#f2eLd

W pewnym okresie mojego życia długo szukałem pracy i zawsze słyszałem to słynne "na pewno do pana oddzwonimy....". Dwa kierunki studiów, roczny staż za granicą, 2 lata pracy w Polsce, kursy... Oczywiście praca na kasie w markecie mnie nie interesowała, jestem ambitny i chciałem znaleźć coś zgodnego z moim wykształceniem i doświadczeniem.

Każdy chyba wie jakie mamy realia: pracodawcy twierdzą, że praca jest, tylko pracowników brak. Ja natomiast zauważyłem, że najchętniej zatrudnialiby za najniższą krajową, umowę zlecenie i jeszcze studentów, żeby nie musieć płacić składek.

Po kolejnej rozmowie, gdzie zapewniano mnie, że szukają kogoś takiego jak ja, że oddzwonią i nie oddzwonili, postanowiłem zmienić taktykę. Postanowiłem, że teraz to ja będę robił rekrutację.

Wyglądało to mniej więcej tak: gdy podczas rozmowy okazywało się, że znowu jestem traktowany niepoważnie (nagle okazywało się, że muszę być na samozatrudnieniu, że praca jest w mieście oddalonym 142 km od miejsca podanego w ogłoszeniu albo zaproponowano mi 3-miesięczny bezpłatny okres próbny), robiłem poważną minę, stwierdzałem, że "nie do końca spełniają państwo moje oczekiwania", że "mam jeszcze dziś kilka rozmów z innymi firmami" i że "jeśli zostaną państwo wybrani i przejdą do kolejnego etapu rekrutacji, na pewno się z państwem skontaktuję".

Wiem - brzmi głupio, może niejeden z Was pomyśli "Idiota", ale miny osób, z którymi rozmawiałem - bezcenne... :) Znajmy swoją wartość i traktujmy się poważnie.


PS Po około 2 miesiącach znalazłem pracę.

#ut6Hq

Było to około 3 lata temu w dniu mojej studniówki. Mój brat miał podwieźć mnie i mojego partnera (Piotrka) do domu weselnego. Najpierw jednak miał pojechać po Piotrka, potem zgarnąć mnie (bo tak akurat mu pasowało). No i spoko, brat pojechał w wyznaczone miejsce i przyjechał po mnie. Już miałam wchodzić do samochodu, kiedy to zobaczyłam, że z tyłu siedzi jakiś randomowy chłopak, a po Piotrku ani śladu. Zapytałam się brata gdzie on jest. Na co on "jak to kurna gdzie, przecież z tyłu siedzi".
Okazało się, że mój brat zgarnął jakiegoś kolesia, który kręcił się w garniaku przy ulicy i też czekał na samochód, tylko nie wiedział jaki i wsiadł w ciemno. A mój brat, jako że Piotrka nie znał, uznał, że to ten chłopak i po prostu kazał mu wsiadać.

Skończyło się tym, że brat pojechał z powrotem na miejsce, gdzie czekał mój partner i samochód, którym miał pojechać chłopak z tylnego siedzenia.

#ofWby

Jakiś czas temu spotykałam się chłopakiem. Nie znaliśmy się jakoś dobrze, ale zauważyłam, że jakoś niespecjalnie był o mnie zazdrosny. Natomiast ja o niego dużo bardziej, ale w rozsądnych granicach. Mój genialny umysł wpadł na pomysł, że pozdrowię siebie na spotted, żeby zobaczyć jak zareaguje na to, że podobam się niby innym mężczyznom. Jak się okazało, administratorem spotted był chłopak, z którym się spotykałam. Wysłał mi jedynie screena mojej wiadomości do mnie i zapytał, czy mnie nie popie*doliło.

#CfvZI

Historii o molestowaniu jest pełno, ale tak mało ludzi cokolwiek z tym robi...

