Jakiś czas temu postanowiłam zmienić coś w swoim życiu.
Podczas studiów pracowałam w lodziarni w galerii handlowej w jednym z większych miast. Zarobki takie sobie, ale nie była to najniższa krajowa, a i z każdym rokiem zarabiałam więcej. Po studiach postanowiłam poszukać pracy w zawodzie.
Znalazłam pracę w domu dziecka jako "młodszy wychowawca". Wszystko super, rozmowa poszła obiecująco, zaproponowano mi kilka dni wolontariatu, żebym przyszła zobaczyć jak wygląda ta praca, zapoznać się z ogólnymi zasadami oraz żeby stwierdzić, czy się do tego nadaję. Po kilku dniach wolontariatu stwierdziłam, że pomimo wszystko chcę podjąć tę pracę. Jest bardzo trudna i niesie ze sobą bardzo duża odpowiedzialność, trzeba robić tam dosłownie wszystko. Wchodzisz i stajesz się nagle mamą dla 10 dzieci, myjesz je, podcierasz, odrabiasz lekcje, robisz pranie, rozwiązujesz konflikty między dziećmi i między rodzicami, jesteś nazywana k**wą itp. Dbasz o to, żeby dzieci się nie nudziły i przede wszystkim nie pozabijały. Poza tym obciążenie psychiczne, z którego pewnie zdajecie sobie sprawę.
W każdym razie poszłam podpisać umowę o pracę. Okazało się, że moje zarobki za cały etat będą wynosić coś koło 2000 zł na rękę. Czaicie to? Ja więcej za cały etat zarabiałam w lodziarni, gdzie nie było żadnej odpowiedzialności za nikogo. Praca polegała na robieniu deserów, mieszanek, sprzątaniu i uzupełnianiu papierów.
Tak wygląda nasz kraj. :)
PS Kobieta, która pracuje tam 12 lat zarabia tylko 200 zł więcej.
Nie przepadam za wszelakiej maści dyskotekami. Wolę domówki czy zwykły bar. Kilka razy zdarzyło się jednak, że zawitałem do klubu. Jeden z takich razów miał miejsce podczas tzw. "półmetka" w liceum.
Siedzimy ze znajomymi na kanapach w jednej z sal. Na kanapie obok jakiś chłopak całuje się z dziewczyną siedzącą mu na kolanach. Cała nasza grupa zerka na to kątem oka z coraz to większym obrzydzeniem. Uczucie uczuciem, namiętność namiętnością, ale to bardziej wyglądało na zawody czyje ślinianki wyprodukują więcej śliny i szybciej dostarczą ją do ust partnera. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść.
Chłopak przerwał pocałunek i odezwał się do dziewczyny:
- Zaczekaj chwilę...
Po czym bezceremonialnie zwymiotował między nogi... i jakby nigdy nic para wróciła do przerwanego pocałunku.
Od tamtego momentu minęło ponad 10 lat, a ja przez ten czas podobne miejsca rozrywki odwiedziłem może ze trzy razy.
Zainspirowana wyznaniem o pracy w hotelu, opiszę wam najbardziej obrzydliwą rzecz, jakiej tam doświadczyłam.
Pracuję w hotelu 4-gwiazdkowym za granicą. Na szczęście nie ma u nas sytuacji, w których wszystko wycieram mokrym, brudnym ręcznikiem, czy brakuje jakichś środków czystości. Zdaję sobie też sprawę, że jako sprzątaczka będę musiała zajmować się rzeczami czasem obrzydliwymi. Brązowe ślady niestety nie są mi obce. Ale nie o tym chcę mówić w tym wyznaniu.
Jakiś czas temu czekałam aż zwolni się jeden z pokojów, które muszę ogarnąć. Wyszły z niego dwie młode dziewczyny w chustach, popędzane przez wyraźnie wściekłego ojca. Dziewczyny wyglądały na dość bogate. Ubrane w markowe ubrania, z drogimi telefonami w dłoniach. To był chyba ostatni raz kiedy pomyślałam, że jeśli ktoś jest tak ubrany, to jest i zadbany.
