#kEBRG

Jestem samotną mamą. Radzę sobie dobrze, pracuję, jestem młodą, całkiem ładną, zadbaną i inteligentną osobą.

Wiem, że w dzisiejszych czasach mnóstwo ludzi czuje mega samotność. Że jest też ogrom roszczeniowych matek bąbelków itp. Ale bardzo boli mnie, że gdy tylko próbuję porozmawiać z jakimś facetem, to otoczenie to komentuje, że szukam naiwniaka, aby opiekował się mną i dzieckiem... Z tego powodu zupełnie zrezygnowałam ze znajomości damsko-męskich.

Zarówno próby normalnego życia samotnie, jak i bycia w związku są piętnowane. I bardzo bolesne. Szczyt? Gdy zaszłam kiedyś do baru na drinka barman, który przypadkowo mnie znał, krzyknął "500 plus!". Błagam, trochę empatii...

#mmCx3

Nigdy nie przyznam się nikomu znajomemu, że posikałam się ze strachu przez własne dziecko.

Łóżeczko młodego stoi w naszej sypialni. Odkąd nauczył się sam z niego wychodzić uczyłam go, że to nic strasznego, że nie ma mnie w sypialni i nie ma powodu, żeby załączał swoją syrenę. Tak więc nawet jeśli w nocy oglądałam telewizję w innym pokoju czy przyjechali znajomi na grilla, nie było z nim większego problemu, gdyż po prostu po mnie przychodził.

Pewnego razu po obejrzeniu wieczorem filmu stwierdziłam, że czas się umyć i udać się w objęcia Morfeusza. W całym domu ciemno, jedyne światło dochodzi z łazienki. Jako że całe dnie spędzam z potworkami, przestałam zamykać się w łazience (pewnie większość rodziców to zrozumie).

To już ta godzina, gdzie myślenie zostaje wyłączone, wiec słabo kontaktuję co się wokół mnie dzieje. Resztki swojej świadomości skierowałam ku temu, żeby wytrzeć włosy ręcznikiem, przez długie włosy nie widziałam kompletnie nic wokół.
Zarzuciłam włosami do tyłu i w tej sekundzie zobaczyłam 10 cm od siebie wpatrzonego młodego. Mózg nie skumał co widzi, a więc z piskiem podskoczyłam i poczułam ciepło spływające po nogach.

Skubaniec bez wydania najmniejszego dźwięku przeszedł w ciemnościach sypialnię, pokój dzienny i kuchnię, żeby odnaleźć mnie w łazience.

#J188U

Mam w pracy koleżankę, z którą nie darzymy się szczególną sympatią, ale staram się zachować wobec niej neutralny stosunek. Ona za to wykorzystuje sytuacje, żeby mnie "koleżeńsko" publicznie ośmieszyć, ingeruje w moje obowiązki i krytykuje sposób ich wykonania albo niby" przypadkiem" nie przekazuje mniej lub bardziej istotnych informacji.

W pracy interesowałam się od dawna intensywnie jednym zagadnieniem i wiązałam z nim swój rozwój zawodowy. Ww. koleżanka również od jakiegoś czasu próbowała wkręcić się w ten temat i skutecznie podbierała mi projekty, do których się zgłaszałam. Nawet rozpatrywałam odejście z pracy z tego względu, gdyż czułam, że jestem spychana na drugi tor i że mój rozwój jest hamowany.

Dzisiaj szefostwo zaprosiło mnie na rozmowę. W skrócie: dostałam propozycję awansu na stanowisko ściśle związane z tym zagadnieniem. Nie ukrywam, że cieszę się niesamowicie z docenienia, ale głupio się przyznać, bo wizja miny owej koleżanki gdy szefostwo zakomunikuje oficjalnie moją zmianę stanowiska jest nieporównywalnie bardziej satysfakcjonująca.

#ZlLMw

Cześć. Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek napiszę jakieś wyznanie, ale już nie wiem, co robić. Może ktoś miał już kiedyś taki problem ?

Mam 25 lat. Pracuję na pełnym etacie w supermarkecie, dodatkowo zaczęłam studia dzienne, więc przez 4 dni w tygodniu nie ma mnie w domu przez jakieś 15-16 godzin.
Mam chłopaka (X), jego ojciec zmarł nagle rok temu, a matka jest po operacji kręgosłupa, dostaje niską rentę i kwalifiuje się do następnej operacji, po której boi się, że już nigdy nie wstanie z łóżka. X aby utrzymać dom i mamę musi wyjeżdżać za granicę. 3 tygodnie jest w Polsce, a 3 w innym kraju, więc wypłata też jest różna zależy jak te 3 tyg. ułożyły się w danym miesiącu.