Jak miałam z 9 lat, kolega starszego brata, a zarazem sąsiad, lubił przychodzi do salonu, wkładać mi ręce w majtki, ocierać się o mnie i dyszeć mi w kark. Rodzice pracowali do późna i zawsze jak to się działo nie było ich. Miało to miejsce parę razy, później przestał. Nie wiem, czy mój brat o tym wiedział.
Zaczęłam się tego kolegi brata bać, spuszczałam głowę, gdy był w pobliżu, udawałam, że go nie widzę. Nie witałam się z nim, mimo iż rodzice mnie upominali, że powinnam. Przerażało mnie, że mogłabym zostać z nim sam na sam.

Powiedziałam nawet o tym cioci. Siostrze swojej mamy. Pamiętam jak dziś. Coś mnie wtedy tknęło, nie wiem dlaczego. Podeszłam nieśmiało do cioci i wybąkałam, że on wkłada mi ręce w majtki. W odpowiedzi usłyszałam tylko "Weź nie zmyślaj."

Jak miałam 14 lat opowiedziałam to swojej "przyjaciółce". Usłyszałam "To ohydne, ale w sumie on ci nic takiego nie zrobił, przecież cię nie zgwałcił".

Na studia wyjechałam na drugi koniec Polski, zamieszkałam z chłopakiem. Do domu przyjeżdżam 2-3 razy w roku, zawsze na krótko. Udawało mi się i od paru lat nie widziałam kolegi swojego brata.

Dowiedziałam się, że brat zaprosił go na swoje wesele. Mam ochotę na nie nie przyjść.

Teraz jako dorosła dziewczyna rozumiem, że to nie była moja wina. To była wina jego, moich rodziców i szkoły, bo nikt mi nigdy nie powiedział, że jeśli ktoś mnie dotyka, to jest to złe i nie powinnam tego chować w tajemnicy.

#Tw5GT

Pochodzę z dość biednej rodziny, jednak zawsze największy priorytet w moim domu miała edukacja. Rodzice, choć oboje pracują za najniższą krajową, mają skończone studia.

Ciotka, siostra mamy, skończyła doktorat, rok popracowała na uczelni, po czym zaszła w ciążę i rzuciła pracę. Od tamtej pory minęło ponad 20 lat. Ciotka jednak wciąż zadziera nosa, "bo jest doktorem", przez co czuje (i to uczucie mocno i z pogardą okazuje), że jest od nas lepsza. Jej córka jest moją rówieśniczką.

Oboje wybraliśmy się na informatykę, ja na uczelnię publiczną, która określana jest jako należąca do top 3 najlepszych uczelni w kraju, moja kuzynka poszła na prywatną uczelnię, która jest w naszym mieście swojego rodzaju memem. Takie miejsce, w którym papier inżyniera dostajesz z samego faktu, że płaciłeś im pieniądze przez 7 semestrów.

Ja, z racji tego, że chciałem ulżyć rodzicom jak tylko mogłem, od razu po rozpoczęciu studiów poszedłem do pracy. Najpierw kilka miesięcy był to helpdesk techniczny w międzynarodowej firmie, potem staż, a następnie praca juniora programisty w innym miejscu. Postanowiłem skupić się głównie na karierze, więc studia kontynuowałem głównie dla papierka. Ocenami się nie przejmowałem, a o magisterce nawet nie myślałem. Na trzecim roku dostałem propozycję firmowego wyjazdu za granicę. Duży projekt, duża odpowiedzialność, ale też milowy krok w karierze. Projekt trwał kilka miesięcy, dlatego załatwiłem w dziekanacie rok przerwy od studiów. Ciotka nie traciła żadnej okazji, by przy rodzinnych spotkaniach docinać mi, że coś mi te studia nie idą, że zajmowanie się pracą zamiast studiami to głupota i zaprzepaszczenie szansy na rozwój, a "Justynka same piątki ma na studiach". Justynka też nigdy nie pracowała, wymagane praktyki zawodowe "odbyła" w firmie kolegi wujka - kolega dał uzupełniony papierek z podpisem i po praktykach.

Pisanie inżynierki przedłużyłem o jeden semestr, żeby móc dodać do niej kilka ciekawych elementów. W ten sposób obrona mojego inżyniera wypadała wtedy, kiedy obrona magistra Justynki. Z tej okazji zorganizowano wielką imprezę (na cześć Justynki oczywiście), gdzie ciotka ogłosiła, że Justynka idzie do pierwszej prawdziwej pracy i że "na pewno jej piątki na studiach będą miały duże znaczenie i szybko awansuje wysoko". Justynka pracę rozpoczęła od stażu, po którym nie zaproponowano jej dalszej współpracy - była to pierwsza taka sytuacja w tej firmie od 5 lat.

