tak samo potraktowała parę dni temu. Nie wiem co ta idiotka naopowiadała, ale szefowa najwyraźniej mi uwierzyła (znany jestem z tego, że jestem bardzo spokojny i nawet sprośnego żartu nie opowiem przy ludziach). Powiedziała, żebym zapomniał o sprawie, a ona pogada z koleżanką.
Ja pierd..e. To ja mało zawału nie dostałem i nie trafiłem przed komisję do spraw mobbingu, bo ta idiotka strzeliła focha? Chory układ.
Uważam, że moja rodzina jest współwinna śmierci człowieka. Nienawidzę mojej babki za jej obojętność, a jednocześnie ogromną miłość do kościoła. Ale do rzeczy.
Gdy byłam dzieckiem, moja babcia mieszkała w wielkim bliźniaku, którego druga połowa należała do starszej pani i jej syna, nazwijmy go Zenek. Zenek był upośledzony umysłowo, ale mimo tego, że jego mama wtedy była już po 70 r.ż., dbała o niego i się nim zajmowała. Zenek był zadbanym starszym panem, zawsze elegancko ubranym i zadowolonym. Często siedzieli z mamą w ogrodzie. Pewnego dnia mama Zenka zmarła. Do drugiej połowy bliźniaka wprowadziła się siostrzenica Zenka z mężem i dziećmi. Tu zaczęło się piekło Zenka. Zakazali mu korzystać z łazienki, jedynie z toalety na korytarzu, zamurowali drzwi między pokojem Zenka a resztą ich części domu, nie mógł wychodzić, nie mógł się wykapać. Po roku przypadkiem wpadłam na niego, jako dziecko mało nie umarłam ze strachu. Był brudny, śmiertelnie chudy i przerażony jak zwierzę. Zaczął pokazywać mi bym była cicho, wtedy wybiegła jego siostrzenica z trzepaczką i bijąc go po plecach zagoniła go do pokoju. Zaczęli go głodzić, jedynym odruchem ludzkim mojej babki było podrzucanie mu ukradkiem jedzenia jak widziała, że siostrzenica gdzieś wyjeżdża. Często słyszałam, jak Zenek śpiewa sam do siebie, po chwili wpadał mąż jego siostrzenicy, krzyczał i bił go, by ten się zamknął. Doszło do tego, że jedynym wyjściem Zenka było wyjście do toalety na korytarzu, w której było małe okienko, przez które mógł popatrzeć na dwór. Niestety gdy zorientowali się, że to dla niego przyjemność, wychodzili z nim do toalety stojąc pod drzwiami, po czym trzepaczką zaganiali do jego pokoju.
Mijały lata, Zenek był coraz starszy i coraz brudniejszy, kilkukrotnie próbował uciekać, ale sąsiedzi zamiast mu pomóc prowadzili znów do siostrzenicy. W końcu ktoś zareagował, wezwano opiekę społeczną, która się zapowiedziała z wizytą. Wtedy siostrzenica zaprowadziła Zenka do piwnicy i w zimnej jak lód wodzie z pompy wykąpała go razem z mężem. Kupili mu nawet ubrania, pierwszy raz od 10 lat. Niestety opieka uwierzyła, że Zenek chudy, bo ma demencję, siniaki są z przewrócenia się, a ogólnie wszystko jest OK.
Byłam wtedy nastolatką, każda moja rozmowa z babcią kończyła się tekstem „to nie nasza sprawa”. Wiedzieli wszyscy, nikt nie zareagował. Do dziś mrozi mnie na samą myśl, że moja babcia co niedzielę w kościele stoi jako pierwsza, ale nie zareagowała. Modli się przed figurą, a diabła ma za skórą. Żałuję, że mając 12 lat bałam się jej postawić i nie zgłosiłam tego chociażby w szkole.
O przebijaniu prezerwatyw było już wiele opowieści, ale słyszeliście kiedyś o podmienieniu leków antykoncepcyjnych? Bo mnie się to przytrafiło. Za sprawą byłego już męża.
Człowiek, który od początku zgodnie ze mną twierdził, że nie chce mieć dzieci i macierzyństwo to dla nas koszmar, w wieku 31 lat dostał nagle takiej obsesji na punkcie posiadania dziecka, że po licznych nieudanych próbach namawiania mnie postanowił podmienić mi leki. Dla jasności, mam taki dziwny kaprys, że nie trzymam leków, które zażywam na co dzień w blistrach, tylko przesypuję do specjalnych pojemniczków na leki. Wiecie, takie kółko z nazwami dni tygodnia i przegródkami, żeby codziennie pamiętać, aby wziąć. Już wtedy średnio się nam układało, ale raz na jakiś czas zdarzało nam się kochać, więc leki brałam. I kompletnie nie zauważyłam, że od miesiąca nie biorę tabletek antykoncepcyjnych, tylko witaminy na zdrową cerę. Ale o tym dowiedziałam się już sporo później.
W każdym razie leki były niemalże identyczne, różniły się jedynie lekko wielkością, ale to dostrzegłam dopiero wtedy, gdy prawda wyszła na jaw, a ja sobie porównałam obie tabletki. A dowiedziałam się w ten sposób, że mąż zaczął podejrzanie często pytać o to, co bym zrobiła jak jednak wpadnę, a do tego nagle zaczął się przymilać i skończyły się na ten czas kłótnie. Poczułam, że coś jest nie tak, ale przecież by nie powiedział co zrobił. To wzbudziło moją czujność. Dopiero pewnego ranka (on o 5 wstawał do pracy, ja mogłam zawsze spać do 9) bardzo wcześnie obudziłam się, aby skorzystać z toalety i jakoś tak cicho przemknęłam z sypialni do salonu, że przyłapałam go na gorącym uczynku, bo mnie zwyczajnie nie usłyszał. Zobaczyłam go z tym pudełkiem na leki, ale w końcu sam po czasie przyznał się. I wtedy rozwód był już pewny.
W ciążę na szczęście nie zaszłam. Rozwód wyszedł z jego winy i w zasadzie od roku nie jesteśmy już razem. A wyznanie piszę po to, żeby może ostrzec inne dziewczyny, które są w podobnej sytuacji, w której wtedy byłam ja.
Dodaj anonimowe wyznanie