#v59IZ

Zaczęło się niewinnie: kupiliśmy mieszkanie w małym bloku, na 1 piętrze. Nad nami sąsiedzi. Zrobiliśmy remont, wprowadziliśmy się.

Mieszkająca nad nami rodzina - małżeństwo z dwójką małych dzieci - zaczęła „dawać nam popalić”. O 6 rano w weekendy i od 7 rano w tygodniu łomot, biegające dzieci, tupiący do późnej nocy sąsiedzi, piski i krzyki dzieci, upuszczane zabawki, szuranie krzesłami. Nie szło spać, nie szło poczytać w ciszy książki, nie słychać co mówią w TV, jeden wielki łomot i huk. Nie przesadzam - gdy tylko ktoś nas odwiedzał i u nas nocował, porankiem pierwsze co słyszeliśmy, to było: „współczuję Wam”.

Poszliśmy do sąsiadów pierwszy raz - opisaliśmy na spokojnie sytuacje - powiedzieli: ok, rzucimy jakiś dywanik. I nic się nie zmieniło. Po jakimś czasie życia w łomocie poszliśmy drugi raz, potem trzeci. Moja frustracja rosła, bo nie szło się wyspać, a dochodziliśmy do paranoi, że musiałam wyjechać do hotelu na weekend, żeby zażyć trochę snu.

Mieszkaliśmy wcześniej w wielu mieszkaniach, w nowym i starym budownictwie i nigdy nie było tak głośno. Nigdy nie było tak słychać sąsiadów, nigdy nie było to tak uciążliwie.

W międzyczasie wzięliśmy ślub. Zaszłam w ciążę. W 7 miesiącu ciąży poszłam na zwolnienie, lekarz kazał dużo leżeć i odpoczywać, wiec całe dnie spędzałam w domu. W huku. Płakałam codziennie, pisałam do sąsiadów, prosiłam, błagałam. W końcu poszłam tam, któregoś dnia o 7 rano płacząc, BŁAGAŁAM, by chociaż dali rano spać, żeby dzieci rano nie biegały. Wyzwali mnie od wariatek.
Prosiłam, żeby może położyli coś na podłogę. Sąsiedzi powiedzieli, że dywanów nie położą (ponoć to pomaga, bo nie pozwala się fali dźwiękowej rozejść), bo im się nie podobają, bo mieszkanie zaprojektowane przez architekta...

W końcu postanowiliśmy: wyciszymy sufity. Wydaliśmy na to wszystkie oszczędności. Profesjonalna firma od wyciszeń, dwie maty wyciszające, pianka wyciszająca, specjalne panele akustyczne... wiele czytania o rozchodzeniu się dźwięku. Ogromna nadzieja.

Po remoncie sufitów wróciliśmy do mieszkania. Wyciszenie prawie nic nie dało.
Rodzę za tydzień. Nie mamy możliwości wyprowadzić się teraz z mieszkania. Ciągle słyszę łomot kroków sąsiadów (sąsiadka też w ciąży i też cały dzień w domu, łazi i tupie tak, że nie da się tego wytrzymać), nie da się tak żyć. A muszę. Płaczę codziennie. Z bezsilności. Z bólu serca, że "nasze miejsce na ziemi" okazało się miejscem, gdzie jestem torturowana. Codziennie.

W ciągu dnia, żeby nie zwariować chodzę w zatyczkach do uszu i słuchawkach wyciszających. Śpię po 4-5, max. 6h dziennie, więcej się nie da, bo sąsiedzi tupią po nocy, a ich dzieci budzą się rano.

Nie wiem jak zareaguje nasz niemowlak, jak się już urodzi. Jestem załamana.

#6rCUD

Pracuję w korpo.
Ostatnio przenieśliśmy się do super-zajebiście-nowoczesnego biurowca, gdzie wszystko jest na kody, karty i odciski palca.

W dwóch kuchniach poza wielkimi stołami mamy dwie zmywarki, dwie lodówki, czajniki, ekspresy do kawy i inne bajery. W kiblach natomiast pachnie gumą balonową, w każdej kabinie psikacz na wypadek śmierdzącej dwójki i delikatny papier.