Dowiedziałem się tego od kolegi, który też tam pracuje. Ciotka nikomu się do tego nie przyznała, ale jakby unikała tematu kariery Justynki. Ja natomiast pytałem o to na każdym spotkaniu. :) Ciotka za każdym razem próbowała wymyślać historię, jak to Justynka jest chwalona przez przełożonych.

Niedawno kupiłem ładne, duże mieszkanie całkowicie z oszczędności, bez kredytu. Cioci pochwaliłem się jako pierwszej. :)))

#XtZWl

Nie jestem pięknością, z czego zdaję sobie sprawę i niestety nie wzbudzam pożądania wśród płci przeciwnej. Mam sporo atrakcyjnych koleżanek, którym zazdrościłam tego, że wzbudzają zainteresowanie wśród mężczyzn. Często słyszałam, jak chwaliły się ile to razy ktoś na nie zagwizdał lub zatrąbił, ile to razy jakiś facet się do nich uśmiechnął i rzucił przelotne spojrzenie. Chciałam kiedyś tego doświadczyć. I tu przechodzimy do właściwej historii.

Byłam w kościele na mszy, a dwie ławki przede mną siedział chłopak, który co chwila na mnie spoglądał, wyraźnie mu się spodobałam. Nie powiem, bardzo się ucieszyłam i siedziałam cała w skowronkach, wyobrażając sobie, że podejdzie do mnie po mszy i zagada. I rzeczywiście podszedł, ale nie sam... Była z nim jego mama, która przeprosiła mnie, że jej niepełnosprawny syn cały czas na mnie patrzył, ale mam na sobie żółtą koszulkę, a on bardzo lubi żółty kolor.

#A0A5f

Do wczoraj byłam bardzo szczęśliwą osobą. Historia o tym, jak moje życie legło w gruzach.

Mam 28 lat, wspaniałego męża, cudowną 1,5-roczną córcię, żyjemy na dość dobrym poziomie. Pochodzę ze skromnej, niezbyt zamożnej rodziny, ale jakoś nigdy mi specjalnie niczego nie brakowało, choć jak to w życiu bywa nie wszystko było idealnie, ale jak dziś o tym pomyślę, to miałam w miarę fajne dzieciństwo, gdyby nie jeden szczegół, ale o tym później. W szkołach miałam swoją grupkę znajomych, jak prawie każda nastolatka. Swojego męża poznałam w liceum, ale długo między nami nic nie było. Poszliśmy na ten sam kierunek studiów, tam między nami zaczęło się coś dziać, na ostatnim roku mi się oświadczył. Potem zaczęliśmy wspólne życie, praca, wynajęte mieszkanie itd. Potem wzięliśmy ślub, kupiliśmy fajne mieszkanie, urządziliśmy się i żyło się nam dobrze. Prawdziwą radością była dla nas wiadomość o mojej ciąży.
Pierwsze miesiące po narodzinach córci nie były łatwe, mała mocno nam dała w kość, ale przetrwaliśmy i to, a córa wyrosła z etapu częstego płaczu i znów wszystko zaczęło się dobrze układać, do teko stopnia, że zaczęliśmy myśleć o kolejnym dziecku.

W tym czasie zachorowałam, wydawałoby się, że to nic takiego, gorączka, katar, kaszel - klasyczna grypa. Poszłam do lekarza, dostałam leki, ale kaszel nie mijał. Zostałam skierowana na prześwietlenie płuc i wtedy zaczął się koszmar. Na płucach widać było dziwne cienie, dalsze badania i najgorsza z możliwych diagnoz: rak płuc, zaawansowane stadium, brak szans na wyleczenie. Zostało mi maksymalnie pół roku życia...

