Zazwyczaj nie denerwuję się, gdy ktoś nagle zapomni, jak mam na imię. Ot, zdarza się. Od kilku miesięcy zastanawiam się, czy ze mną jest coś nie tak. Czy w ciągu ostatniego czasu stałem się niewidzialny.
Nie mieszkam już z rodzicami, ale gdy przyjeżdżam do nich, to wołają mnie po imieniu mojego brata, który bywa u nich od czasu do czasu. W mieszkaniu, które wynajmuję z koleżanką, ona woła mnie po imieniu swojego chłopaka. W pracy jestem nazywany imieniem chłopaka, który odszedł zanim ja się zatrudniłem. A na uczelni wykładowcy mówią do mnie imieniem tej osoby, która siedzi obok mnie.
Serio, czasem można zwariować.
Mieszkam z teściami, bo prowadzę gospodarstwo z mężem i tu mamy wszystko (brak opcji wyprowadzki). Od miesiąca nie rozmawiamy z teściami z powodu ostrej kłótni, jaka miała miejsce między ich synem (moim mężem) a nimi. I nie zgadniecie, co dziś usłyszałam od mojej szwagierki... Podobno teście czekają, aż JA ich przeproszę.
Nieważne, że kłócili się ze swoim synem, nieważne, że kłótnia dotyczyła złego postępowania teścia i mój mąż (a ich syn) za ostro na to zareagował, wywołując tę kłótnię. Winna podobno jestem ja, bo powiedziałam mężowi o tym, co złego robi teść, zamiast to zataić.
Błagam, wytłumaczcie mi tę logikę.
Cieszę się, że nadchodzi zima i mróz, bo dzięki temu mogę wreszcie nosić rękawiczki. Nikt tego nie wie, ale bez nich brzydzę się dotykać ludzi, bo od dotyku robi mi się nieswojo i czasem niedobrze.
Jak byłam mała, czytałam bajki typu "Calineczka" albo "Dziewczynka z zapałkami". Tak w skrócie, jeżeli ktoś nie zna dziewczynki z zapałkami, to bajka o dziewczynce, która w zimne święta sprzedawała zapałki, po czym zapalała je, aby choć na chwilę się ogrzać, po czym poszła do babci, która mieszkała w magicznym domu, w którym zawsze była wiosna.
Dopiero mając 25 lat ktoś mi powiedział, że to metafora śmierci i ona tam zamarzła. Byłam w szoku, bo nigdy nie brałam tego pod uwagę.
Chciałbym opisać pewną sytuację, która przytrafiła mi się w stolicy. Czekając przed pasami na zielone światło, słyszę z większej odległości, że zbliża się na sygnale karetka do skrzyżowania.
Mimo, że słuchałem dosyć głośno muzyki w słuchawkach, to i tak było ją słychać. Gdy zapaliło się zielone światło dla pieszych, karetka pogotowia była już prawie przed skrzyżowaniem.
Młoda dziewczyna oraz starsza pani miała gdzieś, że rozpędzona ponad 2-tonowa karetka jedzie dosyć szybko, zbliżając się do skrzyżowania na sygnale. Każdy wie jaki dźwięk wydaje. Te kilka sekund, przez które musieli czekać aż jaśnie panie się ruszą, żeby przejść na druga stronę, mogły kogoś kosztować życie. Więc ludzie używajcie mózgów, bo to nie boli.
Przepis, który chcą wprowadzić, że pieszy ma bezwzględne pierwszeństwo jest idiotyczny, bo to nie poprawi bezpieczeństwa, a bardziej pogorszy, bo takie ameby będą myślały, że 2-tonowe auto w sekundę się zatrzyma.
To pieszy ma ocenić sytuację czy uda mu się bezpiecznie przejść na druga stronę, bo nie ukrywajmy, że przy przepisowej prędkości, z którą auto się porusza, można zrobić poważną krzywdę.
Nie mieszkam w Polsce.
Zawsze, gdy przyjeżdżam w odwiedziny, oglądam z mamą jej seriale, choć ich nie lubię.
Jest super szczęśliwa, gdy może streścić mi ostatni rok perypetii Mostowiaków, czy innych Pyrków (Pyrek?), więc próbuję zapamiętać jakieś główne wątki, by następnym razem móc o tym wspomnieć.
Od kilkunastu lat miałem żonę. Właśnie, miałem.
Poznaliśmy się na jednym z pokazów, który prowadziłem. Była o dwa lata starsza ode mnie, ale zdobyłem ją. Zakochaliśmy się i po paru latach wzięliśmy ślub cywilny. 9 lat temu przyszła na świat nasza córka. Wszystko wskazywało, że będzie zdrowa, ale podczas porodu dostała udaru. Przez lata staraliśmy się, żeby była normalna, teraz ma sparaliżowaną lewą stronę ciała.
Między mną a małżonką zazwyczaj układało się świetnie, czasami były chwilowe kłótnie podczas budowania domu, ale po tym któreś z nas musiało się uśmiechnąć i przeprosić. Od niedawna zacząłem zauważać, że moja żona lepiej się ubiera, maluje, ale sprawiałem jej komplementy i niczego nie podejrzewałem. Niestety coraz częściej się kłóciliśmy, nawet o szklankę, która stała w zlewie. Nasze rozmowy były zdawkowe.