Ostatnio miałam na ranną zmianę, na 6. Na tą godzinę praktycznie nikogo nie ma, a jak już jest, to jedna osoba i nawet nie musi być z mojej lokalizacji.
Z rana oczywiście obowiązkowo kawka, jeszcze zdążę na fajkę na dół i można siedzieć do 8 i oglądać serial, bo nikt nie zawraca dupy.

I tak sobie siedziałam do tej 7, kawę wypiłam, zjadłam śniadanie i powkładałam naczynia z dnia poprzedniego do zmywarki nastawiając ją. Nagle poczułam zew (fajki i kawka zadziałały) więc udałam się do łazienki. Siedziałam sobie może ze 20 min, chce spłukać wodę i stało się. Zapchałam. W tym momencie zapach gumy balonowej, psikacze i inne bajery przegrały z potrzebą postawienia w tych przeklętych kiblach zwykłej szczotki/przepychaczki. Wynalazłam jakiś długi drut i udało mi się uporać z problemem, spuściłam wodę i poszłam do biurka.

Chwilę po 8, kiedy pojawiły się pierwsze osoby, zgasły wszystkie komputery, odcięło prąd. Lekka panika połączona ze szczęściem, ale szukamy problemu, ktoś dzwoni do ciecia z dołu. Okazało się, że rura w kiblu po prostu pękła zalewając... serwerownię, wszystkie kable itp. Nie włączyli też awaryjnego zasilania. Nie mam pojęcia kto wymyślił aby koło łazienek, ściana w ścianę zrobić serwerownię, ale stało się. Czekaliśmy ponad 2h aż uporali się z problemem. Wychodząc z pracy o 14 wylała zmywarka, którą nastawiałam pierwszy raz o 7, i która to mieści się w kuchni, ściana w ścianę z serwerownią.
To był dobry dzień.

#f5OnQ

Od dłuższego czasu choruję na chorobę Gravesa-Basedowa i w związku z nią, nadczynność tarczycy. Pomijając szereg dolegliwości, najbardziej wyraźne są dwie. Wdupizm i wyjebanizm. Choroba, sama w sobie często wiąże się z zaburzeniami na tle psychiki, ale moje to już osiągają zenit (w przeciwieństwie do kobiet, które np. w związku z tą chorobą, bardziej wpadają w depresję, lęki, nerwicę).

Ja mam wszystko gdzieś. Męża, córki, rodzinę i przyjaciół. Nie obchodzą mnie, pomimo że przed chorobą kochałam ich ponad życie. Nerki dałabym sobie wyciąć za nich. A teraz? A teraz to ja nic nie czuję. Byłam u psychiatry i psychologa, u endokrynologa. Tak właśnie choroba na mnie wpłynęła. Spłyciła mi uczucia, bo mi się kochać i nienawidzić nawet nie chce. Nic mnie nie raduje i nie smuci. Wyniki tarczycowe mam w normach, Graves-Basedow uśpiony, nawet problemy z sercem ogarnięte. I co? I nic właśnie. Nikt o niczym nie wie, na co dzień jestem przykładną matką i żoną dbającą o dom, pracującą. Tylko pustą w środku. No i w sumie co z tego? Psychiatra się cieszy, że pacjentka reaguje na leki, mąż się cieszy, że żona się stara, i dzieci też, bo mama kocha.. Tylko ja patrzę w lustro i nie widzę nic, nie czuję, nie kocham. I w sumie to nic mnie to nie obchodzi, bo po co.

#zJzS7

Od początku studiów mieszkałam z moim chłopakiem ,a później narzeczonym w pokoiku, w mieszkaniu z trzema z innymi studentami. Żyło nam się dobrze, ludzie byli w porządku więc nie narzekaliśmy.

Na ostatnim roku mojego licencjatu, młodsza siostra mojego faceta rozpoczęła studia i za namową mojego chłopaka i teściowej, wynajęliśmy mieszkanie we 3. Ona miała swój pokój i my swój.

Zawsze lubiłam Basię, bo wydawała mi się rozsądna i sympatyczna ale to, co wyprawiała w mieszkaniu przechodziło ludzkie pojęcie.