Pokój to była tragedia. Śmieci były po prostu wszędzie. Ale to mnie nie dziwi jakoś bardzo. Nastolatki w pokojach potrafią zostawiać istny armagedon. To kwestia kultury i wychowania moim zdaniem. Sprawnie wszystko zebrałam i zajęłam się pościelą. W pierwszym momencie pomyślałam - co to? piasek w łóżku? czy one spały w butach? To nie był piach. To były wszy. WSZY. Były bardzo duże i było ich mnóstwo. Wszędzie. Znalazłam je w łóżku, na łóżku, pod łóżkiem, na stole, na podłodze obok lustra, nawet na sedesie. Byłam tak zszokowana, że przez chwilę nie wiedziałam kompletnie co z tym zrobić. Zawołałam przełożoną, która nie wydawała się być przejęta sytuacją. Powiedziała tylko "Spokojnie, to mogą być też pluskwy. Przyniosę nowe poduszki i będzie dobrze".
Po pracy od razu poszłam do apteki po specjalny szampon. Nie wydawało mi się, żebym miała z nimi bezpośredni kontakt, ale głowa swędziała od samej myśli o tym. Sprzątania pokoju odmówiłam, ale w ramach rekompensaty zapłacono mi za niego tak jakbym go posprzątała.
Najbardziej jednak ciekawi mnie to, czy one tego nie czuły? Świąd im nie przeszkadzał?
Ciągle mam w głowie obraz tego co musiało dziać się na ich głowach pod tą chustą. Jako dziecko zdarzyło mi się mieć wszy, więc wiem jak to jest i jest to również moja mała trauma. Gdzie są rodzice w takiej sytuacji? Nie rozumiem jak można do czegoś takiego dopuścić. Osiągnęłam dzięki temu swój szczyt obrzydzenia.
Nadal tam pracuję.
Pracuję jako kosmetyczka, a mój mąż (niestety) pomaga przy rodzinnym interesie.
Dlaczego niestety? Bo dostaje za to psie pieniądze. Robi tam jak niewolnik, a teść daje mu pieniądze wedle własnego uznania, czasem kilka stów, czasem nic.
Mamy na utrzymaniu dom, dwa samochody, którymi dojeżdżamy, a mąż ma lekką rękę do pieniędzy. Tu komuś pożyczy, tam kupi jakieś pierdoły, tu zasponsoruje dzieciakom kumpla jakiś fast food... I tak pieniądze idą, a ja czasami zastanawiałam się skąd wsiąść na gaz, żeby dojechać do pracy.
Naprawdę miałam dość, mąż wszystko daje z siebie innym (niestety to typ człowieka o złotym sercu). Żadne rozmowy z nim nie pomagały, bo odpowiadał, że to tylko pieniądze, a wdzięczność ludzi i dobra opinia jest ważniejsze. Tia... on w nocy wstawał naprawiać za darmo elektrykę sąsiadowi, gdy poszło jakieś zwarcie, a gdy my prosiliśmy o pierdołę typu kupienie coś w sklepie, bo akurat jechali, to odpowiadali, że nie.
Aż w końcu pieniądze się skończyły. Szefowa zabrała mi część godzin, przez co wypłatę przynoszę o połowę mniejszą. Na początku było ciężko, ale z czasem mąż odkrył, że nie musi każdemu pożyczać, nie musi wydawać na każdą pierdołę, w końcu nauczył się odmawiać.
Co w tym anonimowego?
Szefowa wcale nie ucięła mi godzin, zmieniłam pracę na lepiej płatną, oprócz tego zdarza mi się jeździć prywatnie do klientek. Nasza sytuacja finansowa jest najlepsza od lat. Dlaczego to zrobiłam? Bo miałam dość odmawiania sobie wszystkiego, zapier... jak głupia i że nic z tego nie mam. Więc tak - okłamuję męża, otworzyłam oddzielne konto, gdzie szefowa przelewa mi wypłatę, część z niej wkładam na nasze konto, ale 3/4 ląduje na moim. Mąż prędko nie zauważy, że wracam później, bo sam na ogół wraca po 21, a ja w końcu jestem szczęśliwa, a i konta nie sprawdzi skąd są przelewy, bo nie ma dostępu do bankowości online.
