#11FJd

Jakiś czas temu około 2 w nocy przebudziłem się i widziałem jakąś twarz w ciemności (około 15 cm od swojej).

Oczywiście środek nocy, więc serce skacze jak opętane, odruch samoobrony, czyli mój lewy prosty (trochę krzywy) na twarz straszydła.
Słychać upadek, coś tam jęczy.

"Trochę" już rozbudzony schodzę z mojego łóżka i sprawdzam, kogo znokautowałem.
Okazało się, że to mój młodszy brat lunatykował i kiedy dostał mojego "krzywego", to zaczął się dopiero budzić. Rano oko spuchnięte, elektroniczne urządzenia (telefon, komputer itp.) pozabierane, oraz ostre tłumaczenie się dlaczego biję swojego brata po nocach.

O dziwo, od tamtej pory przestał lunatykować.

#NVG7g

Historia trochę śmieszna, trochę tragiczna, grunt, że szczęśliwie się kończy.

Mam brata Bartka, lat 18. Ja skończyłem 22. Bartek nigdy nie miał dziewczyny, w końcu w technikum udało mu się jedną zdobyć. Był w skowronkach 24 godziny na dobę. Jak dla mnie dziewczyna przeciętna, specjalnie niczym się nie wyróżniała. Ale skoro jemu się podobała i z wzajemnością, spoko, niech se żyją.

No i se żyli rok. Ona go zdradziła i rzuciła. No i chłopak wpadł w depresję. Taką totalną. Nie wychodził z domu, złe oceny w szkole, dno. Pomyślicie, że się zabił. Nie, ale blisko. Mieszkamy sami w domu na 9 piętrze (rodzice pracują za granicą). Wracam z roboty, wchodzę i co widzę? Bartek siedzi na barierce naszego malutkiego balkonu przy dużym pokoju. Stoję jak słup soli i gapię się na niego. Moja torba wypadła mi z rąk i spadła na podłogę. Wtedy się obejrzał i mnie zobaczył. Blady jak ściana. Mówię: Bartek, co ty... I nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Za to on zaczął mówić, a raczej mamrotać, że się zabije, bo ma dosyć, zaraz skoczy itd. (nie będę przytaczać dosłownej wypowiedzi, bo była naprawdę długa i nie do końca rozumiałem, ale sens zachowany). Gdy chciałem podejść, zaczął krzyczeć, żebym nie podchodził, bo skoczy. Tymczasem dało się już z dworu słyszeć krzyki.

Pomyślałem, że spróbuję go zagadać, uspokoić i szybko podbiegnę go ściągnąć (nie wiem, czy to było mądre, ale cóż, próbowałem wymyślić cokolwiek), więc zacząłem go uspokajać, mówiłem, że będzie dobrze, a tymczasem szykowałem się do szybkiego skoku w jego stronę (jakoś nie wziąłem pod uwagę, że dzieli nas cały pokój, więc zanim dobiegnę, on może zrobić głupotę, ale jak mówiłem, nic innego mi nie przyszło do głowy). Gadam więc te farmazony, żeby się uspokoił, że znajdzie inną itd. On się rozpłakał. Myślę TERAZ! I wyrwałem do przodu jak z procy z zamiarem szybkiego złapania brata i wciągnięcia do domu.

Nie wziąłem pod uwagę jednego... dywanu. Zaczepiłem nogą i jak nie pierdolnąłem na podłogę, aż przywaliłem szczęką w parkiet. Krzyknąłem głośno "kurnaaa" i się złapałem za szczękę. Cała bolała, nawet wyleciał mi ząb. Patrzę, a brat wytrzeszcza na mnie oczy. Chwila ciszy. I zaczął się śmiać. Gapi się na mnie i się normalnie śmieje. Ja leżę i próbuję się podnieść, a ten już ryje na całego, schodzi z balkonu i prowadzi mnie do łazienki, żeby "obejrzeć ten mój krzywy ryj".

Na balkon nie wrócił. Chwilę po wszystkim przyszła do nas policja. Bartek trafił do szpitala na obserwację (wyszedł następnego dnia). Rodzice powiadomieni, mama już wraca. Tylko co ja robiłem, kiedy Bartek był w tym szpitalu? Leżałem nawalony jak szpadel w pokoju. Wiem, że nieodpowiedzialnie, ale musiałem odreagować. A gdybym przyszedł 10 minut później do domu?

#U4nry

Moja mama "dbała" o porządek, ale tylko powierzchownie. Czyli na meblach poustawiane pierdołki dość ładnie, kurz niby starty (tylko przy brzegu), ale jak się otworzy szafki, to można się przeżegnać.. Mi z czasem zaczęło to przeszkadzać. 

