Moja siostra obwinia mnie o śmierć swojego dziecka. Powodem miało być to, że nie dałam jej pieniędzy na leczenie. Ale może zacznę od początku.
Wychowywałam się na wsi, jednak po skończeniu szkoły udało mi się dostać na studia i wyprowadzić do miasta. Za to moja siostra nigdy nie interesowała się nauką, po skończeniu szkoły zaczęła pracować na kasie, w jedynym sklepie w naszej wsi. Piszę to, aby zobrazować mniej więcej jej status materialny przez kolejne lata. Oczywiście mi wcale nie wiodło się lepiej, mieszkałam w akademiku, a dorywcza praca w magazynie nie pozwalała mi na więcej niż zapewnienie sobie minimalnych warunków do życia. Do tego studia, więc wyrwanie się ze wsi do miasta, wcale nie zapewniło mi nie wiadomo czego. W tym czasie, gdy ja ciężko pracowałam na lepsze życie w przyszłości, moja siostra mimo braku pieniędzy, wciąż mieszkając z rodzicami, zdecydowała się na dziecko z jakimś gościem, którego dodatkowo utrzymywała, bo ten nie planował pracować. Niestety dziecko urodziło się poważnie chore i o pieniądze na leczenie zwrócili się do mnie. Ale co ja mogłam im zaoferować, skoro sama żyłam na zupkach w proszku? Za to plan mojej siostry był taki, że powinnam rzucić studia i skupić się tylko na pracy, a całe pieniądze dawać jej na leczenie dziecka. I ja się na to nie zgodziłam.
Zanim mnie obrzucicie błotem - ona świadomie podjęła decyzję o dziecku, to był jej wybór i jej życie. Ja nie jestem instytucją charytatywną, nie zamierzam poświęcić całej mojej dotychczasowej pracy oraz przyszłości, aby naprawiać czyjeś błędy. Dla mnie jej propozycja wyglądała jak życie za życie, konkretniej - ja poświęcam swoje życie, aby ktoś inny mógł żyć. Owszem, mogłam ewentualnie przerwać studia, dokończyć w przyszłości, ale kluczowa jest tu choroba dziecka, która sygnalizowała, że zapotrzebowanie na pieniądze na leczenie zmaleje może minimalnie po latach i wciąż będzie potrzeba ciągłej pracy i gigantycznych pieniędzy. Dlatego nie wyobrażałabym sobie np. przez 10 lat pracować na czyjeś dziecko. Poza tym nie było też gwarancji, że te pieniądze faktycznie by wystarczyły, mogłabym pracować na marne przez lata, bo i tak byłoby za mało. Do tego jedynym staraniem siostry wciąż było pracowanie na kasie oraz założenie zbiórki, a ojciec dziecka starań nie włożył w to żadnych, bo jak twierdził, ma niesprawną rękę i nie może w ogóle pracować (jakoś w koszykówkę z kolegami zawsze aktywnie grał, z tego co widziałam). Więc czemu tylko ja miałabym się starać i coś robić? Dlatego odmówiłam rzucenia studiów, na co siostra zareagowała ogromną agresją. A po jakimś roku dziecko zmarło. I ja jestem o to obwiniana.
Siostra i jej facet mnie nienawidzą. Rodzice podobnie. Ale ja tyle ile mogłam, to zrobiłam. Wysyłałam im czasem drobne sumy, tyle na ile mogłam sobie pozwolić, kosztem np. jedzenia. Ale to wszystko. Po prostu nie uważam, że moje całe życie było warte poświęcenia przez to, że ktoś podjął bardzo głupią decyzję o dziecku w momencie, gdy nie miał ani grosza.
Jestem bezdzietną lambadziarą, która zamiast faceta trzyma kota. Mam też siostrę, która posiada bombelki sztuk dwie. Mimo że za dzieciakami jakoś szczególnie nie przepadam, to staram się być dobrą ciocią i czasem do siebie siostrę z córkami zapraszam.
Ostatnio u mnie w mieście sobota-niedziela była organizowana imprezka dla rodzin z dziećmi. Zaplanowano sporo różnych atrakcji, toteż zaprosiłam siostrę. Przyjechały w piątek, wszystko ładnie pięknie, siedzę z siostrą, pijemy kawkę, dziewczynki bawią się w salonie. Słychać głośne śmiechy i miauczenie kota. Myślę sobie - pójdę i sprawdzę, co tam takiego śmiesznego. Dziewczyny podnoszą mojego kota za ogon. Mówię im grzecznie żeby zaprzestały, bo kotek też czuje i na pewno nie jest mu przyjemnie. Przytaknęły, poszłam. Kilka minut później znów słychać śmiechy i kota. Wracam, a tam to samo. Mówię więc, że mają go zostawić, bo je w końcu podrapie i będzie płacz. Uspokoiły się.
