Lubię sobie czasami poczytać bardziej pikantne książki pisane na Wattpadzie. Klimaciki typu BDSM, relacja pan-sługa etc. Czasem wysyłam linki do fajnych książek mojej koleżance Ani, którą znam z fitnessu. Jakoś tak wyszło, że obydwie czytałyśmy pewną serię i o niej dyskutowałyśmy żywo w szatni. I tak samo - jak ona znajdzie niezłe opowiadanie, to mi je przysyła. Najczęściej wysyłam jej linki za pomocą Facebooka.
Właściwa historia - przed świętami znalazłam naprawdę niezłe opowiadanie, także pod kątem językowym. Opowiadanie jest o relacji sługa-pan i jednym z motywów była obroża na szyję. Wiedziałam, że Anię to kręciło, więc w środku nocy wysłałam jej link do opowieści oraz link do obroży na allegro wraz z kodem rabatowym do sklepu internetowego w stylu "rozkosz" i napisałam: "może chcesz coś zmienić w Waszym związku?".
Trochę byłam zdziwiona, że Ania rano nie zareagowała, więc weszłam jeszcze raz w rozmowę i odkryłam, że... nic tam nie ma.
Byłam pewna, że wysłałam link!
Nagle serce mi stanęło, bo odkryłam, że link wysłałam do katechetki mojej córki, którą mam w znajomych przez jakąś dawną szkolną akcję. Kobieta także ma na imię Anna, ma nieco podobne nazwisko, ale jest w wieku ok. 40 lat.
Serio, zestresowałam się.
Napisałam krótkiego maila z wyjaśnieniem, że link nie był do niej i że się pomyliłam etc. Była mi MEGA GŁUPIO.
Nic. Zero odpowiedzi.
Wczoraj odpisała - po 2 miesiącach, dziękując mi za przypadkową pomoc, bo mieli z mężem kryzys w związku i mąż chciał separacji, a moja wiadomość otworzyła jej oczy na to, że może da się coś poprawić i że jako osoba wierząca mimo wszystko może poszukać czegoś, co doda jej pożyciu pikanterii, ale nie zaczęła od obroży, tylko od bielizny erotycznej. Napisała też, że przeczytała opowiadanie z zapartym tchem :D
Dalej mi głupio, jak ją widzę. :/
A jakby ktoś nie lubił braku dokończeń, historia nazywa się "Srebrna maska".
W dniu swoich 20. urodzin dowiedziałam się, że moje złe samopoczucie to nie wina stresu, a po prostu choruję i to poważnie. Nigdy nie zapomnę momentu, w którym lekarz chciał w delikatny sposób powiedzieć mi o tym, że nigdy nie będę mogła zajść w ciążę, a ja zamiast się załamać stwierdziłam, że to jedyny plus mojej choroby.
Lata mijały, po czasie poznałam mężczyznę, z którym się związałam. Nigdy nie zabezpieczaliśmy się, bo po prostu nie było ku temu powodów, gdy kilku lekarzy zapewniało mnie, że moje szanse na zajście w ciąże są praktycznie zerowe.
Pamiętam doskonale tamten dzień, obudziłam się rano i czułam się wyjątkowo słabo. Nie wiem czemu, ale miałam jakieś dziwne przeczucie, że coś jest nie tak i pomyślałam właśnie o ciąży. Idąc do apteki śmiałam się do siebie, że to przecież niemożliwe, więc tylko marnuję czas, a za te 10 zł za test ciążowy mogłabym kupić coś lepszego na śniadanie. Gdy na teście zobaczyłam dwie kreski, w pierwszej chwili byłam pewna, że test jest wadliwy. Przecież nie mogę zajść w ciążę... Na widok wyniku kolejnego testu po prostu zemdlałam. Byłam w tak ogromnym szoku, a jednocześnie ogarnęła mnie panika i potworny strach. W moim życiu nigdy nie będzie miejsca dla dzieci, nie chcę ich. Dodatkowo moja choroba mogłaby doprowadzić do tego, że ciąża pogorszyłaby mój stan.
