#dHQwS

Kiedyś była taka maść ABC, z jadem żmii.
Mojego tatę bolały korzonki. Mama poleciała do sklepu po "cudowną maść"...
Tata już zwarty i gotowy czeka na mamę, żeby ta jak najszybciej go posmarowała. 

Mama jak to mama ulotkę chciała czytać ale Tata nie zastanawiając się długo powiedział żeby nie zajmowała się pierdołami tylko, że ma go posmarować i nie żałować zawartości tubki. Więc jak kazano, tak zrobiła. Nawaliła mu chyba pół opakowania na plecy i wtarła w całość pleców, nie tylko w lędźwie. Nie minęło parę minut.

Mama zaczęła się skarżyć, że strasznie ją ręce pieką po tej maści, poszła umyć ręce ale dalej piecze. Za jakieś 10 minut Tata też jęczy, że go plecy palą. Ja miałam wtedy może z 10 lat, a że pora była późna trzeba było iść spać. Poszłam umyć twarz i wytarłam oczy tym ręcznikiem w który mama chwilę wcześniej wytarła ręce po maści. 

Jaki jest koniec tej historii? Tatę przestały boleć korzonki za to paliły go plecy, a po próbie zmycia tego specyfiku było jeszcze gorzej. Mama dostała od maści uczulenia, a ja wylądowałam w szpitalu.

#y0oRk

Pierwszy związek na poważnie miałam w wieku 28 lat. I w zasadzie jakoś wcześniej specjalnie nie chciałam mieć nikogo. Wszelkich adoratorów szybko spławiałam i cieszyłam się stanem wolnym, bo dość późno dojrzałam do bycia z kimś i po prostu nie interesowało mnie to wcześniej.

Jakoś jak miałam 25 lat, moja koleżanka z pracy ubzdurała sobie, że znajdzie mi faceta. Mimo moich próśb, by tego nie robiła, bo ja nie potrzebuję jej pomocy w tej kwestii, ona i tak się uparła.
Pracowałyśmy w sklepie i codziennie robiła mi wstyd przy klientach, próbując któregoś ze mną umówić. Oczywiście od razu mówiłam klientowi, że wcale nie zamierzam się z nikim umawiać, a koleżanka chyba sobie żartuje.
Jednak i tak byłam wytykana palcami i wielu klientów już na wejściu się ze mnie śmiało.

Któregoś dnia przyszła do nas wściekła kobieta i zaczęła się na mnie wydzierać, że chciałam poderwać jej męża, ale ten jej o wszystkim opowiedział. Próbowałam się wytłumaczyć, ale na nic się to zdało.

Po raz kolejny prosiłam tę wariatkę (bo inaczej jej nie nazwę), żeby przestała to robić, ale ona tylko się głupio uśmiechała i mówiła, że przecież chce mi pomóc, bo nie mam nikogo, a na pewno bym chciała mieć. Postanowiłam pokonać ją tą samą bronią i zaczęłam proponować podstarzałym facetom randkę z nią :)
Kilku się nawet zgodziło, jeden przyszedł do niej z kwiatami.

Ależ była na mnie wściekła... Ale także zrozumiała, co mi robiła i się uspokoiła.

#7z8ST

Gdy miałam jakieś kilka miesięcy miałam taki okres, że strasznie płakałam. Nikt nie mógł mnie uspokoić, lekarze robili badania, ale nic złego mi nie dolegało. Po prostu nikt nie wiedział dlaczego płaczę. Rodzice podejrzewali już jakieś zaburzenia psychiczne, gdy w końcu moja babcia stwierdziła, że jakoś podejrzanie często łapię się za ucho. Znów zabrano mnie do lekarza. A tam okazało się, że od dwóch tygodni w moim uchu żyje sobie w najlepsze jakiś robak, którego ruchy powodowały ból ucha.

Całe szczęście, że tego nie pamiętam, bo aż mnie wzdryga na samą myśl o tym. Może właśnie przez to mam do dziś straszny lęk przed insektami. :)

#OGME8

Wczoraj wybrałam się z moim facetem do restauracji. Znalazłam w talerzu włos. Po zgłoszeniu tego obsłudze usłyszałam, że prawdopodobnie sama go tam wrzuciłam chcąc pogrążyć lokal. Żadne tłumaczenia, że to długi, gruby, czarny włos, a ja jestem blondynką nie docierały. Pojawił się właściciel, zasugerował, że ja ten włos specjalnie przyniosłam ze sobą (no oczywiście, że noszę cały woreczek czarnych włosów w torebce, na wypadek gdybym chciała przyozdobić nimi potrawę w knajpie), następnie w moim kierunku poleciały obelgi zmieszane z pytaniami „która konkurencyjna restauracja mnie przysłała”.