Zaczęłam w swoich szafach i biurku sprzątać częściej, sprzątaniem łazienki zajmowałam się ja, zazwyczaj w sobotę. Porządki przed świętami typu mycie szafek w kuchni należały do mnie. Lubiłam to robić. Czasem chciałam poukładać w szafie mamy, ale zawsze był tekst, że nie mam tego robić, bo potem nie będzie mogła nic znaleźć (bo przecież w bałaganie o wiele lepiej się szuka...). Ale za każdym razem, jak na moim biurku leżało coś, co np. powinno być gdzie indziej, to były głupie teksty typu "jeszcze tylko na***ć na środku" albo "zobaczymy, jak będziesz miała u siebie".

I wiecie co? 
Ponad 2 lata mieszkam w dość sporym domu i mam o wiele czyściej niż ona w 2 pokojach. Teraz jak przyjeżdża do mnie, to udaje taka porządnicką. A to zobaczy gdzieś w kącie pajęczynę i wielka tragedia, bo jak ja mogłam jej nie zauważyć i nie sprzątnąć! I zaraz ona musi to zrobić, bo ją to razi.. A kiedy ja jestem u niej i wspomnę coś, że ma kurz na półkach, to "nie mam czasu posprzątać" albo "na święta będę sprzątać".

Cieszę się, że nie jestem taka jak ona w tych kwestiach. Przykładu nie dawała żadnego, ale jak coś było nie na miejscu, to wielka tragedia.

#cCpTS

Denerwują mnie niedoskonałości, które mogę poczuć palcami na swojej skórze. Bardzo często drapiąc się po plecach wykrywam małe grudki, które irytują mnie do tego stopnia, że muszę je wygrzebać. Przez to mam problem z wypryskami i czasem bolesnymi krostami tworzącymi się w miejscach, gdzie się drapię. Anonimowe jest to, że zwykle po wydobyciu takiej grudki zjadam ją.

#xivdy

Od kiedy pamiętam nigdy nie lubiłam alkoholu. W klubie na imprezie byłam tylko raz i był to jednocześnie ostatni raz... totalnie nie moje klimaty. Alkohol po prostu mi nie smakuje nie ważne czy piwo, wino czy szampan nie jestem w stanie nic przełknąć. Piwo wypije najwyżej do połowy dalej nie mogę robi się strasznie gorzkie a poza tym czuję, że już więcej nie zmieszczę.

Gdy chodziłam do szkoły, głównie gimnazjum i liceum, znajomi zapraszali, namawiali na imprezy (chodziłam tylko na małe domówki) jednak przeważnie odmawiałam. Kiedy parę razy zgodziłam się przyjść zawsze padały klasyczne teksty "no ze mną się nie napijesz", "tylko jeden drink", "weź nie p******l pijemy". 

Z czasem znajomi przestali zapraszać mnie na imprezy, oczywiście nie mam im tego za złe i tak bym nie przyszła, ale nie miało to wpływu na naszą dalszą znajomość.

Kiedy poznałam mojego chłopaka na początku podczas wspólnych zakupów brał butelkę wina albo piwa, chociaż zawsze mu mówiłam, że nie chcę to za dużo i nie wypiję. Z czasem zrozumiał, że naprawdę mi to nie smakuje i przestał namawiać i pytać co będę piła do wieczornego filmu.

Nie muszę chyba pisać co działo się na rodzinnych imprezach... winko, szampanik jakieś drinki oczywiście wszystkie moje tłumaczenia, że nie chce nic nie dawały.

Sytuacja trochę się uspokoiła jak zrobiłam prawo jazdy. Oczywiście na początku było gadanie że kto na imprezę przyjeżdża samochodem, ale potem wszyscy chętni, żeby ich po drodze gdzieś podrzucić.
Teraz gdy jestem w drugim miesiącu ciąży nareszcie mam spokój.

Czy naprawdę alkohol to jedyna opcja żeby się dobrze bawić? Czy ludzie nie potrafią zrozumieć, że niektórzy po prostu nie chcą pić? 

Pozdrawiam wszystkich którzy mają podobną sytuację do mnie :).

#YaprQ

Jestem młodą, dość ładną kobietą. Nie jestem nieśmiała i bardzo lubię towarzystwo mężczyzn, ale niestety, nie mam szczęścia w miłości - a wszystko przez jedno dziwactwo.

