Mieszkam na wsi i chcę wysterylizować suczkę. Oczywiście wieść się szybko rozniosła i zaczęły się komentarze ;)
1. Ale pierwszy miot musi mieć!!
Po pierwsze - nie musi. Po drugie - ma ;)
2. Po co, przecież małe pieski to sama radość.
Owszem, ale cztery mi w zupełności wystarczą
3. Zawsze możesz komuś oddać.
Ten miot był do oddania i jakoś chętnych brak.
4. Gdybym wiedział, tobym wziął.
Mają niecałe trzy miesiące, którego byś chciał?
Oczywiście każdy się wycofuje :)
5. To dla dobra psychicznego suczki. Najwyżej potopisz.
Chyba tego nie muszę komentować?
Co się stało z tym światem...
Mam pewną fobię, która została mi po pewnych zdarzeniach z dzieciństwa.
Zacznę od tego, że mieszkałam wtedy na wsi z rodzicami i młodszą siostrą, ja miałam wówczas 10 lat, ona 6. Zwykły parterowy dom rodzinny. Okno od mojego i siostry pokoju miało widok na bok domu, gdzie w zasadzie znajdowało się jedynie trochę krzaków, ścieżka i las.
Pewnego wieczoru bawiłam się z siostrą, gdy nagle ona popatrzyła przez okno i powiedziała, że tam stoi jakiś pan. Podeszłam bliżej i faktycznie, za krzakami stał jakiś facet, który patrząc w nasze okno, onanizował się... Zawołałam rodziców, tata wybiegł do niego, ale ten facet zaczął uciekać w momencie, gdy zobaczył tatę w oknie, więc ojciec nie miał już szans go złapać. Natomiast zadzwonił na policję. Funkcjonariusze pojeździli po okolicy, ale nie znaleźli ani jego ani niczego podejrzanego. Warto też dodać, że podczas zajścia było już prawie ciemno, więc z siostrą nie widziałyśmy dobrze twarzy ani niczego kluczowego. I co gorsza, sytuacja się powtórzyła jakiś tydzień później, tyle że przebywałyśmy na podwórku.
Podobnie robiło się już ciemno, rodzice kazali nam wracać do domu, ale ubłagałyśmy jeszcze 15 minut zabawy. I wtedy usłyszałyśmy szelest w pobliskich krzakach wokół domu. Pomyślałam, że to pies sąsiadów, który często do nas przychodził, przyszedł się pobawić. Siostra zresztą też, więc podeszła do płotu, wychylając się i wołając psa, ale po chwili spanikowana zaczęła biec w moją stronę, mówiąc, że tam znów jest ten pan i robi coś dziwnego. Zawołałam rodziców, ale ten facet zniknął. Znów wezwaliśmy policję, ale tata tym razem wraz z sąsiadem postanowili, że przeszukają okolicę, bo facet daleko by nie zdążył uciec. Niestety go nie znaleźli, ale we wsi rozniosła się już wieść o tym podglądaczu. Okazało się, że córka jednej z sąsiadek też go widziała podczas wiadomej czynności, ale nic z tym nie zrobili.
Natomiast apogeum zdarzyło się jakoś kilka tygodni później, gdy ów mężczyzna porwał z podwórka 7-letnią dziewczynkę, a następnie zgwałcił. Na całe szczęście właśnie wtedy go złapali, dzięki szybkiej reakcji rodziców, którzy zobaczyli, że ich córka nagle zniknęła z podwórka. Tym potworem okazał się psychicznie chory syn jednej z mieszkanek wsi. Podobno zawsze były z nim problemy, ale jego matka, schorowana 80-latka, nie była już w stanie go pilnować.
I od tamtej pory mam fobię. Cały czas prześladuje mnie myśl, że on mógł porwać wtedy mnie albo siostrę, miał okazje. Do dziś mi został ten lęk, boję się zostawać sama w domu na noc, mimo że mam 28 lat. Po prostu przypomina mi się wtedy ta historia, a co gorsza, mieszkam na parterze i zawsze mam w głowie myśl, że nawet w miejscach, gdzie pozornie jest bezpiecznie (ta dziewczynka na swoim podwórku), nadal może nas spotkać coś bardzo złego.
Jestem prawnikiem.
Jeszcze do niedawna chciałam "zmienić świat" i zająć się tymi dziedzinami prawa, które uważałam za najbardziej szlachetne. Uważałam, że uda mi się zrealizować moją chęć pomocy innym w tym zawodzie. Może i idealistyczne podejście, ale dla mnie to naprawdę miało duże znaczenie. Muszę również nadmienić, że jestem feministką, która wierzy, że w naszym społeczeństwie nadal istnieją sytuacje, w których kobiety są na gorszej pozycji. Jak tylko mogę, staram się wspierać inne kobiety i cieszę się, kiedy odnoszą sukcesy i dobrze im się powodzi.