Gdy to piszę, moja córka śpi sobie spokojnie w łóżeczku, nieświadoma tego, że nawet nie będzie pamiętać swojej mamy, a ja żyję nadzieją, że uda mi się dożyć co najmniej jej drugich urodzin... Ale świadomość, że wkrótce zostawię męża i córkę samego, że mała nie będzie rozumieć dlaczego mama nagle znikła, że przegapię tyle ważnych momentów w jej życiu, to chyba jest najgorsze.

Ale dlaczego napisałam wcześniej, że w moim domu nie wszystko było tak jak należy? Ano dlatego, że od zawsze były tam papierosy. Mama paliła przed ciążą, w czasie ciąży też nie przestała. Palił też tata, babcia i dziadek, z którymi mieszkałam. Fajki były obecne przez całe moje dzieciństwo, nawet mam jedno zdjęcie, podpisane z tyłu "12 dzień", jak jestem przy "cycku" mamy, a ona w ręce ma fajkę, a obok babcia również z petem, a na stole pełna popielniczka. Nikt nigdy nie widział w tym nic złego... A teraz właśnie przez to ja umieram, przez to cierpieć będzie mój mąż i dziecko. Ja nigdy fajki u ustach nie miałam, a lekkomyślność mojej rodziny sprawiła, że będę umierać w cierpieniu.

Dlatego napiszę tutaj też apel: jak chcecie, to trujcie siebie, ale nigdy nie palcie w obecności dzieci... To naprawdę zabija!

#SAj9o

To już będzie moje trzecie wyznanie i ostatnie. Z tej strony lekarz mechanik. Napisałem dwa wyznania odnośnie mojego życia, pracy itd.

W ostatnim wyznaniu napisałem, iż otrzymałem mieszkanie od babci w spadku. Moja "rodzina" oddała sprawę do sądu. Po kilku rozprawach było jasne, że nie dostaną tego mieszkania, gdyż babcia wszystko zabezpieczyła prawnie - notariusz itd. W sądzie moje rodzeństwo wszczęło awanturę, że trzeba być debilem, żeby nie zauważyć iż "zmanipulowałem babcię", aby otrzymać mieszkanie. Sędzina nałożyła na nich karę grzywny za obrazę sądu. Po sprawie KAŻDA osoba z rodziny mówiła mi jaki to jestem podły, wredny, bez ambicji (bo jestem mechanikiem). Ogólnie na każde pytanie odpowiadali z wielką pretensją. Moja siostra (urodzona aktorka) powyciągała w sądzie jakieś stare zdjęcia babci i opowiadała jak to uwielbiała do babci przyjeżdżać, jak ją bardzo kochała, jak babcia zawsze była dla niej wsparciem. No była. Jak dostawała wypłatę czy emeryturę, to moja siostra zawsze przychodziła i opowiadała jak jej ciężko.
Mieszkanie zostało moje. Wynająłem je, bo nie miałem co z nim zrobić. Mieszkam w innej części Polski. Nie minęło 2-3 tygodnie, jak dostałem od brata informację, że nasz ojciec miał stan przedzawałowy z mojego powodu, że zrobi wszystko, abym mieszkania nie otrzymał. No faktycznie, bo decyzja sądu to mało. Coś na zasadzie "sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie". Stanu przedzawałowego ojciec nie miał - to było kłamstwo. Przestałem od nich odbierać telefon, odpisywać na SMS-y itd. W tej całej sprawie dzieci mojego rodzeństwa w sumie nie rozumieją do końca o co chodzi. Może jak będą starsze zrozumieją. Pomyśleć, że znowu stałem się czarną owcą w rodzinie. Śmieszne to i żałosne. Moje życie, moja sprawa. Moje mieszkanie. Zobaczymy, co z nim zrobię za kilka lat. Może sprzedam, może wynajmę dalej. Nie wiem.

Śmieszne w tym wszystkim jest to, że w komentarzach pod poprzednim wyznaniem odezwała się moja siostra, która została bardzo szybko przywrócona do pionu przez komentujących. Usunęła komentarz a później napisała mi SMS-a " Płacz dalej w internecie! Zobaczymy co zrobisz w sądzie, chamie jeden". Co do sądu - byłem spokojny, mówiłem co i jak. W sumie sędzina zobaczyła chciwość mojej rodziny. Moja siostra - wrzask, krzyk, płacz, lament. Brat - rzucanie mięsem, mówienie jaką to zakałą rodziny jestem, bo mechanik to zawód bez przyszłości, "rodzice" stwierdzili, że się mnie wyrzekają, bo skoro w takiej sprawie nie potrafię uznać tego co "należy się" mojemu rodzeństwu (czyt. mieszkanie po babci), to znaczy, że naprawdę mi odbiło.