Lubię zachowywać się kobieco jedynie przy takich, którzy nie mają u mnie szans. Kręci mnie, jak stają się wtedy onieśmieleni, zaczynają się jąkać, próbują mi imponować i mnie rozśmieszać w różne, niezręczne sposoby. Przy nich doskonale "czuję" flirt, jednak flirtuję tylko po to, żeby pokazać im, jak bardzo nie mają u mnie szans.

Zupełnie inaczej jest z facetami, którzy mi się podobają. Przy nich... zaczynam się zachowywać jak facet. Nie mam pojęcia, czemu tak robię, ale to silniejsze ode mnie. Przybieram męską pozę z biodrami do przodu, zaczynam mówić grubszym głosem, opowiadam świńskie dowcipy i głośno przy tym rechoczę. Lubię też stawiać moim crushom piwo i inne napoje, odsuwać im krzesła... no generalnie zachowywać się dokładnie tak, jak zachowuje się facet wobec adorowanej kobiety.

Nie muszę chyba pisać, że przez to w 90% trafiam do friendzone jako "ta równa babka", a w 10% faceci są zniesmaczeni. Nigdy nie zapomnę, jak jeden z otwartym oburzeniem kazał mi zostawić to krzesło, bo on sam sobie poradzi... porażka.

#XFk5f

Dawno, dawno temu moja babcia opowiedziała mi historię o mojej mamie.
Była to smutna opowieść o kobiecie, która za alkohol potrafiła oddać to, co kobieta ma najcenniejsze.
Ja, jako mała dziewczynka postanowiłam, że nigdy, ale to nigdy będę taka jak ona.

Teraz mam 35. Mam męża, dwójkę dzieci, pracuje na etacie i od przynajmniej 5 lat zmagam się z alkoholizmem.

Oni o tym nie wiedzą, bo pije, kiedy wszyscy już pójdą spać.

Walczę ze sobą. Potrafię nie pić kilka tygodni, ale wystarczy tylko impuls i znów płynę.
Mówią, że geny nie wpływają na człowieka. Nie ważne kto cię urodził, ważne kto cię wychował. G.... prawda. Babcia nie piła, nie paliła, a ja powielam prawie cały schemat życia mojej matki.

Czuję, że przegrywam sama ze sobą.
Bo niby walczę, ale ten mój atak przeciwko mojemu wrogowi jest coraz słabszy.

#RPRR8

Mam ze sobą pewien problem. Nie widzi tego nikt poza moim mężem. Otoczenie odbiera mnie jako zapracowaną, pełną życia, energiczną i na pewno nie leniwą osobę.
Prawda jest niestety inna. Jestem najbardziej leniwą osobą, jaką znam.

Kiedy nikt mi niczego nie narzuci, potrafię leżeć i nic nie robić przez całe dnie. Mam z tego powodu straszne poczucie winy. Zaczyna się od zwykłych obowiązków domowych - nie potrafię zmobilizować się do sprzątania, obiady gotuję tylko dla męża (i tak z dużym opóźnieniem, bo chcę tylko żeby widział, że coś robię...). Ja bym mogła cały dzień podjadać cokolwiek. Wyrzucenie śmieci to dla mnie wielka wyprawa. Głowa mnie boli również na samą myśl, żeby o siebie dbać. Robię tyle, żeby otoczenie myślało, że wszystko w porządku. A tak naprawdę nie mam nawet w sobie siły, żeby codziennie wziąć prysznic czy umyć zęby...Czasami cały dzień powtarzam sobie, że zrobię jakąś czynność, nawet najprostszą, ale niestety mój plan nigdy nie wchodzi w życie. Poza gadaniem nie mam w sobie siły, żeby robić cokolwiek. Nawet nie ciągnie mnie do seksu... a podobno każdy to lubi i na pewno ze mną jest coś nie tak. Mąż na całe szczęście ma niski temperament i mu to nie przeszkadza. Podobno...

Nie cierpię siebie za to. Nie dość, że oszukuję samą siebie, to jeszcze innych. Nie mam pojęcia jak to zmienić i jak sobie z tym poradzić.

Byłam u psychologa. Usłyszałam, że wcale nie jestem leniwa, bo przecież dużo pracuję... A ja wciąż czuję, że coś jest nie tak.

#NmMQO

Istnieje jedna osoba na świecie której naprawdę nienawidzę. To była żona mojego partnera. Nienawidzę jej za to, że próbowała zniszczyć nasz związek. Po około roku po tym jak go zostawiła, a on wszedł w nowy związek zapragnęła wrócić. Manipulowała nim i nastawiała przeciwko mnie. 