Mieliśmy ustalony grafik sprzątania, do którego nie potrafiła się dostosować, bo zawsze było coś. Przez pół roku ani razu nie posprzątała, nie myła po sobie naczyń, wszędzie był syf. W jej pokoju stały talerze porośnięte pleśnią! Nie szanowała też mieszkania i w ogóle nie martwiła się o kaucję. Rozwaliła drzwi do swojego pokoju, połowę szafek w kuchni, a nawet zbiła lustro w łazience. Na każde zwrócenie uwagi, reagowała histerycznym płaczem i dzwonieniem do matki, że my się nad nią znęcamy. Najczęściej wtedy teściowa dzwoniła do mojego narzeczonego i on zgarniał opieprz, że nie pomaga siostrze.

Ja nie chciałam ingerować, ale miarka się przebrała gdy pewnego razu po powrocie do domu, zobaczyłam syf nie tylko w kuchni, ale i u nas w pokoju. Gówniara chciała bez pytania pożyczyć moje ciuchy i kosmetyki, więc wyrzuciła mi wszystko z szaf i nie raczyła tego ułożyć. Darłam się na nią przez 15 minut i po tym incydencie, teściowa zadzwoniła do mnie. Próbowała mi wmówić, że jestem niewdzięczna i niewychowana, i jak to mogę krzyczeć na jej córeczkę, przecież to anioł , a my jej ciągle robimy na złość. Zadzwoniłam do teściowej na messengerze, z relacją na żywo, weszłam bez zapowiedzi do pokoju jej córeczki żeby zobaczyła jak zapuściła mieszkanie. Gdy przedtem jej o tym mówiliśmy z narzeczonym, to nie chciała nam wierzyć.

Teściowa aż się zapowietrzyła gdy jej córka wyleciała do mnie z pyskiem, że jestem potworem, który próbuje ją zniszczyć. Potem zaczęła się tłumaczyć, ale po setnym "mamusiu, to nie tak", teściowa po prostu się rozłączyła. Musieliśmy potem mieszkać z tą kretynką jeszcze przez pół roku, aż nam się skończyła umowa, ale bez interwencji teściowej. Nigdy więcej wspólnego mieszkania.

#jDoPl

Jako, że wielkimi krokami zbliża się rozpoczęcie przeze mnie studiów, chciałem się podzielić moim wkurzeniem (delikatnie mówiąc), bo nie idę sam na ten sam kierunek, ale od początku.

Mieszkam w dość dużym mieście. Mój wujek (brat mojej mamy) mieszka ze swoją rodziną niedaleko i jak to zwykle bywa - utrzymywaliśmy bliski kontakt np: ja i moje kuzynki jeździliśmy razem na wakacje kiedy byliśmy mali, wpadliśmy do siebie na obiady lub nocowaliśmy często u siebie itp. Ja i jedna z moich kuzynek, nazwijmy ją Ola, poszliśmy do tej samej podstawówki, potem do gimnazjum. Przyszedł czas na wybór szkoły średniej. Kiedy Ola dowiedziała się gdzie idę, złożyła podanie do tej samej szkoły twierdząc, że "ja tam chciałam iść pierwsza". Oczywiście swojej rodzinie opowiedziała swoją wersję. Trochę mnie to wkurzyło, bo chodzenie z kuzynką do jednej klasy nie jest fajne, ale myślę sobie "nie będę zmieniał swojej decyzji, jakoś wytrzymam z nią te 3 lata". Jakoś się udało. Pomińmy szczegóły związane z posiadaniem w klasie "szpiega" (wszystko co działo się w szkole, informacje o moim życiu prywatnym - dziewczynie, znajomych itp. Ola opowiadała swojemu ojcu, a on opowiadał o tym mojej mamie...).

Przyszedł czas na składanie deklaracji maturalnych. Ola tradycyjnie wybrała te same przedmioty... Już na początku drugiej klasy podjąłem decyzję o wyborze kierunku studiów, ale ukrywałem to aż do składania papierów, bo bałem się, że Ola pójdzie za mną. Jeśli ktoś spytał mnie o moje plany zawsze mówiłem, że jeszcze nie zdecydowałem.

Nie dało się ukrywać tego w nieskończoność. W końcu musiałem powiedzieć najbliższej rodzinie gdzie chce iść. Mama oczywiście się wygadała wujkowi mimo, że prosiłem żeby mu o tym nie mówiła. Ola złożyła papiery tam gdzie ja. Ona się dostała, ale nie ja. Zdecydowała się jednak na inny kierunek. Ja niedawno dostałem się w drugiej turze. Ola zrezygnowała ze swojego kierunku i złożyła papiery na mój. Dostała się... Teraz twierdzi, że ona zawsze chciała studiować ten kierunek i że wszystko od niej małpuje.