Trzy tygodnie temu powiedziała mi, że ma dosyć i ma kogoś. Szok. Zostawiła mi dziecko, spakowała się i wyszła.
Złożyłem już pozew o rozwód. Od trzech tygodni biorę leki na depresję, zajmuję się małą i nie potrafię jej powiedzieć, że mama już nie wróci.
W dzieciństwie pojechałem z rodzicami pierwszy raz nad morze, rodzice specjalnie kupili wtedy aparat cyfrowy, co w tamtych czasach nie było czymś tanim i powszechnym. Przez całe 2 tygodnie pstrykali wszystkiemu zdjęcia i uzbierali niezłą pamiątkę.
Gdy wracaliśmy już znad morza, zacząłem oglądać zdjęcia z aparatu. Postanowiłem zobaczyć jaki rozmiar i jakość miały zdjęcia. Dopiero w ustawieniach znalazłem pewną opcję, która nazywała się format. Uznałem, że jeśli w to kliknę, to pojawi mi się format tych zdjęć, czyli wszystkie informacje. Kliknąłem w to, aparat się wyłączył, a gdy go włączyłem nie było już zdjęć...
Musielibyście zobaczyć minę rodziców, kiedy wróciliśmy do domu.
Uratowałam dwa razy ludzkie życie.... Pierwszy raz 20 lat temu. Ulicą szedł skulony człowiek. Wszyscy myśleli, że pijany, bo jakiś taki dziwny. Podeszłam, zapytałam, czy mogę w czymś pomóc. Odpowiedział, że boli go w klatce piersiowej.
Bez wahania wsadziłam go do auta i zawiozłam na pogotowie. Miał zawał. Przeżył. Po kilku dniach odnalazła mnie jego żona i bardzo dziękowała.
Drugi raz... Kochałam 20 lat. Namówiłam męża na badania. Poszedł. Diagnoza - nowotwór złośliwy. Operacja. Dostał drugie życie. Po dwóch latach odszedł. Do innej.
Zostałam sama z dzieckiem.
Do dziś biję się z myślami, czy warto było... W pierwszym przypadku na pewno.
Jestem ojcem na pełen etat.
Dwa lata temu moja żona dostała wspaniałą propozycję pracy wymagającą jednakże wielu wyjazdów służbowych. Zdecydowaliśmy więc, że dla dobra naszych dzieci najlepiej będzie, jeśli zostanę w domu. Oczywiście były jeszcze inne przesłanki, ale jednak intratny kontrakt mojej żony był najważniejszym przyczynkiem do naszej decyzji, którą w sumie to ja zaproponowałem - sam miałem bardzo dobrą pracę, ale porzuciłem ją bez większego żalu.
Chociaż mi i mojej żonie taki układ jak najbardziej odpowiada, spotykaliśmy się z niebywałą wręcz falą nieprzyjemności. Ja, oczywiście, jestem "facetem pozbawionym jaj". Moja żona jest, oczywiście, "zwariowaną feministką, której nie obchodzą jej własne dzieci". Nasz związek i układ jest, oczywiście, "nienormalny".
Nikogo nie interesuje, że uwielbiam taki styl życia i w całym moim prawie 40-letnim bycie na tej ziemi nie byłem bardziej szczęśliwy niż teraz, zajmując się moją wesołą bandą i piekąc im ciasta. Kocham nasze dzieci i prawdę powiedziawszy, nigdy w pracy nie doświadczyłem takiej satysfakcji, jaką mam widząc codziennie jak się rozwijają te potworki i jak z każdym dniem mnie zaskakują. Cieszę się, że mam z nimi taki dobry kontakt - poniekąd pewnie wynika to z faktu, że sam miałem typowego Pana Ojca, co to nawet kanapek sobie nie potrafił zrobić i nie interesował się zbytnio swoimi dziećmi.
Przerażał mnie jednak kompletny brak zrozumienia dla naszej sytuacji przez osoby postronne - resztę rodziny, znajomych, osoby niemalże nam nieznane. Tak więc pojawiło się kłamstwo - od kilku miesięcy mówimy z żoną wszystkim, że ja owszem, pracuję, ale zdalnie z domu. Od tego czasu kąśliwych uwag i och, jakże śmiesznych żartów jest zdecydowanie mniej.
Dziwi mnie nadal jednak, czemu facet zostający w domu z dziećmi to nadal taki wielki fenomen. Po cichu chciałbym, żeby coś się w społeczeństwie zaczęło odmieniać, bo chciałbym choć raz spotkać się zamiast szyder z normalnym "Aha, fajnie" w reakcji na moje "Moja żona pracuje i nas utrzymuje, ja jestem w domu z dziećmi i zajmuję się domem". Tak po prostu, chciałbym nie być wytykany jako dziwak i jakiś pod-mężczyzna. Tyle.
Dodaj anonimowe wyznanie