Gdy mój narzeczony wrócił z pracy, zapłakana i zdruzgotana pokazałam mu test. Pamiętam, że bałam się tylko jednego - opcji, że mój ukochany będzie oczekiwał ode mnie, że to dziecko urodzę albo po prostu sprawię mu ból tym, że usunę ciążę. Jednak on wykazał się niesamowitym wsparciem i zrozumieniem. Sam pomógł mi w zamówieniu tabletek, a następnie pomagał i wspierał przy ich braniu. W odczuciu było to takie samo jak miesiączka, ale bardziej bolesna. Wszystkiemu towarzyszyły jeszcze wymioty i biegunka, ale to efekt leków. Mimo tego poczułam ogromną ulgę. Moment, w którym wiedziałam, że już jest po wszystkim był chyba jednym z najszczęśliwszych w moim życiu.
Od tamtej pory miną niedługo 4 lata. W międzyczasie zdążyłam wyjść za mąż i ułożyć sobie życie. Jednak ani trochę nie żałuję mojej decyzji, gdyby cofnąć czas postąpiłabym tak samo. Bycie w ciąży oraz macierzyństwo byłoby dla mnie najgorszym koszmarem. Nie chcę sobie nawet tego wyobrażać. Obecnie czuję się szczęśliwa, mam kochającego męża i spokojne życie. Jednak aborcja zostawiła na nim jakiś ślad. Od tamtej chwili stosuje zabezpieczenie, mimo tego, że lekarze zapewniają, że ciąża przy mojej chorobie to cud, a donoszenie jej byłoby jeszcze większym cudem. Po prostu chce mieć pewność, że taka sytuacja już nigdy się nie powtórzy.
Jestem osobą w wieku nastoletnim i mieszkam z rodzicami. Moja rodzina jest dość religijna i jakiekolwiek sprzeciwianie się temu nie jest dobrym pomysłem. Efekty takiego buntu bardzo źle odbiłyby się na moim życiu.
Od ponad roku okłamuję rodziców, że chodzę do kościoła. Kiedy w niedzielę mówię, że idę na wieczorną mszę, tak naprawdę w ogóle tam nie docieram. Wolę przez godzinę spacerować po okolicy niż tam siedzieć. Nie chcę słuchać proboszcza, który nieraz mówi ludziom, na kogo mają głosować, albo rozgłasza różne teorie spiskowe.
Wiem, że niektórzy mogą mnie za to źle ocenić albo zarzucić mi tchórzostwo i niedojrzałość. Jednak ja uważam, że po prostu nie mam innego wyboru.
Mam 25 lat i naprawdę prawie niczym nie wyróżniam się spośród innych ludzi, jest jednak jedno "ale". Od dziesiątego roku życia jestem ABD (Adult Baby Diaper Lover).
Zaczęło się to, jak już wspomniałem, w dziesiątym roku życia. Mojej siostrze urodziło się dziecko, mieszkaliśmy wtedy wszyscy w jednym domu i podczas jej nieobecności, jak to każdy dziesięciolatek, wchodziłem po kryjomu do ich pokoju i podbierałem sobie słodycze. Pewnego razu jednak w szafce oprócz upragnionych słodyczy znalazłem także kilka dziecięcych pieluch. Wziąłem dwie sztuki z ciekawości, aby sprawdzić "jakie to jest uczucie". Spodobało mi się to. Ta miękkość i jakieś bardzo dziwne uczucie przyjemności, nie mające podłoża seksualnego (u mnie nie miało to podłoża seksualnego ani nie ma go dziś). Podbierałem coraz więcej pieluszek, aż w końcu jej dziecko z tego wyrosło. Do 13 roku życia byłem odcięty od pieluch, aż urodziło jej się drugie dziecko. Poczułem znów chęć założenia pampersa, z samego faktu, że to pampers. Znów zacząłem podbieranie. Jak jej kolejne dziecko wyrosło z pieluch, to próbowałem je szyć samemu z ceraty, szmat itd. Dopiero po ukończeniu 17 roku życia odważyłem się pójść do apteki i kupić pierwszą paczkę pieluch dla dorosłych. Kupowałem ich coraz więcej, nosiłem coraz częściej. Dziś noszę je 24/7, nie robię w nie dwójki broń Boże. Piszę ten post, ponieważ nigdy nikomu z tego się nie zwierzyłem, nikt o tym nie wie, może to wyznanie przyniesie mi ulgę.