Oczywiście cała sytuacja „rozwiązywana” była na cały głos w sali, gdzie jedli inni goście. Kiedy wychodziliśmy; głodni i wkurzeni, dziesiątki oczu klientów odprowadzały nas ze zniesmaczeniem. Najwyraźniej uwierzyli, że jestem restauracyjną sabotażystką.

#os9YS

Jestem na pierwszym roku studiów i mama prosiła o pomoc w trochę większych, domowych porządkach pod pretekstem "To będą twoje ostatnie takie porządki w tym domu" (chociaż ja jakoś w to nie wierzę).

Po wielkim sprzątaniu zostało mi sprawdzenie VHS-ów, czy warto je zostawiać chociażby po to, żeby odzyskać obraz na płytę. No i się zaczęło oglądanie Reksia, Buliego i innych bajek. Ale wśród tych VHS-ów znalazł się jeden jakiś dziwny, bo jedyne co na nim było to 40 kilka minut reklam. Pytam się mamy, po co jej taka kaseta była potrzebna i odpowiedź zwaliła mnie z nóg: "Inaczej nie można było cię nakarmić, jak byłeś mały, a gdy puszczaliśmy ci reklamy, to jak zahipnotyzowany otwierałeś buzię i jadłeś bez problemu".

#Z7dDT

Kiedy miałam 8 lat, skrzywdził mnie ojciec. W najgorszy dla dziewczyny sposób... Powiedziałam mamie, zaczęły się wycieczki po lekarzach, psychologach, ogólnie 100% wsparcia - naprawdę cała najbliższa rodzina robiła wszystko, żeby pomóc mi przejść przez tę sytuację. Ojciec sam skończył swój żywot w areszcie, czekając na rozprawę. Podobno sam...

Od kiedy skończyłam 18 lat robiłam wszystko, żeby jak najmniej fizycznie przypominać ojca. Zaczęłam od wycięcia znamienia, które mieliśmy w tym samym miejscu, później korekta nosa, kwas hialuronowy co kilka miesięcy w usta, uniesienie opadających powiek, kolorowe soczewki, keratynowe prostowanie co kilka tygodni, bo ojciec miał sprężynki jak ja. Sfiksowałam na tym punkcie, każdego dnia przyglądałam się swojemu ciału w poszukiwaniu podobieństw.

2 lata temu urodziłam córkę - wygląda kropka w kropkę jak on. Te same loczki, usta, nos, zielone oczy... Gdzieś w głębi serca ją kocham, ale nie potrafię na nią patrzeć. Nie umiem zachwycać się jej urodą jak reszta - dla mnie wygląda jak potwór.

Jutro pierwsza wizyta u psycho, sama nie potrafię tego przepracować, a wiem, że unieszczęśliwiam własne dziecko.

#UushN

Czy powinienem zerwać kontakt?

Mam 25 lat. Niedawno byłem na rozprawie w sądzie. Na rozprawie o zaprzestanie płacenia na mnie alimentów przez ojca. Alimentów, o których nawet nie miałem pojęcia. Od 18 roku życia mieszkam w wynajmowanych pokojach i pracuję sam na siebie. Wiadomo - bez wyższej szkoły jest trudno, więc zarabiałem minimalną. Na początku często na koniec miesiąca nie miałem co jeść. Prosiłem matkę o chociaż 20-100 zł do końca miesiąca. Na kilkanaście przypadków pomoc otrzymałem raz - akurat się zbliżały moje urodziny, to dostałem 50 na prezent.

Ojca kiedyś bardzo źle potraktowałem i miałem blokadę by go o coś prosić. A w zeszłym tygodniu dowiedziałem się, że wciąż płacił 400 zł miesięcznie na mnie na konto matki. Więc w czasie kiedy ja głodowałem i prosiłem o cokolwiek, to ona żyła częściowo z moich pieniędzy. Nietrudno policzyć, że w ciągu 6 lat winna mi jest ponad 20 tysięcy.

