#mTOgo

Muszę się wygadać, niestety nie wypada mówić takich rzeczy mojej rodzinie czy znajomym, otóż jestem zazdrosna o moją najstarszą córkę.

Gdy jeszcze mieszkała z nami, była - delikatnie mówiąc - słabo ogarnięta, żyła jakby w innym świecie, miała kiepskie oceny i trzeba jej było załatwiać korepetycje, które nie dawały jej dużych efektów. W pokoju wiecznie wielki bałagan i wszelkie upominania o sprzątnięcie bajzlu nic nie dawały.

Natomiast od kiedy się przeprowadziła jakieś pół roku temu, wszystko robi lepiej ode mnie! Przez co jestem ciągle do niej porównywana.
W mieszkaniu zawsze ma czysto, nawet gdy robimy niezapowiedzianą wizytę.
Jak to ona mówi? "Sprzątanie na bieżąco dużo pomaga".
W jej szafie panuje idealny porządek, a utrzymanie porządku w tym miejscu to był dla niej największy problem.

Kiedy ona się nauczyła tak gotować!? Gdy wpada do nas na weekendy, ona postanawia coś ugotować, i to prawie zawsze coś nowego. Mój mąż i jej rodzeństwo o dziwo z wielką chęcią to jedzą, a mają bardzo wybredne podniebienia. Niejednokrotnie sama mam zagwozdkę co im ugotować, by wszystkim smakowało.
Wszelkie przepisy, które ja ją nauczyłam, również robi lepiej!
Później słyszę dlaczego nie zrobiłam czegoś jak ona, przecież to było lepsze!

Jej facet, ideał, pomaga jej w mieszkaniu, kocha ją, nie ma nałogów, dobrze wykształcony, z dobrą przyszłością i świetnie zabezpieczony finansowo.
Przeciwieństwo mojego męża, u którego odnoszę wrażenie, że im starszy, tym głupszy.

Ostatnia rzecz, która jest dla mnie zagadką - jej figura. Wszystkie kobiety z mojej rodziny są bez wcięcia w talii, a ona ma figurę klepsydry. Jak to możliwe?
Jedynym powodem, dla którego wiem, iż nie została podmieniona, to że jest do mnie podobna z twarzy.

Wcześniej przez jej dziwne zachowania myślałam, że ma problemy psychiczne.
Po przeprowadzce to zupełnie inna osoba. Sprawia wrażenie, jakby wiedziała co robi.
Nie wiem, czy mam to traktować jako sukces wychowawczy czy porażkę, ponieważ ogromna zmiana nastąpiła chwilę po przeprowadzce.

#RwTWk

Byłam ostatnio w sklepie z mężem. W pewnym momencie rozdzieliliśmy się, aby szybciej załatwić zakupy i szybko wrócić do domu na film. Chodząc po alejkach i szukając jajek, zobaczyłam mojego świeżo upieczonego małżonka przy regale z alkoholem. Jako iż moje uczucia do niego nie zdążyły jeszcze ostygnąć z racji niedawnego ślubu, postanowiłam, że skoro nikogo nie ma w zasięgu wzroku, to zaskoczę go od tyłu paroma niegrzecznymi słówkami odnoszącymi się do tego, co zrobimy, kiedy wrócimy do domu.
Pewnie się już domyślacie, co w tej historii jest kompromitującego... To nie był mój mąż.
Puściłam parę gorących zdań obcemu, zszokowanemu, co ja gadam, PRZERAŻONEMU facetowi, który ewidentnie nie był przygotowany na taką okoliczność, co można było wyczuć, bo jeszcze bardziej pogorszył już i tak beznadziejną sytuację, mówiąc: "Ale to mam pani zapłacić, czy pani to tak po prostu...?".

Zapadła cisza tak głęboka, tak niezręczna, iż zdawała się trwać w nieskończoność. Nie przesadzam, wstyd można by było skraplać z powietrza między nami. Koniec końców spaliłam buraka i uciekłam ze sklepu, zostawiając w środku zakupy.

PS Mąż nie wie. Nie dlatego, że boję mu się o tym powiedzieć, tylko tak żenuje mnie ta cała sytuacja, że nie potrafię zacząć tego tematu słownie...

#gtJJP

O tym, jak rodzice sami zabijają kontakt z własnym dzieckiem.

Gdy byłam mała, matka miała dwa standardowe typy odpowiedzi na prawie wszystko, co mówię. Albo coś w stylu "Co ty gadasz?", "Nie wymyślaj", "Nie filozofuj" i uśmieszek, albo (gdy powiedziałam coś w miarę mądrego) "Kto ci to powiedział?!". Było to wręcz krzyczane, tonem, jakbym zrobiła coś złego/dziwnego.
Podobnie jak opowiadałam o jakichś wydarzeniach, to zawsze były przytyki, bo coś mogłam zrobić inaczej, coś innego powiedzieć, mój znajomy też by mógł być inny, itd.

Wydźwięk tego był taki, że jeśli sama coś wymyślam/robię, to jest to głupie/złe/dziwne/śmieszne, a jeśli jednak takie nie jest, to znaczy, że "ktoś mi nagadał" i powtarzam.