#THyRg

Mając 22 lat, poznałam w internecie Kamila, starszego o rok ode mnie. Dzieliła nas cała Polska, ale zaczęliśmy ze sobą bardzo dużo rozmawiać, pisać prawie codziennie, a potem nawet dzwonić. W końcu zakochałam się w nim (na tyle ile się da przez internet), a on we mnie. Wydawał mi się wtedy chodzącym ideałem, studiował weterynarię, czytał te same książki co ja, był szarmancki, uczuciowy i inteligenty. A do tego był również bardzo przystojnym, wysokim blondynem.

Nasza internetowa miłość kwitła, jakkolwiek to brzmi, bo ani razu się wtedy nie widzieliśmy na żywo. Strasznie chciałam się z nim spotkać, ale miałam ciężkie studia, do tego praca, a z kolei, gdy trafiała się jakaś okazja to akurat on miał coś pilnego. Nigdy też nie udało się nam porozmawiać na kamerkach internetowych, bo zawsze coś stało na drodze, a to komputer mu się popsuł, a to ma gości itp. Jakoś kompletnie nie wzbudziło to nigdy moich podejrzeń. Byłam strasznie zaślepiona i naiwna. Nawet na tapecie w telefonie miałam jego zdjęcie, które mi wysłał. Jedno z wielu. Jednak pewnego dnia napisał mi, że ma zupełnie wolny tydzień i może do mnie przyjechać. Byłam cała w skowronkach, dosłownie skakałam ze szczęścia. Nawet na bilet mu dorzuciłam, bo był chyba biedniejszym studentem niż ja. Miałam go odebrać z dworca o 15 i zabrać do siebie. I tu następuje zwrot akcji.

Owszem, przyjechał do mnie, ale okazał się zupelnie inną osobą. Nawet nie miał na imię Kamil, tylko Kazimierz. Zamiast być starszy o rok, był starszy o 7 lat. Nie studiował weterynarii, tylko dorywczo pomagał ojcu na budowie. Nie był też wysokim, przystojnym blondynem, tylko niższym ode mnie o co najmniej 10 centymetrów, wychudzonym chłopem, którego twarz wyglądała na starszą niż jest, dodatkowo brakowało mu kilku zębów, ale chyba większy problem miał jednak z higieną. Wyglądem przypominał wręcz menela. Okazało się, że zdjęcia jakie mi wysyłał, były zdjęciami jego kuzyna. A co do reszty... Otóż podobno często w sieci udawał kogoś innego, ale jak poznał mnie, to się zauroczył od razu, jednak bał się przyznać, że przedstawił się jako ktoś inny. Potem wciąż kłamał, bo przecież odrzuciłabym go gdybym znała prawdę. Gdy nie mógł pisać, bo jak twierdził, miał zajęcia, tak naprawdę pił z kolegą, bo jak się okazało, jest też "początkującym" alkoholikiem.

I co sobie myślał przyjeżdżając tu? A no to, że skoro tak go pokochałam, to wybaczę te kłamstwa i zaakceptuje go takim jaki jest. No niestety. Gdy już mi wszystko wyjaśnił, a ja w końcu doszłam do siebie po tym szoku, po prostu odprowadziłam go na dworzec i poszłam do domu, płakać w łóżku. I tak przepłakałam chyba z 3 dni, nikt mnie nigdy tak nie oszukał. W końcu doszłam do siebie, a z nim urwałam kontakt tego samego dnia, w którym przyjechał. Potem już raz na zawsze odechciało mi się szukać miłości w internecie. Teraz te historie wspominam jako idealną lekcję życia, cóż, mam nauczkę, za to, że byłam taka głupia i naiwna. Choć przyznam, że on tez był bardzo dobrym kłamcą i manipulatorem.

#UC8fo

Czasami ludzie ogłaszają na różnych stronach i grupach, że muszą oddać psa, bo ktoś w domu ma alergię albo jakieś inne uczulenie. Z reguły denerwują mnie takie posty, a komentujący nie mają litości dla tego kto wstawia ogłoszenie. Najczęstszą radą jest: "oddaj gówniarza, bo pies/kot był pierwszy!".

