#MxTJl

Sytuacja miała miejsce jakieś 7-8 lat temu, chodziłam wtedy do pierwszej klasy liceum, praktycznie codziennie jeździłam 30 km autobusem, żeby być w szkole. Kurs tego autobusu miał zawsze ten sam kierowca, który zawsze zatrzymując się pod moją szkołą ruszał z przystanku zanim wszyscy z niego wysiedli - mnie raczej udawało wyskakiwać z niego "na czas".. Ale przyszedł dzień, kiedy to podążałam do szkoły w nowych spodniach za kilka stów - szpan kosmiczny, myśl, że koleżanki oszaleją z zazdrości... W zasięgu mojego wzroku jest już przystanek, szykuję się do wyjścia, a tu nagle przede mną pełno ludzi. Przeciskam się za nimi, żeby wyjść tylnymi drzwiami, ale jednak się okazuje, że dla mnie jest za późno... Łapię rączkę od drzwi (wtedy to nie były automaty) i latam jak Pocahontas na linach, ocierając swoimi nowiutkimi jeansami o krawężnik. Słyszę, jak ludzie w autobusie krzyczą do kierowcy, żeby się zatrzymał, ale zero reakcji, więc kilku kolegów z ogromnym entuzjazmem krzyczało: "skacz!". Skoczyłam...
Spodnie podarłam, kolano rozwaliłam, w szkole nie chciałam się pokazywać, a wszyscy "obserwatorzy" przy każdym spotkaniu prosili o jeszcze jeden popisowy numer.

Ale spodnie mam do tej pory! Najmodniejsze w tym sezonie, bo podarte na kolanie!

#8smMT

Parę lat temu mój kuzyn spowodował wypadek. Jechał pijany. Uciekł z miejsca zdarzenia. Na szczęście obserwowali to ludzie, którzy szybko zadzwonili po pogotowie i uratowali dziewczynę. Jechała skuterem, kierownica wbiła się jej w brzuch - dostała krwotoku, miała powybijane większość zębów. Dzisiaj ma się dobrze, w miarę dobrze.

Mój kuzyn nie siedział w więzieniu, dostał wyrok w zawieszeniu, do dzisiaj spłaca długi. Stracił prawo jazdy. I dalej jeździ pijany. Jego żona także prowadzi po alkoholu i nie zdaje sobie sprawy, jakie sprawia niebezpieczeństwo.

Tydzień temu pokłócili się. Oboje pijani. Pierwsza pojechała ona, a za nią on. Bardzo im odwala, kiedy piją. Widziałam, jak kuzyn wsiadał za kierownicę. Był to pierwszy raz, nie mieszkam z nimi. Długo nie musiałam myśleć. Zadzwoniłam na policję, podałam marki samochodów i numery rejestracyjne.

Złapali ich. Tym razem nic nikomu się nie stało. Czy mam wyrzuty sumienia? Nie mam, ale nikomu nie powiedziałam, że to ja zadzwoniłam. I nie wiem czemu, ale nie mam odwagi.

#QNdFd

To, co opiszę, wydarzyło się ponad 10 lat temu. Miałam jakieś 14/15 lat, z racji wieku i szalejących hormonów musiałam się jakoś wyżyć i ukojenie odnalazłam w pisaniu pamiętnika. Czar prysł, kiedy dostał się on w ręce mojego starszego brata. Najgorsze było to, że miałam naprawdę polot i w dość rozbudowanych esejach pisałam o uczuciu, którym darzyłam jednego chłopaka, a który oczywiście nic o tym nie wiedział. Każdego dnia przeżywałam piekło z obawy, że w jakiś sposób podpadnę bratu, a on mu wszystko wyjawi.