I tutaj mam mętlik, bo teraz zdaję sobie sprawę jak na nas oszczędzała. Kontakt już od kilku lat mocno ograniczyłem. I tutaj moje pytanie - czy powinienem zerwać kontakt całkowicie i wytoczyć proces o zwrot moich pieniędzy?

#rWWPB

Z natury nie jestem osobą wredną. Nie lubię sprawiać przykrości innym - to nie moja bajka. Ostatnio jednak znalazłam sobie dość oryginalny sposób zajęcia czasu w takich chwilach jak czekanie na autobus czy w poczekalni do lekarza, a mianowicie przyglądam się ludziom i zgaduję, jakie są ich wizualne kompleksy. O, temu chłopakowi na pewno przeszkadzają jego odstające uszy, ta wkurza się z powodu swojego olbrzymiego wzrostu itp.

Ostatnio w sklepie zaczęłam dyskretnie przyglądać się pewnej dziewczynie. Na pierwszy rzut oka całkiem OK - nie za wysoka, nie za niska... Gdy zaczęłam przyglądać się bliżej, zauważyłam, że ma krzywe nogi, grube uda i jest totalnie płaska, a na dodatek ma na sobie kurtkę, która ją pogrubia.

To byłam ja w lustrze...

#XI40S

Byłam szczęśliwym dzieckiem.Chodziłam do bliskiej mi podstawówki. Wszystko wydawało się takie normalne. Aż do momentu, w którym z lekcji wyrwała mnie pani "pedagog".

Miałam wtedy może 8 lat. Byłam dziwnie zaniepokojona, ale szybko podążałam za nią do jej ciasnego pokoiku. Poinformowała mnie, że jedna z moich koleżanek z klasy doniosła na mnie, że ją prześladuję. Według tej dziewczynki znęcałam się nad nią i nie dawałam jej spokoju. A nawet ją biłam. Pani "pedagog" nie zadała pytania, czy to zrobiłam. Mówiła tylko, że mam się przyznać. Straszyła mnie nie tylko rodzicami, ale policją i poprawczakiem. Nie przyznawałam się do niczego, bo nie miałam do czego. Nic nie zrobiłam, płakałam i byłam w szoku.

Wróciłam do domu. Nie zjadłam obiadu jak zwykle, tylko od razu poszłam do pokoju i zaczęłam płakać. Moja rodzina widziała, że coś jest nie tak. Nie byłam w stanie wydusić co się stało. Moja mama zadzwoniła do mojej szkolnej koleżanki, by porozmawiać z jej mamą. Chciała się dowiedzieć, co się stało. Oczywiście ani mama, ani koleżanka nic nie wiedziały. Później jakoś, gdy się uspokoiłam, powiedziałam o wszystkim mamie.

Następnego dnia mama została wezwana do szkoły. A ja byłam znów straszona, że mnie ze szkoły wyrzucą. Plotki się rozniosły i koleżanki i koledzy z klasy się ode mnie odwrócili. Pani wychowawczyni mnie trochę broniła mówiąc, że nigdy ze mną nie miała problemów. Mimo to pedagog i dyrektor swoje. Miałam z nimi mnóstwo rozmów, w których mi wmawiali co się stało i jak dokładnie to wyglądało. A ja? Ja zaczęłam się zastanawiać, czy nie jestem chora, skoro nie pamiętam, że kiedykolwiek coś takiego zrobiłam. Zrobili mi takie pranie mózgu, że gdyby trwało to dłużej, przyznałabym się do tego.

Ostatecznie wezwali mamę dziewczynki i dziewczynkę, nad którą niby się znęcałam, na jakieś rozmowy. Gdy z nimi w końcu porozmawiali, okazało się, że dziewczynka chciała zwrócić na siebie uwagę dorosłych, bo matka się nad nią znęcała. Tak, znęcała się fizycznie. Niestety mnie wybrała jako ogniwo, które mogłoby zwrócić uwagę innych na nią. Wmówiła im, że to ja ją biję. Nawet jeśli to była nieprawda.