Odłożyłam pieniądze, mam już na remont pokoju dziecięcego, na wyprawkę, mogę sobie pozwolić na odżywkę do włosów, nowszy telefon. Nawet nie wiecie jaka byłam szczęśliwa mogąc sobie kupić loda gałkowego w budce, a nie zwykłego wodnego za złotówkę.
Czuję się źle z tym co robię, a jednocześnie jestem szczęśliwa. W końcu to my korzystamy z naszych pieniędzy (mężowi kupiłam trochę nowych ubrań, bo on i tak sam nie wie co ma w szafce, nawet nie zauważył).
Za jakiś czas zwiększę kwotę przelewaną na konto, ale już chyba nigdy nie przeleję całości. Chcę, by nasze dzieci miały jakieś pieniądze na start, chcę mieć coś na czarną godzinę.
Czy żałuję? Nie, przynajmniej mój mąż nauczył się odmawiać, co uważam za duży sukces, a nas w końcu stać na większe zakupy czy po prostu kupienie sobie normalnych ubrań, a nie latanie po ciuchlandzie, gdy wszystko jest za złotówkę.
Zerwałem z niepełnosprawną dziewczyną. Pewnie teraz większość pomyśli, że jestem draniem i w ogóle nie mam serca. Z M. poznaliśmy się rok temu na jednym z portali randkowych. Już po pierwszym spotkaniu z nią wiedziałem, że jest wyjątkową kobietą. M. jest zupełnie inna niż stereotypowy wizerunek osoby niepełnosprawnej: zawsze uśmiechnięta, do wszystkiego pozytywnie nastawiona, ciesząca się z błahostek dnia codziennego (np. dziś przeszłam przy chodziku 10 korytarzy, a nie 9 jak wczoraj).
Po kilkunastu spotkaniach i wielokrotnych zapewnieniach, że jej wózek nie jest dla mnie problemem, zdecydowaliśmy się być razem.
Na początku wszystko było cudownie. Wspólne wyjścia na spacery, do kina, na kawę i ciacho trzymanie się za ręce. Zachowywaliśmy się tak jak byśmy mieli po 16 lat, a nie prawie 30. Nawet spotkania z naszymi rodzicami, których tak się oboje baliśmy (co sobie mogą pomyśleć o M., albo co to za desperat bierze sobie na głowę taki ciężar) wypadły wspaniale. Zresztą moja mama z miejsca zaczęła traktować M. jakby już była jej synową. Jak nietrudno się domyślić sielanka nie mogła trwać długo, a jej końcem okazali się znajomi M., których poznała jeszcze przed swoją chorobą.
M. była od nich bardzo uzależniona i praktycznie zawsze przyjmowała ich decyzje. Kiedy proponowałem jakiś wyjazd na weekend we dwoje odpowiadała, że pewnie sobie z nią nie poradzę. Natomiast kiedy jej znajomi proponowali taki wyjazd, zawszę się zgadzała (nawet na wyjazd w styczniu w góry). Czułem się trochę pominięty, ale uważałem, że czasami dobrze jest od siebie odpocząć i spędzić z kimś innym czas. Jednak ostatnio coś we mnie pękło i nie uznałem, że dłużej nie może tak być.
Zaproponowałem jej wyjazd zagranice na wakacje na początku września. Powiedziałem, że możemy jechać z jej znajomymi. Zgodziła się, ale po tygodniu odwołaliśmy wyjazd, bo jej znajomy Jacek, będzie się bronił w połowie września i będzie się uczył, a później to już różnie z pogodą (Jacek oczywiście nie napisał pracy). Koniec końców pojechaliśmy na kilka dni na Mazury w sierpniu. W międzyczasie M. zdążyła odrzucić propozycje wspólnego wyjazdu do Pragi, bo za drogo.