I stało się, pamiętam, że był listopadowy wieczór, a ja dostałam SMS: "Czy to prawda, co powiedział mi Twój brat?" W tym momencie mój świat się zawalił, a ja myślałam, że najpierw brata uduszę, a później zapadnę się pod ziemię. Z rozpaczy postanowiłam, że nie będę przebywała w jednym domu ze zdrajcą i po naoglądaniu się wielu życiowych seriali, postanowiłam, że muszę to przetrawić gdzie indziej. Żeby było bardziej dramatycznie nagrałam na mp3 100x piosenkę Edyty Bartosiewicz "Opowieść" i wyszłam. Miałam szczęście, bo pogoda mi sprzyjała - padał ulewny deszcz. Byłam zachwycona, że mogę delektować się moją tragedią w taki sposób, ale po jakimś czasie trochę mi się to znudziło. Nie chciałam być w domu, w którym przebywał ten zdrajca, więc postanowiłam, że poczekam na jedyny autobus jaki jeździł z mojej wsi o tej porze i udam się do koleżanki, która mieszkała na stancji. Zabrałam plecak z książkami, jakieś ubrania na zmianę, wyłączyłam telefon i uciekłam. Wszystko przebiegło sprawnie, dotarłam do koleżanki, spędziłam u niej noc, a na drugi dzień najzwyczajniej w świecie udałam się do szkoły. Tam dowiedziałam się, że przez całą noc szukało mnie pół wsi, a moje zniknięcie najbardziej przeżył mój brat, który ponoć (ciężko mi w to uwierzyć) płakał jak bóbr, że to wszystko przez niego.

Nieraz słucham mojej czternastoletniej kuzynki i śmiać mi się chce z jej problemów, ale właśnie wtedy przypominam sobie o mojej historii i stwierdzam, że nie można w żaden sposób bagatelizować uczuć nastolatków, bo są one tak samo silne jak u osób dorosłych.

Zapomniałabym o najważniejszym - do brata jeszcze długo się nie odzywałam, ale dzięki niemu zyskałam cudowną miłość, która trwa do dziś :)

#mpzmM

W pewnym momencie życia było na tyle ciężko, że musiałam na jakiś czas zamieszkać w pokoju dwuosobowym, bo po prostu nie miałam pieniędzy na cokolwiek innego i prawie się otarłam o noclegownie dla bezdomnych. Do pokoju trafiłam z chłopakiem w zbliżonym do mnie wieku (mam 22 lata). Aby go opisać, łatwiej będzie ująć to w podpunktach.

1. Na imię miał Henryk i w życiu nie robił nic poza graniem w gry na laptopie, jednocześnie udając, że studiuje, choć z domu wychodził raz na tydzień do sklepu.
2. Mył się raz na tydzień, jak nie rzadziej. Nie przeszkadzało mu, że roznosi wszy, a jego zapach powoduje wręcz mdłości.
3. Uwielbiał podbierać mi jedzenie oraz drobne.
4. Mimo przebywania w jednym pomieszczeniu, odezwał się do mnie zaledwie kilka razy i to pierwszego dnia, od kiedy tu mieszkam.
5. Strasznie go ciekawiła damska bielizna, bo notorycznie mi ginęła, po czym znajdowałam ją w jego rzeczach.
6. Regularnie moczył się w nocy. Prawie codziennie rano rozbudzał mnie zapach moczu.

Ostatniego dnia przed moją wyprowadzką chyba sobie pomyślał, że nie ma już nic do stracenia i próbował w nocy wejść mi do łóżka, licząc na coś więcej. Na szczęście jego smród dosłownie wyrwał mnie ze snu i od razu go pogoniłam. Jednak na tyle mnie to przeraziło, że noc spędziłam siedząc w kuchni i czytając książkę. Rano zabrałam rzeczy i się wyniosłam. Zabrałam sobie jeszcze stówę z jego kurtki, jako zapłatę za część bielizny, której jednak nie odzyskałam oraz wszelkie drobne i jedzenie, które sobie przywłaszczył. Zabawne jest też to, że jakiś tydzień po wyprowadzce napisał mi SMS-a, ze odda mi bieliznę, jak spędzę z nim chociaż jedną noc.

Z jednej strony się śmieję, ale z drugiej odczuwam niepokój, gdy sobie pomyślę, że żyłam z nim przez dwa miesiące pod jednym dachem, a jego zachowanie świadczyło o tym, że ma problemy ze sobą i naprawdę mógł się okazać psycholem.

#p53qO

Krótko po skończeniu przeze mnie 6. roku życia rodzice obdarowali mnie świetnym prezentem, a mianowicie dali mi siostrę. Jako że byłam dość odpowiedzialnym brzdącem, to przypadła mi rola typowej starszej siostry - zajmij się, zabierz na spacer, pobaw się. W domu zostawał z nami dziadek - mama w pracy, tato za granicą, nikogo nie dziwiła ta sytuacja. Muszę wspomnieć, że dziadek był z tych, co muszą zawsze wszystko wiedzieć. Mieszkał w domu razem z nami - on na parterze, my na piętrze.