Trochę o "matce męczennicy".
Moja mama zawsze się poświęcała dla rodziny. Na jakiekolwiek niedziele, święta czy inne ważne okazje zawsze musiała wszystko sama przyszykować, upiec, bo kupne to złe. Nigdy nie umiała też prosić o pomoc, a na tę oferowaną ciągle przez członków rodziny zwykle reagowała: "Zostaw, nie zrobisz mi tak jak ja tego chcę" albo "Nie umiesz, daj, ja to zrobię". Ja jako córka mniej więcej od czasów podstawówki regularnie słyszałam tekst "Ty nic nie potrafisz zrobić" na zmianę z "Rzygać mi się chce, jak patrzę jak to robisz". Czy rzeczywiście byłam aż tak beznadziejna we wszystkim?
Gdy wyjechałam na studia okazało się, że jednak nie. Współlokatorzy chwalili mnie za sprzątanie, reszta znajomych wsuwała moje dania i wypieki aż im się uszy trzęsły i prosili o dokładki. Owszem, musiałam się nauczyć sama masy rzeczy, ale koniec końców umiałam to wszystko zrobić, tyle że na swój sposób i w swoim tempie. Jak to wyglądało w domu? Wszystko musiało być robione tak, jak moja mama tego chce i dokładnie wtedy, gdy ona tak zarządzi. W innym wypadku padały wymienione wyżej teksty, okraszone wyrzutami "Ja robię chociaż się nosem podpieram, tyle się dla was poświęcam!". No właśnie, tylko że... ja nigdy nie chciałam tych poświęceń. Wolałabym usiąść z uśmiechniętą i zadowoloną z życia mamą przy kupnym cieście, niż ze zgorzkniałą i wiecznie rozżaloną przy domowej szarlotce.
Kocham moją mamę, jestem jej wdzięczna za to, że tyle dla mnie w życiu zrobiła - opiekowała się, gdy chorowałam, gotowała pyszne obiady, po prostu za to, że zawsze dla mnie była. Ale (i to jest właśnie ta anonimowa część, której nigdy jej nie powiem) równocześnie nienawidzę jej za brak wiary we mnie, za ciągłe wypominanie i utrzymywanie mnie w poczuciu, że jestem wyrodną córką, gdy robiłam coś nie po jej myśli. Za to, że mając 24 lata z trudem buduję poczucie własnej wartości i dopiero uczę się stawiać samodzielne kroki w dorosłym życiu. Za to, że nauczyła mnie opierać swoją wartość na słowach innych ludzi, zamiast na swoich wewnętrznych przekonaniach.
Dziś rzuciłem każdą używkę. Mam wspaniałą żonę, która wybaczyła mi wiele krzywych akcji. Mam dwójkę wspaniałych dzieci. Ale jestem ćpunem. Piję, palę zioło, walę po nosie i nie odmawiam innych eksperymentów. Dzieci w sumie nie widują mnie pod wpływem, ale jednak czasem jestem krzykliwy, kłócę się bez powodu. Rzucam pracę bardzo często, przez to nie możemy się ustabilizować finansowo. Jednak od zawsze dom, w którym są moje dzieci ma być czysty od używek (chociaż tyle rozumu mi zostało), więc żona nie jest świadoma tego, że ćpam, nie zna nikogo z mojego towarzystwa od odlotu. Moje używanie powoduje więcej kłótni między nami, bo jednak się zmieniłem przez ten syf. Dziś to właśnie do mnie dotarło. Uczucie takie, jakby ktoś dał mi w łeb od tyłu znienacka. 12 godzin temu powiedziałem sobie, że koniec z tym, jeśli podejdę do tego tak jak potrafiłem kombinować siano na ćpanie, to muszę dać radę. Od dziś więcej wyjść na kolację z żoną, z dziećmi do parku, wycieczek. Jutro szukam pracy, i choćbym miał pole na ziemniaki przekopywać saperką, nie zrezygnuję z niej. Zero ćpania, picia, trochę zdrowej diety (bez przesady, zjeść lubiłem od dziecka jestem żarłokiem), trochę boiska dla ruchu. Wracam do tego, kim byłem 11 lat temu.