Moja ciotka chyba wzięła sobie to do serca. Ma dwoje dzieci, czternastolatka i czterolatkę, mieszkają niedaleko nas. Ciocia zawsze miała fioła na punkcie zwierząt, od mało wymagających jak rybki, po naprawdę duże psy takie jak bernardyny. Na ten moment ma w domu trzy psiaki i kota, ale wiem, że myślała nad jakimś kolejnym futrzakiem. Niby ok, ciocia naprawdę dba o swoich pupili. Może nawet za bardzo? Szymon ma astmę, którą zdiagnozowano u niego kiedy zaczynał podstawówkę. Kilkukrotnie tracił oddech i pod dom zajeżdżała karetka. Ciocia była przerażona i zabrała go na badania - stwierdzono silną alergię na psią ślinę i sierść. W domu były wówczas dwa psy, jednak nikomu nie przyszło do głowy by je gdzieś oddawać. Z jednej strony czyn godny pochwały, z drugiej Szymek musi mieszkać w domu, gdzie w każdym zakątku czyha na niego zagrożenie. Dopiero poza domem naprawdę odżywa, chociaż i tak nie rozstaje się z inhalatorem.

Później urodziła się Zuzia i chociaż na początku wydawało się, że obecność psów w niczym jej nie przeszkadza, to lekarz potwierdził smutne wyniki badań. Po kontakcie ze zwierzętami mała dostaje okropnej wysypki na całym ciele, robi się czerwona na twarzy i kaszle. Niby ciocia jakoś temu zapobiega - kupuje jej leki, nie pozwala psom wchodzić do jej pokoju, ale i tak każdego dnia istnieje ryzyko, że Zuzia zakrztusi się na śmierć.

I teraz najlepsze - ciocia znalazła sposób jak pogodzić miłość do zwierząt z miłością do dzieci.

Dogadała się z babcią i zawiozła do niej dzieciaki - nie na wakacje, ale na stałe. Rodzina była w szoku, ale według cioci jest to idealne rozwiązanie. Teraz na babcię spadł obowiązek dowożenia wnuczki do przedszkola, a wnuka na przystanek autobusowy. Zuzia kompletnie nie rozumie czemu mama wyrzuciła ich z domu, Szymon jest załamany i wściekły. Moja mama jeszcze próbuje jej przemówić do rozumu, ale ciotka jest uparta i nie da sobie niczego wytłumaczyć. Za to na Facebooku jest bardzo aktywna - gdy tylko ktoś ogłasza, że chce oddać psa, ciocia komentuje jako pierwsza. Na ten moment zaklepała sobie już jamnika i dwa kotki znalezione w lesie. Jako argument, żeby to jej oddać zwierzaki podaje fakt, że w domu ma już inne i nie ma dzieci, którym obecność zwierząt mogłaby przeszkadzać.

#VVeYo

Gdy byłam już w widocznej ciąży, babcia mojego męża zepchnęła mnie ze schodów, bo jak twierdziła, nie chce, żeby jej wnuczek miał dziecko z taką bezbożnicą jak ja.

Mnie i dziecku na szczęście nic się nie stało, jedynie zdarłam kolano. I sprawa mogłaby się skończyć w sądzie, gdyby nie to, że babcia umarła tydzień później na zawał. Może to właśnie karma...

Na pogrzebie się nie pojawiłam, mąż też nie.

#EdxFD

Mam 35 lat i do tej pory myślałem, że te cienkie warkoczyki na głowie Afroamerykanów, to są naturalne włosy, niesplecione. Po prostu myślałem, że jednym rośnie afro, a innym warkoczyki.

Żona uświadomiła mnie podczas oglądania serialu, 30 razy pytając, czy mówię serio.
Mówiłem serio.

#RgXoG

W dzieciństwie miałam królika. Był moim najlepszym przyjacielem. Bardzo o niego dbałam.

Jednak pewnego dnia, gdy wróciłam ze szkoły, klatka była pusta. Rodzice powiedzieli mi, że królik bardzo źle się poczuł, zawieźli go do weterynarza, a tam okazało się, że jest bardzo chory, więc został uśpiony i spokojnie odszedł z tego świata do nieba dla zwierząt. A po latach się wydało, że rodzice wcisnęli mi tą bajeczkę, bo byłam dzieckiem, a tak naprawdę mój młodszy brat udusił go podczas zabawy.
Dodaj anonimowe wyznanie