Pewnego pięknego dnia jak zwykle niańczyłam Młodą. Była akurat na etapie nauki korzystania z kibelka. Nagle usłyszałam magiczne słowo: "Siku!", co zawsze oznaczało bieg po schodach w dół z prędkością światła (na piętrze nie było toalety). Ale dziecko stwierdziło, że nie wytrzyma takiego dystansu i musi już, teraz, natychmiast. Nie uśmiechało mi się przebieranie i kąpanie obsikanego dzieciaka, więc niewiele się zastanawiając wsadziłam Młodą do wanny, kazałam robić co trzeba i wyszłam z łazienki. Po chwili usłyszałam wycie. Nie płacz, a wycie. Biegnąc, w myślach miałam już policję i siostrę utopioną w strumieniu swojego moczu. Na szczęście Młoda przeżyła. Płacz był spowodowany tym, że niestety w międzyczasie włączyła jej się potrzeba numer dwa, i niestety nie potrafiła jej pohamować. Stanęłam w obliczu prawdziwego wyzwania: jak pozbyć się kupy ze środka wanny tak, by było to w miarę bezbolesne i tak, by nikt się o tym nie dowiedział. Rozwiązanie było proste - znalazłam starą szmatę do mycia okien, zawinęłam w nią problematyczny "przedmiot", planowałam zanieść do kibelka na dole i tam posłać w świat jak każdą inną. Plan idealny, jednak w tym momencie na naszej drodze stanął dziadek. Zobaczył, że coś kombinujemy i swoim zwyczajem koniecznie chciał wiedzieć o co chodzi. Nawiązał się dialog:
- Co tam robicie?
- My? Nic.
- Jak to nic? Co tam macie, co to za szmata?
- Jejku, nic.
- Przecież widzę! Natychmiast mówcie co kombinujecie!
Cisza. Powtórny rozkaz. Cisza. Dziadek chciał zabrać nam siłą ową szmatę, ale mnie udało się jakoś przemknąć w stronę łazienki. Na placu boju została siostra, z niej zawsze łatwiej było coś wyciągnąć, więc dziadek spróbował raz jeszcze.
- Drogie dziecko, no powiedz mi, co tam schowałyście w tej szmatce? Co to było?
Na co moja zestresowana siostra wreszcie zaspokoiła jego ciekawość, zresztą zgodnie z prawdą:
- Gówno!

Dziadek był na nas obrażony przez tydzień za to, że nie chciałyśmy zdradzić mu tajemnicy.

#zBviV

Być może cudem uniknęłam porwania.

Gdy miałam kilka lat, mama zabrała mnie do centrum handlowego. Byłam, lekko mówiąc, mało posłusznym dzieckiem. Pamiętam, ze upatrzyłam sobie jakąś drogą zabawkę, a gdy mama powiedziała, że mi jej nie kupi, ja z krzykiem i płaczem po prostu jej uciekłam. Nie biegła za mną, bo myślała, że pewnie zatrzymam się przy kasach, gdzie raczej nie przecisnę się do wyjścia. Jednak zanim za mną tam dotarła, ja zdążyłam przejść pod barierkami (takie, które otwierają się tylko od strony wchodzących do sklepu, tak, aby po prostu ludzie wchodzili jednym wejściem, a do wyjścia mieli inne). Bez problemu się zmieściłam, po czym pognałam w stronę wyjścia. Sama nawet nie wiem po co.

Usiadłam przed wejściem na jakiejś ławce, czekając, aż w końcu mama mnie znajdzie i może przez to wszystko zlituje się i kupi mi tamtą zabawkę. Po chwili jednak zamiast mamy podszedł do mnie jakiś facet, zadając pytania w stylu co tu robię, gdzie moi rodzice itd. Ja powiedziałam, że czekam tutaj na mamę, na co ów facet stwierdził, że wie gdzie ona jest i może mnie zaprowadzić. Ja - naiwna, stwierdziłam, że jasne, chętnie... Po czym wziął mnie za rękę i zamiast prowadzić mnie do sklepu, zaczął iść ze mną w stronę parkingu. Doprowadził mnie prawie pod jakiś samochód, gdy ja nagle stwierdziłam, ze widzę mamę, jak biegnie do mnie. Facet dosłownie w ułamku sekundy puścił mnie, wskoczył do samochodu i odjechał z piskiem opon. Ledwo zdążyłam zareagować, bo nagle złapała mnie wściekła i przerażona mama. Po setkach pytań o to kim był ten facet i czy coś mi zrobił, zamiast dać mi zabawkę na pocieszenie, zabrała mnie na komisariat, gdzie musiałam opisać dokładnie owego mężczyznę.