Pewnie wszyscy się teraz zastanawiają czemu zerwałem z M. Zakończyliśmy swój związek ponieważ M. spędza właśnie teraz weekend w Pradze ze swoimi znajomymi - Jackiem i Agatą. A Ja już dłużej nie mogłem znieść takiego traktowania z jej strony.
Mam nadzieję, że uda jej się znaleźć kogoś, kto będzie w stanie zaakceptować Ją w całości taką jaką jest. Ja nie byłem w stanie znieść jej towarzyszy, pomimo kilkunastu prób...
Pracuję w korporacji już jakieś 7 lat. Od około 3 lat pracuje tam pewna dziewczyna, nazwijmy ją Zuza.
Od początku miedzy nami nie zaiskrzyło, cały czas jej dokuczałem, a ona mi, wiecznie sobie dogryzaliśmy. Ładna z niej dziewczyna, ale lekko grubsza, nigdy nie patrzyłem na nią jak na dziewczynę dla mnie. No i sobie tak pracowaliśmy razem aż do tej pory.
Tylko że... teraz jestem w niej totalnie zabujany. To co mi w niej przeszkadzało zacząłem lubić, czasami gdy rozmawiamy w grupie, to zauważyłem, że mamy takie same poglądy, lubimy te same rzeczy. Po prostu strasznie ja polubiłem, nie mówiąc o czymś więcej.
Najgorsze jest to, że ona mnie nie lubi i myśli, że ja nie lubię jej. Próbowałem złapać z nią kontakt, czasami do niej napiszę na messengerze z jakąś głupotą, ale odpisuje krotko i zwięźle, a mi głupio jest zapytać nawet co u niej słychać. Próbowałem z nią pogadać w pracy, ale zawsze albo odchodzi albo odpowie krotko i nie ciągnie tematu.
Przegryw ze mnie totalny.
Miałam jakieś 8-10 lat. Moja mama z ciociami zrobiły sobie małą imprezkę, ja z bratem korzystając z okazji siedzieliśmy do późna jak nigdy i oglądaliśmy bajki.
Mama z ciocią chciały sobie kupić jeszcze jedną flaszkę, no ale jak? Była 2 nad ranem, sklepy pozamykane, tylko nocny w centrum miasta...
Wpadły więc na pomysł, że zamówią wódkę taksówkową. Oczywiście kosztowało to trochę więcej, no więc zaczęły liczyć miedziaki, wszędzie szukały kasy, po kieszeniach, w szafach etc.
W końcu uzbierały, szczęśliwe zamawiają, czekają. Jest!
Mama poszła na dół, żeby odebrać pakunek od taksówkarza. Wchodzi po schodach (4 piętro) i nagle huk i krzyk.
Wchodzi do domu z reklamówką pełną szkła.Walnęła butelką o schody i ta się rozbiła.
Nigdy w życiu nie widziałam jej tak wkurzonej! Nie mogłam uwierzyć, że tak potrafiła przeklinać!
Byłam na nią wściekła, że wódka potrafiła ją doprowadzić do takiego stanu. Nie mogłam zrozumieć czemu musiała aż tak zareagować. Byłam na nią taka zła i pamiętałam to przez lata.
Musiało minąć 20 lat i rozbita butelka wódki, żebym zrozumiała i jej wybaczyła.
Ta opowieść #tpLNM przypomniała mi w jakiej sytuacji znalazłem się pomagając biednym ludziom.
Miałem sąsiadów. Taka rodzinka 2+4. Często u nich bywałem, bo dzieliliśmy razem strych (stare budownictwo). Pamiętam, że synowie moich sąsiadów ciągle pytali kiedy obiad, kolacja albo czy mogą sobie wziąć suchego chleba. Przykro się tego słuchało. Któregoś dnia znów się musiałem przewinąć przez ich mieszkanie i usłyszałem, że chłopaki na obiad dostaną ziemniaki okraszone cebulą. Serce mi pękło, szybko pobiegłem do domu i przyniosłem dla dzieciaków 4 duże kotlety mielone i dałem je matce chłopaków. Poszedłem na strych, zrobiłem co miałem zrobić i wszedłem by oddać klucze. Moim oczom ukazał się taki obraz: tata ma na talerzu dwa moje kotlety, mama jednego, a chłopaki jednego na czterech. Serce pękło mi tego dnia po raz drugi.