W czasie studiów odbyłam wiele różnych praktyk (nie mieszkam w Polsce), w tym roczny wolontariat w sądzie rodzinnym. To, co tam zobaczyłam, sprawiło, że straciłam zapał nie tylko do niesienia pomocy w moim zawodzie, ale także zauważyłam zachwianie mojej wiary w feminizm i pewnego rodzaju "solidarność jajników".
Niekiedy wracałam z sądu i chciało mi się wyć. Bo jakaś klientka znowu (tak, nie były to jednostkowe sytuacje) radośnie mnie informowała, że z premedytacją mści się na byłym, byleby tylko nie miał kontaktów z dzieckiem. Najczęściej było to w ramach kary za zdradę, bądź po prostu zwykłe wystąpienie o rozwód. Do tego dochodziły sprawy, gdzie kobiety posądzały swoich byłych o tak wstrętne rzeczy jak pedofilia względem dzieci, przemoc, narkotyki, alkoholizm. Nigdy nie zapomnę twarzy jednego pana, kiedy w końcu cała intryga jego byłej małżonki wyszła (całkowicie przypadkowo) na jaw - tej ulgi, że rzucane w niego oskarżenia o pedofilię były bezpodstawne. Tej twarzy, na której było widać cały horror, który zafundowała mu była żona, tylko dlatego, że ją zostawił.
Oczywiście, zdarzali się też i wątpliwi klienci płci męskiej - szczególnie zapamiętam jednego, który wydawał się być niesamowicie opanowanym gentlemanem, a który jak się potem okazało, w atakach furii topił żonę w muszli klozetowej.
Po tym wszystkim zwątpiłam w ludzi, zwątpiłam w kobiety, zwątpiłam w wymiar sprawiedliwości. Zobaczyłam, jak bardzo zaślepienie i nienawiść prowadzą niektórych do naprawdę przerażających czynów. Niejednokrotnie wracałam po wolontariacie do domu przeorana psychicznie.
To było trzy lata temu. Obecnie jestem na aplikacji w dużej firmie technologicznej, zajmuję się biznesową stroną prawa, dzięki czemu omija mnie cały ten emocjonalny balast. Trochę mi wstyd, ale w tym czuję się bezpieczniej - idę do pracy, robię swoje i wracając do domu mogę się swobodnie odciąć od pracy, nie muszę przetrawiać każdego dnia.
Nadal staram się pomagać ludziom w inny sposób, głównie przez organizacje charytatywne. Ale kiedy ktoś z dawnych znajomych pyta się mnie, czemu porzuciłam ideały i pracuję w mniej społecznie utylitarnym dziale prawa, to jednak nie mogę przyznać, że do dzisiaj przepracowuję traumę związaną z tamtymi praktykami.
Moi rodzice postanowili kupić mi większe dwuosobowe łóżko, a moje poprzednie jednoosobowe po prostu komuś oddać. Było zadbane, do lekkiego wyprania, różowe i w ogóle strasznie "dziewczyńskie". Do dziś je wspominam.
W naszym bloku mieszka rodzina z trójką dzieci, w tym dwie dziewczynki. Nie można powiedzieć o nich patologia, ale idealną rodziną też nie są. No ale wiedzieliśmy, że im się nie przelewa i ojciec postanowił, że pójdzie piętro wyżej i zapyta, czy łóżko może chcą. Chcieli. Z ochotą wzięli! Łóżko miałoby być dla najstarszej dziewczynki, widziałam jej szczęście na buzi. I tak historia mogłaby się zakończyć, gdyby nie to, co wydarzyło się kilkanaście dni później.
Rodzice tych dziewczynek wnosili MOJE łóżko do bloku obok. Jak się dowiedziała potem moja mama, łóżko zostało sprzedane za dwie stówy....
Tak się wychodzi na pomocy "biednej rodzinie".
Wychowało mnie dwóch mężczyzn, tata i tata 2. Tak, mam na myśli mężczyzn będących razem. Ale od początku.