Brawa dla mamy, ze tego nie zignorowała i jednocześnie współczuję wszystkim, którzy mają takie dziecko jakim ja byłam. I dla jasności, do dziś nie wiadomo kim był ten facet ani jakie miał zamiary.

#NTUKR

Wracając z technikum, a wchodząc na klatkę schodową swojego bloku, spostrzegłem bardzo starą kobietę, idącą po lewej stronie schodów. Oczywiście miałem zamiar przejść obok, gdyby nie fakt, że zjawiła się także dwójka mężczyzn niosących łóżko. Wiedziałem, że nie będą mieli zamiaru czekać, aż babcia pokona cztery stopnie w przeciągu kolejnych dziesięciu minut, dlatego też postanowiłem susem przeskoczyć na samą górę i prześlizgnąć się między nimi.

Wszystko wyszło bardzo dobrze, jednak wykonując drugi, dość szeroki krok, uszły ze mnie gazy. W pierwszej chwili zamurowało mnie, lecz zaimprowizowałem. Odwróciłem głowę, spoglądając na schodzącą babcię. Ta widocznie nie usłyszała nic, gdyż nawet nie drgnęła. Zdezorientowani mężczyźni wpierw patrzyli na mnie, lecz ja ze zdziwieniem wpatrywałem się w starszą osobę. Swą pozorowaną mimiką przekonałem ich, że ten nieszczęsny dźwięk nie wyszedł ze mnie.

Takim sposobem uwolniłem się ze wstydu i zrzuciłem całą winę na niewinną, ledwo chodzącą staruszkę.

#XLRSM

Od dziecka cierpię na dziwną przypadłość. W kościele wszyscy śpiewali piosenki - ja w płacz, przedstawienie brata w szkole - to samo, włączone radio w domu - jak wyżej. Teraz mam lat 20+ i nadal muszę siłą powstrzymywać łzy, gdy któraś z piosenek za bardzo "zadziała". Dodam, że nie musi to być kompletny smęt, potrafię się rozpłakać nawet przy szybkich nutkach. Ot, takie dziwactwo.

#QpIrO

Odkąd pamiętam mam ogromny problem z matematyką. Od gimnazjum chodzę na korki (obecnie jestem w drugiej klasie LO), rzecz w tym, że nawet to mi nie pomaga.

Na koniec gimnazjum miałam 2 z matmy, to samo w pierwszej klasie LO. Rozumiem, gdybym olewała naukę i w ogóle się nie przykładała, ale chodzę na korki dwa razy w tygodniu i sama w domu sporo ćwiczę, rozwiązuję zadania itp. Wciąż nie potrafię zrozumieć tego cholernego przedmiotu, popełniam te same błędy, mylą mi się cyfry, potrafię zamieniać kolejność np. zamiast 23 napiszę 32. Nie wspominając już o minusach i plusach... Wiem, że dwa minusy dają plus, ale i tak napiszę minus. Każdy sprawdzian, każda kartkówka to modlenie się o 2. Nie umiem liczyć w myślach, potrzebuję zawsze kalkulatora.

Dzisiaj pisałam sprawdzian, na który uczyłam się cały tydzień i boję się, że dostanę 1, co będzie już oznaczało zagrożenie. Każda lekcja matematyki to dla mnie koszmar. Kiedy komuś o tym mówię, w odpowiedzi słyszę tylko "za mało się uczysz". I że matma jest przecież prosta. Dla mnie to najtrudniejsze co może być.

Nie wiem już co mam robić. Bo uczę się bardzo dużo, a efektów nie ma. Boję się cholernie tego, że ta matma będzie się za mną ciągnąć całe życie, że nie zdam matury i nie znajdę dobrej pracy przez brak umiejętności matematycznych. Boję się, że zniszczy mi to życie.
Dodaj anonimowe wyznanie