Jeśli nie ma mojego X w domu, to ile mogę - pomagam jego mamie (wyprowadzam psa, przynoszę zakupy, aby nie musiała dźwigać). Ogółem nie narzekam na swoją przyszłą teściową. Zawsze była i jest dla mnie wsparciem, a jesteśmy z X razem już 10 lat. Kiedy X jest w Polsce, to mieszkam u niego. Wiem, że to chore, ale boje się do niego wprowadzić na stałe. Problem tkwi w mojej mamie. Jest chorobliwie zazdrosna o teściową, a jeśli ją spotka na ulicy to z wielkim uśmiechem i szczęściem woła za nią - "cześć Zosia, co u Ciebie?" - jakby miała dwie twarze !

Mama ciągle robi mi wyrzuty, że nie ma mnie w domu, że mama X uwinęła sobie mnie wokół palca, że jesteśmy dla niej "bankomatami", że jak to tak mogę własną matkę zostawiać w domu jak psa. Dodam jeszcze, że mam starszego brata, który mieszka jakieś 2km dalej (w podobnej odległości mieszkała bym razem z X), ma on dwoje dzieci, z czego od poniedziałku do piątku najmłodszym 2-letnim opiekuje się nasza mama, kiedy to on i bratowa wychodzą rano do pracy.

Ale to mnie jej zachowanie rujnuje psychikę, ciężko mi się słucha, że mam sobie iść do drugiej mamusi, skoro mi u niej tak dobrze, żebym jej dom wyremontowała, żebym jeszcze jej rachunki popłaciła. A prawda jest taka, że oni nie chcą ode mnie ani grosza za nic.. Zawsze byłam wsparciem dla swojej mamy, byłam przy niej kiedy rozwodziła się z ojcem - alkoholikiem, wspierałam ją, pomagałam jej.. a teraz, kiedy ja bym chciała ułożyć swoje życie, to ona jest tego wielką przeciwniczką, ponieważ musiała bym zamieszkać razem z mamą X.

Chciała bym mieć normalne relacje ze swoją mamą, nie chcę dostawać ścisku żołądka, kiedy ona dzwoni, chciała bym normalnie przyjść do domu, a nie że ona patrzy na mnie "spod byka" i fuczy w moją stronę, nie chce płakać już też z powodu jej bolesnych słów.
Rozmowy z nią nic nie dają. Na chwilę zrobi się jej mnie szkoda, a na drugi dzień już nic nie pamięta. 

Każdy mi doradza, abym spakowała swoje rzeczy, wyniosła się i zerwała kontakt z mamą, ale to jest dla mnie zbyt trudne. Szkoda mi jej, że zostanie sama.

#KOyQS

Nigdy o tym nikomu nie mówiłam, ale jest to żenująca sytuacja z nastoletniego okresu w moim życiu.

Pochodzę z większego miasta. Gdy miałam ok. 17 lat, byłam na basenie - na pewno kojarzycie różne kolorowe zjeżdżalnie. Taką oto zjeżdżalnią postanowiłam zjechać na czerwonym świetle, gdyż przede mną był dobrze znany mi kolega. Uznałam, że nie może stać się nic złego... jednak kiedy zjechałam na dół, usłyszałam gwizdek najprzystojniejszego z możliwych ratowników. Moje oczy od razu się zaświeciły. Pomyślałam, że na pewno wie o czerwonym świetle i zaraz dostanę ostrzeżenie, a będzie to pretekst do rozpoczęcia rozmowy...

Jakie było moje zdziwienie, kiedy szłam do niego ok. 200 metrów, a on powiedział tylko „popraw sobie strój”, po czym ja spojrzałam, a cały biustonosz przesunął się na tył - od wody, w którą wpadłam z dużą prędkością. Tak oto stałam przed ratownikiem i resztą osób na basenie świecąc biustem bez stroju. Pomyślcie, jaką miałam minę, kiedy to zobaczyłam. Myślałam, że zapadnę się pod ziemię.

#VVkhu

Mam 32 lata i nie mam ręki do roślin doniczkowych. Za cholerę nie mam. Wszystkie po oddaniu pod moją opiekę usychają lub gniją. A ja naprawdę uwielbiam rośliny.
Przez lata próbowałam różnych gatunków o różnych wymaganiach, czytałam o specyfice każdego z nich zanim jakiś nabyłam. Trzymałam się wytycznych w przypadku każdej mojej roślinki. Wszystkie padły.

Większość z nich z niedostatku wody, a te tropikalne w wyniku zbyt częstego podlewania. Nawet kaktusa uśmierciłam. O ironio.