Moja mama zmarła na raka, gdy miałem 4 lata. Kilka lat później, gdy tata pozbierał się po tej tragedii, poznał Krzysia. I tak zaczął się ich związek. Od początku się polubiliśmy, a z czasem zaczęliśmy żyć po prostu jak rodzina. Nigdy nie widziałem w tym nic złego, wręcz uważam moje dzieciństwo za bardzo szczęśliwe. Nigdy niczego mi nie brakowało, a ojcowie zawsze pilnowali, abym miał wszystko czego potrzebuję i czuł się dobrze. Problemy zaczęły się dopiero w szkole. Ktoś dowiedział się, że mam dwóch ojców i rówieśnicy zaczęli się nade mną znęcać i wyśmiewać. To poskutkowało tym, że przeprowadziliśmy się za granicę. Jeśli dla kogoś to dziwny powód, aby wyjeżdżać z kraju, to podkreślę tylko, że w szkole męczono mnie tak, że pewnego dnia wylądowałem w szpitalu ze złamaną ręką przez starszego "kolegę". Dodatkowo było oczywiste, że w innych szkołach może się to powtórzyć, bo społeczeństwo mamy jakie mamy. Natomiast za granicą było o niebo lepiej, normalnie ukończyłem szkołę, nikt nas nie prześladował ani nie wyśmiewał. Po kilku latach moi ojcowie nawet wzięli ślub.
I tak sobie tu nadal żyjemy, wciąż szczęśliwie. Ja obecnie jestem w trakcie studiów i w planach mam wyprowadzkę z dziewczyną. Orientacja mojej rodziny w żaden sposób nie przekłada się na mnie, jestem heteroseksualny. I piszę to tylko po to, bo krew mnie zalewa, gdy słyszę o negatywnych skutkach wychowywania dzieci w rodzinach homoseksualnych. Ja jestem zupełnie zwyczajnym facetem, moje życie niczym się nie różniło od np. znajomych mających ojca i matkę. Owszem, przyznam rację, że w Polsce jest bardzo ciężko, bo społeczeństwo ma z tym problem, ale wydaje mi się, że jedyne problemy jakie występują w przypadku takich rodzin jak moja, to problemy w głowie otaczających nas ludzi. I to w zasadzie tyle. Ja nigdy nie zamieniłbym mojego życia na inne, a z ojców jestem bardzo dumny, bo zawsze kierowali się moim dobrem i są po prostu wspaniałymi rodzicami, jakich życzyłbym każdej osobie.
Kiedy miałam może z 10 lat, w naszej wiosce bardzo często były przerwy w dostawie prądu i wody w domu. I właśnie w taki dzień zostałam w domu sama ze starszą siostrą.
Ona przy świeczce uczyła się kuchni. Ja miałam swoją świeczkę i z nudów poszłam do pokoju, w którym na samym środku pokoju stała lampa z abażurem i frędzelkami na dole, bardzo modna w tamtym czasie. Przechodząc obok tej lampy pomyślałam "a co by było, gdyby"... No i podeszłam z tą świeczką do tych frędzelków, przyłożyłam płomień i wiadomo, sprawy potoczyły się bardzo szybko. Lampa zaczęła płonąć, a ja oczywiście zamiast wołać pomocy, to poleciałam po wodę (której praktycznie nie było) i nalałam sobie ledwo kubek. Wpadam do pokoju, leję na ten abażur i nic! No to dalej po następny kubek, i tak kilka razy.
Na całe szczęście tata zdążył wrócić do domu. Wszedł na korytarz i patrzy, a tam przez szklane drzwi "świeci się" abażur. Wpadł do pokoju, szybko wyciągnął lampę na dwór i ugasił ją w końcu.
Oczywiście ochrzan był nieziemski, ale ja do dnia dzisiejszego wszystkim mówię, że to przez przypadek, a nie z myślą: "a co by było, gdyby"...
Mam 22 lata. Mój mąż jest o 7 lat starszy. Trochę poszalał w młodości i kiedy miał 16 lat urodził mu się syn. Wychowujemy go razem.
Więc w wieku 22 lat, mam 13letniego syna.
W dodatku ma już prawie 170 cm wzrostu i mnie przerasta.
Uwielbiam miny ludzi, kiedy usłyszą jak mówi do mnie "mamo".
Do tego stopnia, że często sama o tym wspominam, np. w sklepie z ubraniami mówię wyraźnie: "szukam spodni dla syna, 13 lat". Robię to, bo bawią mnie ich reakcje. Poza tym wtedy pewnie wszyscy myślą, że jestem po trzydziestce, tylko tak młodo wyglądam ;')
Cierpię na nerwicę lękową. Tak bardzo bałam się śmierci rodziców, że ulżyło mi, gdy tata umarł.