Za jakiś czas przychodzą z pytaniem, czy dam im nożyczki. Już mam wstać i podać, ale zaciekawiło mnie po co im potrzebne, więc pytam. „A bo my byśmy ci ciociu kotka ostrzygły”. Oooo nie. Nożyczek w domu brak, przykro mi. Poszły zawiedzione. Za jakiś czas kot wybiega przestraszony z pokoju. Już nawet nie pytam co się stało, tylko mówię, że kotek jest zmęczony i musi odpocząć i zamykam go w łazience. Dziewczyny kursują do łazienki co pięć minut - a to skorzystać, a to rączki umyć, a to fryzurę poprawić. Ze środka słychać tylko śmiech i prychanie kota. Mówię siostrze, żeby powiedziała córkom, żeby nie zaczepiały kota. „Ale to tylko dzieci, daj im się bawić, nic się nie stanie”.
Za którymś razem młodsza wybiega z łazienki z płaczem. Kot nie wytrzymał i podrapał. Po twarzy. Siostra w krzyk, że co za potwora tu trzymam. Mówię spokojnie, że upominałam dziewczynki, żeby grzecznie się już bawiły, a później zostawiły w spokoju. Nie docierało.
Zabrała dzieci i wróciła do siebie obrażona. Przynajmniej kot ma spokój.
Ostatnio podczas jakiejś imprezy rodzinnej przeglądaliśmy albumy. Mam dwie siostry, każda z nas ma swój album, więc przeglądaliśmy wszystkie po kolei. No dobra, taki był zamiar. Najpierw najstarszej, potem średniej (mój), jednak do ostatniego nie doszliśmy przez jedno zdjęcie...
Album pełen moich zdjęć był przekomiczny, ponieważ jako małe bobo byłam łysa i miałam genialne miny. Oglądamy sobie, raz na jakiś czas wybuchając śmiechem. Aż do pewnego momentu.
Na jednej stronie jako pierwsze było bardzo ładne zdjęcie mnie na jakimś polu campingowym. W tle namioty, ludzie w całkiem ładnych ubraniach, motocykle, auta i inne takie. Stoję sobie w biało-niebieskiej koszuleczce w paski i gatkach. Ogólnie wyszłam przyzwoicie, więc pokazują na nie palcem mówię:
- O, patrzcie jakie fajne!
Nagle rodzice i starsza siostra wybuchają głośnym śmiechem. Ja nie wiedząc, o co im na wszystkie choinki świata chodzi, pytam się, dlaczego się tak śmieją. Odpowiedź była prosta.
Na tym campingu był zjazd motocyklistów. Ja bardzo zafascynowana panami z brodami w skórzanych kurtkach, przy których stały wypasione maszyny, podeszłam do jednego z mamą i zaczęłam wyciągać rękę w jego stronę. Bardzo miły mężczyzna pomiział mnie brodą, trochę się pośmiałam, jednak gdy z powrotem się wyprostował, mała ja ponownie wyciągnęłam rękę. Tym razem sprecyzowałam swoje żądania mówiąc "daj!" i skacząc, pokazując małą rączką na kask. Brodacz podał mi przedmiot z uśmiechem na twarzy, a ja zabrałam go i odbiegłam kilka kroków dalej. Mama zaczęła rozmawiać z przesympatycznym panem, przez co i on, i ona stracili zainteresowanie moją osobą.
W oddali zauważyłam jakieś dziecko, które sika, bądź robi co innego, do nocnika. Mając na sobie majteczki, z powodu braku pampersów, nagle uświadomiłam sobie, że też chce mi się załatwić. Sikałam w majty wiele razy, ale tu chodziło o coś grubszego. Chyba głupio mi było zesrać się do majtek, albo natchnął mnie ten dzieciak w oddali, ale w jednym momencie położyłam dar od motocyklisty na ziemi, ściągnęłam majtki, usiadłam i z zadowoleniem na twarzy zrobiłam swoje do kasku...
Na szczęście poszkodowany miał niezły ubaw z tej sytuacji.