Ok, powiecie, że nie jest to anonimowe, bo mogę o tym powiedzieć znajomym, w końcu to nie żaden wstyd, że urodziłam się takim beznadziejnym ogrodnikiem, ALE... chodzi o to, że ja, żeby bardziej na danego kwiatka się „otworzyć” i uwrażliwić (a w konsekwencji lepiej się nim zajmować) - każdemu z nich nadaję imiona. A w związku z tym, że dostały już imiona i żyły ze mną przez jakiś czas, ciężko jest mi się ich pozbyć po niechybnej śmierci. 

Tak, „zwłoki” Tymka, Majki, Lusi, Stefcia, Rózi i Bodzia wciąż są ze mną. Było ich więcej, ale mąż się ich pozbył pod moją nieobecność. On się ze mnie strasznie nabija i choć wiem, że ma racje i sama się czasem podśmiewam z tej swoje paranoi, to w głębi serca naprawdę jest mi strasznie smutno za każdym razem kiedy zdycha kolejna roślinka. 

Właściwie to jestem mu wdzięczna, że kilka z nich po prostu wyrzucił bez uzgodnienia ze mną, bo wiem, że moralność nie pozwoliłaby mi na to pozwolić, a tak w jakimś sensie sumienie mam czyste, bo przecież o niczym nie wiedziałam, prawda?
Jestem w połowie ciąży - mam nadzieje, że matką będę lepszą niż ogrodnikiem.
Trzymajcie kciuki za mojego syna, żeby pożył dłużej niż jego przyrodnie, zielone rodzeństwo!

Ps. Poważnie. Módlcie się za niego.

#fYzyb

Czasami żeby z kimś porozmawiać wchodzę na czat jako kobieta i flirtuje całymi godzinami, bez jakiś seksualnych podtekstów, po prostu rozmawiam, żartuje i przebojem zdobywam serca rozmówców!

W realu nie umiem tak, jestem zupełnym przeciwieństwem. Nie chciałbym być kobietą, nie przebieram się w damskie ciuszki po kryjomu, na czacie pisze jako kobieta, bo odnoszę wrażenie że ludzie są wtedy milsi a miłe słowa, których mi bardzo brakuje, rekompensują mi trudy dnia co dziennego.

Uwielbiam kiedy ktoś pisze do mnie kotku etc. To chyba chroniczna, koszmarna samotność i zdziwaczenie. Takie to moje anonimowe wyzwanie.

#D0QFw

Kilka lat temu zaczęłam śledzić na Facebooku pewną blogerkę, później przeniosłam się też na jej Instagrama. Byłam zafascynowana jej idealnym życiem; dziewczyna mniej więcej w moim wieku, miała kochanego męża i dziecko, a razem tworzyli rodzinę, która była przykładem rodziny, jaką sama chciałam mieć. Wspólnie pracowali, prowadzili bloga, zwiedzali świat i widać było, że są bardzo szczęśliwi. 

Po jakimś czasie znalazłam się przypadkiem na Instagramie jej męża i całkowicie odleciałam. To był totalnie mój styl, moja wrażliwość, wspaniałe, głębokie i poruszające zdjęcia, artystyczna dusza, wyjątkowe kadry, a każdy opowiadał jakąś niebanalną historię.


Niewiele myśląc, napisałam do niego wiadomość, opisałam tam moje uczucia, jakie towarzyszą mi, gdy oglądam jego fotografie, a także swoje przemyślenia. Niedługo później on odpisał i tak zaczęła się nasza dziwna znajomość. Pisaliśmy raz na jakiś czas, mieliśmy wspólne zainteresowania, poglądy, wymienialiśmy się sztuką, którą tworzyliśmy, muzyką, wierszami. Zaprosiłam go (z rodziną) na swoją wystawę, przyszedł sam. Po wernisażu siedzieliśmy kilka godzin w kawiarni, po prostu rozmawiając. 

Nie było w tym żadnego romantyzmu, erotyzmu, raczej fascynacja i czysty zachwyt. Ja ze swojej strony nie czułam pociągu seksualnego, nie byłam kompletnie nim zainteresowana w tym sensie. Był dla mnie raczej jak przyjaciel, bratnia dusza, jak męskie odbicie mnie. 

Spotykaliśmy się co jakiś czas, dużo rozmawialiśmy, uwielbiałam go.
Kilka miesięcy temu wyznał mi miłość. Powiedział, że odchodzi od żony i chce być ze mną. Już to postanowił i zdania nie zmieni.
Przeraziłam się. Nie kochałam go w ten sposób, nie chciałam z nim być, a już na pewno nie chciałam rozbijać rodziny. 