Dlaczego ludzie z taką niechęcią reagują na kobiety, które oświadczyły, że były molestowane? Nie potrafię tego pojąc, tym bardziej że sama miałam taką sytuację. Co gorsza, typowo jak ze stereotypów. Mianowicie dyskoteka + alkohol. Tylko to była wiejska dyskoteka, na którą wybrałam się raczej z grzeczności podczas wizyty u rodziny. Kuzynki strasznie nalegały, żebym z nimi poszła, a ja się w końcu zgodziłam, chociaż nie przepadam za takimi wydarzeniami. Podczas tej imprezy średnio się bawiłam, głównie siedziałam przy stole i piłam drinki. Wypiłam dokładnie 3 i rozbolała mnie głowa, więc wyszłam na powietrze. Nie byłam pijana, alkohol zamiast mnie rozbawić sprawił, że byłam raczej ospała i wolałabym iść spać, niż się bawić.
W średnim humorze i z bólem głowy po prostu siedziałam na ławce pod budynkiem dyskoteki i piłam wodę. Chciałam już iść po kuzynki i wrócić do domu, ale akurat w tym momencie podeszło do mnie dwóch facetów, którzy opuszczali lokal. Byli wyraźnie pijani, zaczepiali mnie jakimiś chamskimi komentarzami, po czym podeszli i zaczęli próbować mnie dotykać. Odepchnęłam jednego, ale drugi zdążył włożyć mi rękę pod sukienkę i złapać mocno za wiadome miejsce... Wręcz bardzo mocno, to naprawdę bolało. Zaczęłam krzyczeć, a oni jak gdyby nic się nie stało poszli sobie dalej, śmiejąc się przy tym. Zapłakaną i przerażoną mnie kuzynki w końcu odprowadziły do domu.
Rano oznajmiłam rodzinie, że chcę iść z tym na policję, a oni stwierdzili, że - uwaga - HISTERYZUJĘ. Stara ciotka z pogardą powiedziała, że po co aferę robię o jakąś głupotę, przecież w autobusie też mnie ludzie mimowolnie dotykają. Dziadek się nawet zaśmiał i powiedział, że powinnam się cieszyć, że tak się facetom podobam. Kuzynki też były raczej negatywnie nastawione, jedna z nich nawet zapytała, czy ci faceci chociaż byli przystojni... Brak słów. Ostatecznie poszłam na policję, ale okoliczna komenda potraktowała mnie, jakbym tam przyszła, bo mi się nudzi.
Nie wiem, czy to jakaś mentalność wiejskich ludzi czy co, ale poczułam się okropnie, jakbym była przedmiotem, a moje ciało dla każdego. Następnego dnia po prostu się spakowałam i wróciłam do domu, a całą drogę przepłakałam. Piękny koniec wakacji.
W mojej rodzinie od zawsze ceniło się dwie rzeczy - ciężką pracę i naukę.
Ojciec pracował na budowie od rana do nocy, nie raz widziałam, jak wraca wykończony do domu. Mama pracowała "tylko" jeden etat, czyli 8 h dziennie, ale za to cały dom był na jej głowie, gotowanie, sprzątanie, pranie, zakupy itd.
Ja razem o rok starszym bratem mieliśmy się uczyć, to była nasza praca, zawsze czerwony pasek, a brat miał jeszcze wygrane olimpiady z matematyki. W wakacje z bratem pracowaliśmy przy zbiorach truskawek, wiśni i ogórków.
I teraz obecny czas: ojciec nie żyje, zmarł na zawał w czasie pracy.
Mama jest tak schorowana, że potrzebuje mojej pomocy przy codziennym życiu.
Brat jako pan profesor matematyki pracuje na pewnej uczelni.
A ja mam wykształcenie, życie mi się ułożyło i zawodowo, i prywatnie, mam męża i dwoje dzieci.
Ale mam tajemnicę, o której wie tylko mąż: chodzę na terapię, ponieważ nie umiem odpoczywać. Nie potrafię cieszyć się z czwórki córki, bo mam wrażenie, że jest leniwa, bo to powinna być szóstka.
Dobrze, że mąż jest tym wyluzowanym rodzicem i mnie strofuje, bo inaczej dzieci czułyby, że nie są dla mnie wszystkim. Mówię im, że je kocham, ale okazać to jest mi trudno.
Nie mogę o tym powiedzieć mamie, bo ona uważa, że to dobrze, że nie jestem leniwa, a dzieci przecież mają się uczyć, brat uważa tak samo. A ja się wstydzę.
Mam nadzieję, że terapia pomoże, nie chcę się kiedyś obudzić z wiedzą, że życie mi przeciekło między palcami.
Dodaj anonimowe wyznanie