Gdy miałam kilka lat, to zawsze jak wracałam do domu z pobliskiej budki z lodami jeden z pracowników pobliskiego zakładu mówił "Daj polizać" i przy tym rechotał, a ja za każdym razem zawstydzona wracałam do domu z płaczem.
Któregoś dnia mama powiedziała mi, co mam odpowiedzieć - znaczenie tych słów zrozumiałam wiele lat później.
Kolejnego dnia znów wracam z lodem do domu i słyszę:
- Daj polizać!
Na co odpowiadam:
- Nie chce mi się gaci ściągać...
Wybuch śmiechu jego kolegów pamiętam do dziś, a chłopak nigdy więcej mnie nie zaczepił.
Zawsze miałam problemy z niskim poczuciem własnej wartości. Postanowiłam nad sobą popracować - zrzuciłam sporo kilogramów, siłownia, basen, nowa fryzura, kobiecy styl ubierania. Tylko w środku nadal ważę ponad 100kg i moja samoocena wcale nie wzrosła. Uważam, że nie zasługuję na miłość. A na pewno nie ze strony mojego męża, który jest powszechnie uznawany za atrakcyjnego.
Od zawsze otaczały go ładne kobiety, milion razy lepsze i ładniejsze niż ja. Do dziś próbują z nim nawiązać kontakt jego byłe. Boję się, że mnie zostawi, bo zrozumie, że może mieć kogoś atrakcyjniejszego. Od momentu schudnięcia borykam się z problemami zaparć. Lekarze nie pomagali. Lekarstwo odkryłam sama - wystarczy, że obejrzę w trybie incognito (żeby czasem nie zobaczył, że przeglądałam) parę zdjęć jego byłych albo koleżanek. Tak się stresuję, że one są dużo atrakcyjniejsze niż ja, że puszcza od razu.
Jestem tatą, mam syna, który ma autyzm.
Od jakiegoś czasu syn wykazywał zainteresowanie sportem...
Nie mówił o tym, bo wypowiedzenie kilku słów na tydzień jest jego górną granicą, ale gdy zauważył w TV np. reklamę, w której ktoś biega albo robi pompki, to też próbował. Dla mnie to był szok, to jak stumilowy krok w nawiązaniu kontaktu.
Ostatnio byłem z nim na siłowni, bałem się że ktoś może wytykać palcami, albo że będzie panikował i ostatecznie narobimy tylko hałasu, lecz spotkałem tam mnóstwo wyrozumiałych ludzi, byłem w szoku jak wszyscy byli tolerancyjni, ktoś nawet wytłumaczył jak robić poprawnie ćwiczenia, syn był wyjątkowo spokojny, zachowywał się tam jakby był tam codziennie.
Nie skłoniło by mnie to do wyznania, skłoniła mnie ostatnia minuta, gdy już wychodziliśmy mój Syn spojrzał w moją stronę i powiedział "dziękuję tato".
Gdy w domu opowiedziałem o tym żonie, oboje płakaliśmy chyba z pół godziny... Coś czuję, że na siłownię będziemy uczęszczać regularnie.
Mało anonimowe, ale chciałem żebyście wiedzieli.
Mężatką jestem od ponad 20 lat, no i przez tyle lat mam teściów. Doskonale nigdy nam się nie układało, ale mniej więcej poprawnie. Mieszkamy niezbyt daleko od siebie, bo jakieś 15 km, oni w bloku, a my mamy dom z ogródkiem.
Odwiedziny były zawsze tylko w jedną stronę - my do nich. Oni u nas prawie nie bywali, mimo zaproszeń. Pamiętam smutek mojego dziecka, gdy dziadkowie nie przyjechali na jego 3. urodziny, żal, gdy dużo później nie odwiedzili go w szpitalu, gdy nie zainteresowali się do jakiej szkoły średniej poszedł. Nie przyjeżdżali, nawet jak mój mąż chciał ich przywieźć, a wymówki były, że benzyna droga, albo słabe połączenie komunikacją miejską, a potem to już samochodu nie mieli.
Prawie rok temu musieli pożegnać swojego psa. Rozpacz, smutek, poprosili mojego męża o pomoc (bo przyjmowania pomocy się nie wystrzegali) i jakoś tak wyszło, że ciało psa trafiło do naszego ogródka (tak, wiem, że nie powinno się tak robić, ale pies nieduży, teść powiedział, że nie da go spalić i w całym zamieszaniu zgodziłam się).