Powiedziałam mu o tym i zerwałam kontakt. Próbował dzwonić, przychodzić do mojej pracy i mieszkania, ale nie chciałam z nim więcej rozmawiać. Miałam nadzieję, że pogodzą się z żoną, byłam pewna, że jestem tylko chwilowym zauroczeniem.
Niedawno jego żona ogłosiła na swoim Instagramie, że się rozwodzą.

A mi jest cholernie z tym źle. Nie chciałam tego, nie chciałam być z tym człowiekiem, nigdy nie będę. W Internecie byli tacy idealni, zakochani pomimo wielu lat razem, a rzeczywistość okazała się brutalna. Czuję w tym swoją winę po części, przecież to ja do niego napisałam, wlazłam z butami w jego życie i namieszałam w głowie. 


Jednocześnie smutno mi i tęsknię za nim, za rozmowami, za jego wrażliwością. Straciłam najlepszego przyjaciela i jedyną osobę na tym świecie, która mnie rozumiała.

#ZjCBX

Miałam garbaty nos, który totalnie nie pasował do mojej urody.
Całe życie przez ten cholerny nos czułam się gorsza od innych.Czułam, że nie powinnam wypowiadać się publicznie, bo każdy tylko ocenia mój nos. Byłam nieśmiała i zakompleksiona. Myślałam o nim dosłownie codziennie.

Operację robiłam w wakacje, postanowiłam nie mówić o tym nikomu prócz najbliższej rodzinie. Zrobiłam ją u najlepszego speca od nosów w Polsce. Na samą konsultację czekałam 1,5 roku, a na operację kolejny rok. Chciałam być pewna, że wybrałam odpowiednią osobę.
Operację zniosłam zaskakująco dobrze, w dzień operacji byłam pełna pozytywnej energii, choć bałam się strasznie. Po prostu postanowiłam nie myśleć o strachu, ciągle odkładałam to na później, aż w końcu dostałam głupiego jasia i zapomniałam, że miałam się bać.

Uważam, że to była najodważniejsza decyzja w moim życiu. Na samym początku nie mogłam się przyzwyczaić do nowego wyglądu. Na forum o operacjach plastycznych było mnóstwo dziewczyn zafiksowanych na punkcie swoich nosów. Doszukiwały się najmniejszych wad w idealnych dla przeciętnego człowieka nosach. Pół roku po operacji postanowiłam przestać analizować wygląd nosa. Dopiero wtedy poczułam się szczęśliwa i wolna od kompleksów.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że ludzie nawet nie zauważyli zmiany. Zmieniłam w tym czasie fryzurę i dostałam tylko parę komplementów na temat tego, że wyglądam młodziej w nowych włosach. Najważniejsze jednak było to, że ja czułam się wspaniale z nowym nosem. Jestem z siebie zajebiście dumna z tego powodu - że odważyłam się zmienić coś w swoim życiu.

#pTnhT

M. poznałam dwa lata temu w wakacje. Pracowałam za granicą w szkole językowej, w której on był wolontariuszem. Zaskoczyło, zaczęliśmy się spotykać. Wakacyjny romans skończył się wraz z powrotem do domu. Byłam załamana. Z czasem zdałam sobie sprawę, że ta relacja nie była zdrowa, a moje życie jest lepsze bez niego. M. jednak często pojawiał się w moim życiu na chwilę, zawsze twierdząc, że chce być przyjacielem, jednak ciągle próbując zaciągnąć mnie do łóżka. Teraz mieszkam w tym samym mieście, więc próbował swoich sił ponownie.

Zirytowana, napisałam mu długą wiadomość, że nie chcę kontynuować tej znajomości. Że męczy mnie jego towarzystwo, bo przychodzi i siedzi godzinami na telefonie, a powtarzanie tych samych historii o jego przygodach doprowadza mnie do szaleństwa, bo są lepsze tematy do rozmowy. Że nie chce go więcej widzieć, bo marnuję tylko energię na tę znajomość.

Odpowiedź, którą dostałam, zwaliła mnie z nóg. M. zaczął zapewniać, że chce być moim przyjacielem, ale na związek nie mam co liczyć, bo nie jestem w jego typie i nic we mnie nie widzi.

I bądź tu kobieto mądra. Mówisz facetowi, że ma spadać na drzewo, a on się zachowuje jakbyś właśnie uklęknęła na jedno kolano i wyciągnęła pierścionek. No kutwa, jak on do tego doszedł to ja dalej nie wiem.
Dodaj anonimowe wyznanie