Dziś jestem ojcem i często pytam po trzy razy gdy chcę zjeść np. ostatni owoc albo cukierka. Mam nienormowane godziny pracy i spóźniam się na obiad, ale nigdy nie zjadłem zanim nie zapytałem czy wszyscy jedli? Wszyscy normalni rodzice przede wszystkim dbają o zaspokojenie podstawowych potrzeb potomstwa, a tu takie coś. Zastanawiam się co kieruje takimi ludźmi i robią sobie dzieci na potęgę, a potem nie mają im co dać jeść?
Dziś to już są panowie nie chłopcy, ale często zastanawiam się co myślą o swoich rodzicach i dzieciństwie, i jak traktują swoje dzieci.
Opowiem wam o tym, jak ta strona zmieniła moje podejście do córki.
Dzień jak co dzień, moja X wychodzi do koleżanki, ale zostawia włączonego laptopa. Przechodząc obok jej pokoju, oczywiście zauważyłam to od razu i chciałam go po prostu wyłączyć.
Na wyświetlaczu była ta strona. Przeczytałam kilka wyznań, pośmiałam się, a w końcu natrafiłam na "moje wyznania". To było oczywiście jej konto.
I wiecie co?
Znalazłam jej wyznanie, w którym to opowiada o tym, jakie ma okropne życie, nie dogaduje się z rodzicami, wszystko jest złe i okropne, a ona biedna. Wy radzicie jej uciekać zaraz po skończeniu 18 lat.
Wiecie, co mnie najbardziej boli?
Córkę wychowuję najlepiej jak się da. Czasami zdarzy mi się poprosić ją o opiekę nad młodszym rodzeństwem, jak muszę gdzieś szybko wyskoczyć, ale na co dzień po ich powrocie ze szkoły i przed moim i męża powrotem z pracy dzieciaki czekają u babci mieszkającej 10 minut drogi od naszego domu. X jest już w takim wieku, że wraca do domu przed nami i sama odgrzewa sobie obiad (a podobno musi go biedna gotować całej rodzinie, bo nikt inny tego nie robi).
Podobno nic od nas nie dostaje, a telefon nadal nosi "przedwojenny". Faktycznie, ostatnio odmówiliśmy jej z mężem zakupu najnowszego iPhone. Czemu? Bo kompletnie się nie uczy. Warunkiem do zakupu nowego telefonu jest osiągnięcie przez nią średniej wyższej niż 3.5.
Obowiązków nie ma żadnych, poza posprzątaniem własnego pokoju i wystawieniem naczyń do zmywarki, gdy je pobrudzi. Czasami proszę ją też o wykonanie jakiejś drobnej czynności, ale cholera jasna, czy dzieci nie powinny mieć choć trochę obowiązków?
Najlepsze, czego się doczytałam, jest dopiero przed nami. Podobno X ma rodziców alkoholików. Przepraszam, że z mężem w piątkowe wieczory pijemy butelkę wina lub dajmy na to pół butelki whisky - taki nasz rytuał, kilka godzin z filmem tylko we dwoje, reszta weekendu to czas dla rodziny.
Porozmawiałam z mężem, po czym przeszliśmy do działania. Zabraliśmy jej telefon - to samo wypisywała koleżankom.
Co zrobiliśmy?
Zabraliśmy X telefon i wyciągnęliśmy od babci starą Nokię. Codziennie wracając do domu musiała odebrać ze szkoły rodzeństwo, ugotować obiad, odrobić z nimi lekcje. My wracaliśmy i może nie piliśmy, ale zachowywaliśmy się jak najgorsze szuje. Sprzątała cały dom, za wszystko dostawała kary, robiła każdą rzecz, którą opisała koleżankom lub na tej stronie. Jedynie jej nie biliśmy.