Od tej pory mamy stałe odwiedziny rodziny. Na początku co tydzień, później już co 2-3 tygodnie, nie mówią kiedy przyjadą, da się dojechać komunikacją miejską mimo przesiadek, wchodzą przez uchyloną bramę, nie zawsze pokażą się, że w ogóle byli, dosadzają nowe kwiatki, znicz czasem zapalą, postoją i pójdą. Czasem wejdą na herbatę, o wnuka nadal nie pytają.
Ciekawe jak zareagują, gdy dowiedzą się, że w miejscu pochówku mamy zamiar w przyszłym roku postawić altankę.
Pojechałam na tygodniowe wakacje do Hiszpanii. Sama. Podczas schodzenia z piętrowego łóżka w hostelu, nabiłam sobie pokaźnego siniaka na przedramieniu. Po powrocie, ludzie z pracy nie uwierzyli w moją historię i zaczęli podejrzewać, że ktoś mnie skrzywdził (w domyśle zgwałcił). Zaczęli brać mnie na stronę, oferować rozmowę i namawiać na wizytę u psychologa. Teraz jestem traktowana jak jajko.
Cieszę się, że mam tak wspaniałych ludzi wokół, ale już nie mam pomysłu jak ich przekonać, że po prostu jestem pierdołą i nie umiem zejść z łóżka piętrowego.
Kupiliśmy z żoną lustro do przedpokoju. Wieszałem je sam, pod mój wzrost było idealne, ale dla niej okazało się za wysoko. Kiedy ustaliliśmy wysokość, lustro zostało przykręcone na właściwe miejsce, po poprzednim zostały dziury. Chciał nie chciał trzeba zaszpachlować i pomalować, żeby jakoś to wyglądało.
Przygotowany w odpowiednie narzędzia wziąłem się do roboty. Kiedy zacząłem mieszać szpachlę wlało mi się za dużo wody i mieszanka był za rzadka, a więcej szpachli nie było, i wpadłem na najdurniejszy pomysł w moim życiu. Przypomniało mi się, że na makijaż mocno pomalowanych kobiet mówi się szpachla. Otworzyłem szafkę w łazience i przeszukałem żony kosmetyki. Znalazłem to czego szukałem - puder do twarzy. Wsypałem trochę do mieszanki, a że jeszcze było mało, to wrzuciłem całą zawartość. Mieszanka jak się patrzy, dziury zaszpachlowane, ale cóż, trzeba odkupić kosmetyk, coby dziewczę się nie zorientowało i żeby nie było rozwodu. Chwyciłem opakowanie i pędzę do laptopa, żeby sprawdzić w jakim sklepie dostanę ten puder... i doznałem szoku, jak można za takie małe opakowanie dać tyle kasy. Nic, popędziłem do drogerii, kupiłem z zaskórniaków ten przeklęty puder. I była to najdroższa szpachla, która - uwaga - kosztowała mnie 400 zł za 66 gramów. Oczywiście nie było tak kolorowo, luba i tak się zorientowała, bo nie zdjąłem zabezpieczenia.
Za żadne skarby się nie przyznam jakim osłem jestem i że mamy najdroższą szpachlę wszech czasów. Powiedziałem, że puder spadł, jak szukałem kremu do rąk.
Ostatnio trafiłam na szpitalny oddział ratunkowy w jednym z większych polskich miast. Selekcja wstępna i wydanie opaski. Dostałam zieloną (podejrzenie skręconej kostki, jak się potem okazało - jednak pękniętej). Stwierdziłam, że to zrozumiałe, jak by nie patrzeć nic mojemu życiu nie zagraża.
5 godzin później, kiedy wciąż czekałam na przyjęcie, koło mnie na korytarzu odstawiono kobietę z otwartym złamaniem na nodze. Dosłownie widziałam jej kość. Raz, że myślałam, że zaraz zwymiotuję na ten widok, dwa - ona też miała zieloną opaskę. No to był dla mnie szok, ale pomyślałam - OK, może mają jakieś poważniejsze przypadki.
Minęły kolejne 3 godziny i już prawie byłam u lekarza, kiedy znów przywieziono pacjenta, tym razem chłopca, który miał wbitą gałąź czy patyk w policzek. On również miał zieloną opaskę.
Ja naprawdę nie wiem, co człowiekowi w Polsce musi się stać, żeby była choćby ta pomarańczowa.
Dodaj anonimowe wyznanie