Szlam pozostał. Ona została przeniesiona do innej klasy. Żadne inne konsekwencje nie zostały poniesione. Jej matkę postraszono kuratorem i tyle. A co ze mną? Ja mam uraz psychiczny do tej pory. Grono pedagogiczne to jedna wielka kpina. Jak małemu dziecku można wmawiać coś tak okropnego? Żadna z tych osób nie powinna pracować z dziećmi w taki sposób. Nikt mnie nie przeprosił.

Mam nadzieję, że moje dzieci nie będą miały takich przeżyć. To były najgorsze chwile w całej mojej edukacyjnej wędrówce. Do tej pory mam problemy, gdy ktoś mnie o coś posądza, czuję się jak w klatce. Dokładnie jak w tym małym, ciasnym pokoiku.

#Pus6c

Kiedy miałem 14 lat, w latach 80., mama przy kolacji oznajmiła, że spodziewa się kolejnego dziecka. Uśmiechy, że fajnie, oby było zdrowe itd., jednocześnie cała nasza piątka rodzeństwa patrzyła po sobie w panice. Bo prawda była taka, że każde natychmiast zaczęło się zastanawiać, o ile mniej będzie musiało jeść i więcej pracować przez to dziecko. Tata po prostu milczał, dalej robiąc sobie herbatę. Mama cały czas wlepiała w niego wzrok.

W końcu spokojnie oznajmił, że muszą z nią o tym porozmawiać i żebyśmy zjedli i poszli się bawić. Dużo do jedzenia nie było, więc wyszliśmy z kuchni bardzo szybko, mimo prób zatrzymania nas przez mamę. Tata zabrał ją do pokoju, gdzie od lat leżeli jej niepełnosprawni rodzice (mój dziadek alkoholik i chora psychicznie babcia), po czym staranie zamknął obie pary drzwi. Wymknąłem się po kominie z domu, żeby podsłuchiwać pod oknem.

Tata oznajmił, że nie stać nas na kolejną buzię do wykarmienia. On nie pracuje tylko wtedy, gdy śpi. A śpi 4-5 godzin na dobę, dzień w dzień od 15 lat, nawet w święta, i ledwie starczy, żebyśmy nie głodowali. Mama stwierdza, że nie podda się aborcji za żadne skarby. Tata więc zażądał, by oddała dziecko po porodzie. Mama odmówiła, bo jak to tak, ona nosi, rodzi, i własne dziecko oddać? Tata chciał, żeby w takim razie w końcu poszła do jakieś pracy. Mama nie pójdzie, bo nic nie umie poza prowadzeniem domu, a poza tym co z niemowlakiem i dziadkami, którzy wymagają podobnej opieki? Tata zatem oznajmił, że odchodzi, bo ma tego dość. Ma dość życia w wiecznej nędzy, mimo ciężkiej pracy. Ma dość wiecznego głodowania, żeby ona i reszta mieli co jeść; dość marudnych, wiecznie niezadowolonych pasożytów w postaci teściów, których nie można oddać do ośrodka, bo się nie zgadzają, a obydwie renty oddają na konto szwagra, który od 18 lat nie napisał ani słowa...

Do dziś pamiętam, jak spokojnie i łagodnie to oznajmiał. Mama w ryk, babka we wrzask, dziadek po prostu egzystował i się ślinił. Jak tylko tata wyszedł zajrzeć do nas, złapałem go na korytarzu i błagałem, żeby tego nie robił. Obiecywałem, że nie będę jeść, będę więcej pracować i w ogóle... a tata tylko mnie przytulił, pogłaskał po głowie i powiedział, że mnie zabierze ze sobą, bo jako jedyny jestem jego dzieckiem. Wtedy tego nie zrozumiałem.

Potem tata wytłumaczył mi, że starał się dotrzymać przysięgi małżeńskiej, być dobrym człowiekiem jak św. Józef, ale po prostu wszystko ma swoje granice. Od moich narodzin prawie nie sypiali ze sobą, a mimo to mama zachodziła w kolejne ciąże. Ta ostatnia przelała czarę goryczy, bo ostatni raz spali ze sobą niemal rok wcześniej.

Odszedłem razem z ojcem. Pewnie ocenicie nas jako ostatnie gnidy, ale jedyne czego mi żal, to ojca. Do rodzeństwa nie mam sentymentu. Nigdy się nie lubiliśmy, mimo starań rodziców.
Dodaj anonimowe wyznanie