Miało być krótko, tylko tak, żebyście kciuki trzymali, bo tak naprawdę nie mam komu o tym powiedzieć.
I w ramach motywacji powiem, że czuję się dumny, w końcu to pierwszy krok, w dodatku podjęty przeze mnie z własnej woli. I tak dodatkowo do tych, którzy mnie pocisną w komentarzach: nieważne, co napiszecie, jestem świadom, że każdy pocisk będzie słuszny i w sumie będzie niczym przy tym, co pomyślałem o sobie gdy dotarło do mnie, co odpier....em.
Tak więc ludzie trzymajcie te kciuki. Przyda się.
Wchodzi do mojego gabinetu baba (taka wredna, roszczeniowa dama) i od wejścia z ryjem do mnie, że jej dzieciaczkowi nie znika wysypka, nie śpi i ciągle płacze. Na spokojnie próbuję jej wytłumaczyć, że to się zdarza i ma mi powiedzieć od kiedy te objawy się utrzymują, czy zaczęła karmić dziecko produktami stałymi, a jeżeli tak, to czym je karmi.
- No jak czym? A co się dziecku podaje? Mówi pani, jakbym głupia jakaś była. No normalnie. Tym, co każdy.
- Proszę pani, proszę o dokładną odpowiedź, to bardzo ważne w takim wypadku. Chłopiec dostaje taki sam posiłek, co reszta domowników?
- No tak. No a jak inaczej. Ja nie będę przecież płaciła za jakieś te... no.,. Gerberki jakieś. Przecież od tego nie urośnie.
- To co chłopiec dostaje do jedzenia?
- No to co każdy. Lubi jak (imię męża) je bigos, to mu podjada. Karkóweczki no, trochę ostatnio mu mąż spaghetti dał, to zjadł. I lubi, lubi bardzo.
- Pani półrocznemu dziecku bigos daje do jedzenia? Nie pomyślała pani, że to od tego ta wysypka?
- No jak no? Przecież takie wysypki to od wirusa są, a nie od jedzenia. Bo jak od jedzenia? Przecież to nie ma drogi na twarz jedzenie. Bo przecież się nim nie smaruje. Pani mi nie wmawia, że ja dziecko krzywdzę. Pani dzieci nie ma, to nie wie jak się zajmować, bo ja dobrze się zajmuję moim i mi pani nie wmówi, że trzeba zaszczepić na jakieś te.
- Proszę się uspokoić, próbuję pani pomóc...
- Ale niech mi pani nie mówi co mam robić! Wy to macie zapłacone, bo mówicie to samo wszyscy! Że od jedzenia! Że co, ja może mam zaszczepić dziecko moje na kapustę?
Nie przedłużając, pani dostała furii i zaczęła krzyczeć, że jestem niepoważna, po czym wyszła z przychodni.
Anonimowe w tym wyznaniu jest to, że nasłałam na panią opiekę społeczną, bo wyczułam od niej alkohol. Dziecko jej odebrali, a ona rozpowiada, że sąsiadka ją podłożyła. Czasami trochę mi głupio, że matka przeze mnie straciła dziecko, ale jak przypomnę sobie te czerwone plamy na twarzy tego chłopca, jego płacz i ból w oczach, to jakoś nie jest mi jej żal. Niektórzy nie powinni mieć dzieci.