Niby jesteśmy rodziną, niby mieliśmy super kontakt, niby wszyscy tacy w mieście "uważani" za dobrych ludzi. Przyszło co do czego, to życie pokazało kto kim jest. A ja? Kończę te smuty i idę spać. Rano czeka mnie demontaż skrzyni i regeneracja dwumasy.

#oSlGk

Będzie o tym, jak mój wtedy narzeczony został "pedofilem".

Kilka lat temu spacerowaliśmy pewnego wieczoru wzdłuż drogi oddzielonej od chodnika żywopłotem. Szliśmy i rozmawialiśmy o wszystkimi i niczym, nagle pod naszymi nogami przeleciała piłka, a za nią może 5-letni chłopiec. Piłka poleciała na ulicę, a chłopiec za nią, nie widział ciężarówki, ani kierowca nie mógł go zauważyć przez żywopłot. Mój partner nic nie myśląc skoczył za chłopcem, kierowca zaczął hamować. Narzeczony złapał chłopca i przyjął na siebie uderzenie, na szczęście słabe. Kierowca wyskoczył krzycząc o samobójcy i kilka innych mniej przyjemnych epitetów. Znalazła się też matka chłopca, to ona wezwała policję, ja zadzwoniłam od razu po karetkę dla narzeczonego. Służby przyjechały, mój partner miał tylko kilka siniaków i wybity bark, zabrali go do szpitala, a ja tłumaczyłam co i jak. Kierowca potwierdził, że żadnego dziecka nie widział, kamery w aucie zarejestrowały całą sytuację.

Głupia byłam myśląc, że mam partnera bohatera, matka chłopca oskarżyła go o to, że jest pedofilem i macał jej dziecko podczas tego co się wydarzyło. Dla mnie sprawa absurdalna, kierowca tira nazwał ją odpowiednio, a policja nie chciała przyjąć takiego zgłoszenia, tłumacząc jej co i jak.

Następnego dnia w gazecie miejskiej był nagłówek, że policja chroni pedofilia w naszym mieście, bez żadnych danych, inaczej sprawa skończyłaby się w sądzie. Na latarniach zaczęły pojawiać się zdjęcia mojego partnera z dopiskiem, że jest pedofilem - zgłoszenia na policję bezskuteczne, bo nikogo nie złapałam za rękę. Kiedy partner wrócił do pracy z L4, poszedł od razu do dyrektora, który powiedział wprost, że albo sam złoży wypowiedzenie, albo znajdą na niego haka i poleci dyscyplinarnie.

Gdy wrócił do domu pierwszy raz powiedział mi, że zaczął zastanawiać się, czy dobrze zrobił ratując tamtego chłopca. Serce stanęło mi w gardle, zawsze był dobrym człowiekiem, ale to co się działo naokoło niszczyło go od środka. Złożył wypowiedzenie i tego samego dnia podjęliśmy decyzję o przeprowadzce do innego miasta. On wiedział, że tu pracy nie znajdzie, a ja miałam już dość tego, jak ludzie na mnie patrzyli.

Zaczęliśmy od nowa w nowym mieście, gdzie nikt nie słyszał o tym wydarzeniu. Jesteśmy dwa lata po ślubie, a mój mąż w końcu zaczyna odżywać.
Tak właśnie zwykła plotka prawie zmieniła dobrego człowieka w kogoś bez duszy, zimnego i oschłego. Nie wiem do tej pory, co tamta baba chciała uzyskać tym co zrobiła.

Mam męża bohatera i taki jest w moich oczach, mogę się nim pochwalić tutaj, bo boję się, że znowu znajdzie się idiota, który stwierdzi, że baba ma rację.
Dodaj anonimowe wyznanie