11 dni - dokładnie po takim czasie nas przeprosiła. Wszystko wróciło do normy, ale nadal nie odzyskała telefonu i laptopa i długo ich nie dostanie.
Dzieci czasami potrafią być naprawdę niewdzięczne.
Jakieś siedem lat temu, gdy byłam w gimnazjum, miałam nadwagę. Rodzice po rozwodzie, chyba zajadałam stres. Nikt nie widział w tym nic złego, że dziecko wraca do domu i codziennie je chipsy, obiad w domu, obiad u babci i dopycha słodyczami. Moja matka zamiast ograniczyć mi jedzenie, wytłumaczyć, że to niezdrowe, zabrać do dietetyka, to biła mnie po głowie, wyzywała od grubasów i krzyczała, że jestem spasioną świnią, bo nie może mi kupić spodni odpowiednio krótkich i szerokich w sklepie, w którym pracowała, a rozmiarówka była tam typowo S-M.
70 kg przy wzroście 160 cm to faktycznie dużo, ale dlaczego zamiast kupować mi rzeczy na działach dla dorosłych, nadal chciała mnie ubierać na dziecięcym i miała o to do mnie problem? Nie wiem.
Jednocześnie był to czas dorastania, pryszcze, przetłuszczone włosy, norma dla nastolatka. Zamiast kupić coś w aptece, kupowała mi najtańsze dezodoranty z marketów. Używałam ich, bo sama widziałam, a raczej czułam problem, ale co z tego, jak nic nie dawały? Nasłuchałam się tylko, że śmierdzę kocim szczochem i się nie myję.
Nie zliczę ile razy wracaliśmy autem od jej koleżanki wieczorem, a ona kierowała pijana. Co najmniej raz na tydzień zbierałam ją pijaną i nieprzytomną to z podłogi, to z kanapy, ścieliłam jej łóżko, ubierałam w piżamę i kładłam spać.
Z dnia na dzień poznała jakiegoś faceta i pojechała za granicę "na tydzień" siedem lat temu. Od tamtej pory jej nie widziałam. Wiem tylko, że ma teraz chyba dwoje dzieci z tamtym gościem i nie odzywa się do nikogo z Polski.
Została mi babcia, której jestem bardzo wdzięczna za pomoc. Jednocześnie dostawałam niewielkie alimenty od taty, dzięki którym mogłam sama kupić sobie jedzenie i kosmetyki. Zderzenie z rzeczywistością było bolesne ale cudowne. W końcu miałam dezodorant, który nie piecze, a pomaga. Nagle nie miałam problemu z kupieniem sobie spodni. W końcu sobie uświadomiłam, że to nie ze mną był problem, że nie jestem śmierdzącym grubasem, tylko mogę być fajnym, zadbanym człowiekiem.
Jej wyjazd, to było najlepsze co mnie spotkało. Pomijając opiekę społeczną, która chciała mnie na siłę zabrać do ojca, gdzie wolałam zostać z babcią, bo nie uśmiechało mi się życie z jego nową rodziną i macochą, która mnie otwarcie nie lubiła. Zostało mi mieszkanie, ułożenie sobie życia i nieopłacone kredyty z prowidentów i innych bocianów.
Wykopałam się sama z morza kompleksów i samooceny na poziomie mułu i wodorostów. Z depresji, której nie pomógł psycholog mówiący "uśmiechaj się więcej". Wiem, że nie każdy ma tyle siły by podnieś się samemu, ale warto, cholera, czasem wziąć sprawy w swoje ręce, zamiast płakać, jak ja robiłam dwa pierwsze lata bez niej. Będę starała się o zrzeczenie się matki, byleby nie objąć jej długów.
Jedyne co mi zostało to sny, że ona wraca. Mało co stresuje mnie tak bardzo.
Dodaj anonimowe wyznanie