Nienawidzę dzieci.
Moja matka urodziła łącznie 6 dzieci, z których ja jestem najstarsza. Moja 6 lat młodsza siostra Maja choruje na zespół Downa. Pozostała czwórka ma innych ojców. Najmłodsze z mojego rodzeństwa ma 2,5 roku, starsze 6, następne 8, kolejne 12, a Maja ma 16.
Od kiedy opuścił nas mój ojciec, musiałam powoli opiekować się rodzeństwem. Wtedy była to tylko upośledzona Maja, przez którą i tak miałam braki w pracy domowej (w pierwszej klasie!) i inne problemy, na przykład trudności z zasypianiem (musiałam się nią zajmować, kiedy matka szlajała się gdzieś po nocach). Z każdym kolejnym dzieckiem było gorzej, musiałam się nimi zajmować bez względu na mój wiek i szkołę, bo matka miała "pracę", a poza tym hobby w postaci alkoholu. Musiałam powtarzać 6 klasę.
Kiedy w końcu myślałam, że wyjdę na prostą, pójdę do liceum, a potem na wymarzone studia, urodził się Mateusz. Musiałam się nim zajmować, mimo że nienawidzę go równie mocno jak reszty rodzeństwa. Nienawidzę ich tak mocno, że pewnego dnia nawet ich nie nakarmiłam, a te durne dzieci, najstarsze (nie licząc Mai) w wieku jedenastu lat, nie wpadły na to, jak wyjąć płatki z szafki!
Matka wciąż się nimi nie opiekuje, ja powtarzam ostatnią klasę liceum. Chciałabym się wydostać z tej dziury, od tych małych potworów, i zacząć swoje życie, ale wiem, że z moją matką i obecnymi obowiązkami to nie będzie szybko możliwe.
W końcu po kilku latach przeglądania anonimowych i ja zdecydowałam się wyznać moją tajemnice. Uwaga, będzie niesmacznie.
Jestem picowcem. Uwielbiam jeść kurz. Mowa tu o kurzu, który zbiera się na meblach, drzwiach, podłodze. Nie przeszkadza mi nawet, że są w nim włosy. Kocham jego zapach, konsystencję. Najlepszy jest taki z pomieszczeń, gdzie jest położona wykładzina dywanowa. Wtedy kurz jest puchaty i nie ma drobinek piasku, które zgrzytają między zębami. Uwielbiam też przebywać w zakurzonych pomieszczeniach oraz wąchać powietrze wydobywające się z odkurzacza.
Nie wiem skąd mi się to wzięło. Po prostu jako dziecko nie mogłam się pohamować by tego nie skosztować i tak mi już zostało. Teraz mam 30 lat i muszę skrupulatnie to ukrywać przed mężem. Jak jeszcze mieszkałam w rodzinnym domu, to brat mnie przyłapał na moim podjadaniu i powiedział mamie. Oczywiście ja się jakoś wybroniłam mówiąc, że oglądałam Perfekcyjną Panią Domu i robiłam test białej rękawiczki. Na szczęście mama uwierzyła i po tej sytuacji byłam bardziej ostrożna. Do tej pory nikt nie wie, co ja wyprawiam i dlaczego w moim domu jest tak czysto. Wiem, że to trzeba leczyć. ale jakoś nie mam odwagi iść do lekarza. Spaczone łaknienie występuje często i widziałam kilka wyznań o tym. Nigdy jednak nie widziałam wyznania osoby, która jest takim dziwakiem jak ja.
Uff, w końcu to z siebie wyrzuciłam.
Moi "koledzy" ze studiów naśmiewają się ze mnie, że nie mam prawa jazdy, a mam 22 lata. Sprawia mi to ogromną przykrość i staram się mówić, że w moim przypadku to niemożliwe. Nie chcę stanowić zagrożenia na drodze, a wiem, że mógłbym to zrobić. Mam padaczkę i cukrzycę.
Dodaj anonimowe wyznanie