Ostatnio dowiedziałam się, że wymusiła na moim partnerze, aby napisał oświadczenie woli w którym zgadza się płacić tej dobrze zarabiającej i bezdzietnej małpie dożywotnie alimenty. Jestem zła na partnera, że to ukrywał, ale jej nie odpuszczę. Nie chodzi mi o pieniądze, bo byłabym z niego dumna gdyby przeznaczał tę sumę pieniędzy co miesiąc na organizacje charytatywne. 

Nie wiem jak mógł się dać zmanipulować w tak obrzydliwy sposób. Jest mi przykro, bo myślałam, że w końcu się od niej uwolnimy. On mimo,że żałuje tego co co zrobił to nie bardzo chce z nią walczyć.

Ja jednak ja nie popuszczę. Krew się we mnie zagotowała.
Trzymajcie za mnie kciuki, bo wynajmuję prawnika i mam zamiar rozjechać jej roszczenia jak buldożer w sądzie jeśli będę musiała.

#hBAjc

Czuję się strasznie sfrustrowana. Z moim chłopakiem jesteśmy ze sobą od 7 lat, od 4 mieszkamy ze sobą. Mamy skończone studia, stabilne, dobrze płatne prace, a i dobrze się ze sobą dogadujemy.
Jednak, pomimo 29 lat na karku, wciąż żyjemy jak studenci. Dopiero w zeszłym roku namówiłam go, żeby opuścić mieszkanie studencie i przenieść się na kawalerkę.

Co rusz patrzę, jak znajomi wychodzą za mąż, mają dzieci i szczęśliwe rodziny. Ja, pomimo już odpowiedniego wieku i warunków, wciąż żyję jak student, którym od 4 lat nie jestem.
Mojemu facetowi to odpowiada, w czwartki impreza, na weekend do domu rodzinnego żeby pozwozić niepotrzebne słoiki od mamy i żeby mu powiedziała jaki to on nie jest młody i jak ma się nie spieszyć. Nie myśli o większym mieszkaniu, o ślubie, o dzieciach...

Nie sądziłam, że tak będzie. Zawsze wydawał mi się pracowity, taki życiowy. Do teraz jak się go pytam, czy chce mieć dzieci, to odpowiada, że tak, i to co najmniej troje. Z tym że kiedy ja te dzieci zdążę urodzić? Kiedy będę w końcu mogła zapewnić im dom zamiast mieszkanka w ruinie (bo najtaniej) o powierzchni 30 m2? Czuję, że kończy mi się czas, że marnuję go z nim, że on zatrzymał się na etapie studiów i nie chce iść dalej. On twierdzi, że mamy czas, przecież jesteśmy młodzi, ale jak dla mnie, rodzenie dzieci po 30 to zbędne ryzyko.

Jestem sfrustrowana i najzwyczajniej w świecie smutna, bo coraz częściej myślę, że tylko zmarnowałam czas i dałam się głupio mamić jego obietnicami o szczęśliwej rodzinie, którą stworzymy.
Nie chcę go zmuszać. Duma mi nie pozwala. Nie chcę chodzić za nim i ciągle pytać kiedy ślub i kiedy dzieci. Już i tak za często to robię, kiedy irytacja osiągnie kulminacyjny punkt. Zawsze wtedy mówi mi, że jesteśmy bardzo młodzi, że jeszcze nie czas. Cholera jasna, obydwoje mamy prawie 30 lat, a nie 16!

Zastanawiam się nad odejściem. Ultimatum jest dla mnie najgorszą opcją, bo on też powinien tego chcieć. To zbyt poważna decyzja, żeby stawiać ultimatum i zmuszać go w ten sposób.

Miesiąc temu ostatnia panna z naszej paczki wyszła za mąż. Po 3 latach chodzenia ze sobą. Wesele jakoś przetrzymałam, uśmiechając się sztucznie, ale gdy szłam złapać welon, czułam się jak wyrzutek wokół dziewczyn, które miały 20 lat max. W domu oczywiście beczałam pół nocy w poduszkę, co mój facet skwitował tym, że mam okropny charakter, skoro zazdroszczę innym.

Czuję się bezsilna. Ciągle nachodzi mnie myśl, że przegrałam życie, że robiłam wszystko, by mieć dobrą rodzinę. Cholera, ja naprawdę myślałam, że on też tego chce. Tyle razy mnie zapewniał! Nawet przegląda czasami domy na sprzedaż, ale kiedy zaczynam pytać, to od razu temat się kończy i twierdzi, że nas nie stać. Mamy łącznie ponad 11 000 zł miesięcznie. Jak nas nie stać? On szuka wymówek, a ja powodów, ale chyba skończyła mi się cierpliwość.
Dodaj anonimowe wyznanie