Jak to na mnie wpłynęło? Przestałam rodzicom cokolwiek opowiadać, bo zawsze była krytyka. Starałam się jak najprościej, najszybciej zakończyć rozmowę. Jak w szkole? Dobrze. Co u koleżanki? W porządku.

Jednak takie traktowanie siada trochę na mózg, mimo że może się to wydawać pierdołą. Jest różnica, gdy doświadczy się tego raz, a gdy doświadcza się całe życie, od małego dziecka, w domu rodzinnym. Dlatego wpłynęło to też na moją samoocenę i pewność siebie - w sytuacjach społecznych bałam się, że powiem coś dziwnego, głupiego, bo przecież tylko tak potrafię, przecież jestem głupia. Więc mówiłam coraz mniej i wycofywałam się coraz bardziej, bałam się zgłaszać na lekcji i inicjować jakiekolwiek aktywności, bo przecież na pewno to głupie, ośmieszę się tylko, ludzie źle na to spojrzą.

Później byłam też krytykowana, że na rodzinnych imprezach siedzę przy stole i nic nie mówię - powinnam być fajna i rozbawiać towarzystwo.

Nieśmiałość, fobia społeczna, niska samoocena itd. często mogą mieć źródło w domu rodzinnym.

Obecnie jestem dorosła, nie utrzymuję już kontaktu z rodzicami. Powodów jest dużo więcej, ale o tym może w innych wyznaniach :)

#3Pqy3

Mój wpis będzie chyba nieco inny, od panującej tutaj konwencji. Nie lubię się użalać nad sobą, pomimo że też mam problemy. Ale mimo wszystko moja historia ma happy end.

Od dziecka miałem poczucie bycia kimś gorszym. Myślę, że częściowo wynikało to z mojej niepełnosprawności (poważne problemy ze wzrokiem). Częściowo jednak także z tego, że nikt nie nauczył mnie wiary w swoje siły. Przeciwnie, przez większość dzieciństwa byłem pod wpływem człowieka, który zniszczył moją samoocenę - mojego ojca. Cały czas słyszałem od niego, że jestem groszy od moich rówieśników, że chodzę do gorszej szkoły (którą sam mi wybrał), że musi się mnie wstydzić, że jestem zbyt słaby, by jakakolwiek kobieta chciała się ze mną związać. Mam siostrę, która zerwała z nim kontakt praktycznie po tym, jak wyjechała na studia. Ja mając 30 na karku zazdrościłem jej tego, bo sam nie byłem w stanie się od niego uniezależnić.  Przez wiele lat moim jedynym oparciem była mama - odeszła, kiedy miałam 30 lat. Wtedy pojawiły się też inne problemy.

Skończyłem studia, ale przez 2 lata nie mogłem znaleźć pracy w swoim zawodzie, a w związku z niepełnosprawnością miałem liczne przeciwwskazania medyczne. Kiedy udało mi się znaleźć pracę, przez 3 lata radziłem sobie zawodowo całkiem nieźle. W międzyczasie skończyłem studia podyplomowe, związałem się z kobietą. Wszystko załamało się, jak miałem 30 lat. Zmarła moja mama, straciłem pracę, a moja kobieta wybrała kogoś innego. Pomimo mojego doświadczenia przez parę miesięcy nie mogłem znaleźć innego zatrudnienia.

Pewnego wieczora po nieudanej rozmowie kwalifikacyjnej usłyszałem od mojego ojca, że zawszę będę nieudacznikiem, i zawszę będę „nikim”. To była nasza ostatnia rozmowa. Następnego dnia jak tylko wyszedł do pracy spakowałem swoje rzeczy i zostawiłem kartkę na stole, żeby mnie nie szukał. Wyjechałem najpierw do siostry, która mieszkała w większym mieście. Pracę znalazłem po 2 miesiącach, znacznie poniżej moich kwalifikacji. Przez parę lat pracowałem jak głupi po 10 godzin dziennie. Parę razy ją zmieniałem, za każdym razem na lepszą. Na związki z kobietami nie miałem po prostu czasu. Izolacja od ojca bardzo mi pomogła, bo po psychoterapii moja samoocena bardzo poprawiła się.

Dlaczego piszę to wszystko teraz? Niedawno stało się coś, co uznałem za pewną cenzurę czasową w moim życiu - zostałem wspólnikiem dużej firmy. Nie tylko pracuję w swoim zawodzie, ale finansowo radzę sobie całkiem nieźle. Jaka była moja pierwsza myśl tego dnia? Telefon do ojca. Powiedzieć mu co osiągnąłem, że chyba już nie musi się mnie wstydzić, i chyba jednak nie jestem „nikim”. Ale przecież ja nie wiem, czy on w ogóle jeszcze żyje. Ani ja, ani moja siostra, nie utrzymujemy z nim kontaktu. Na przestrzeni ostatnich tygodni już parę razy brałem telefon do ręki, żeby zadzwonić. Ale bałem się, że jeśli odnowię kontakt z nim, wróci ten stary ja, który nie wierzy w swoje możliwości.

#5EzjX

Siedzimy sobie z mamą w pokoju i oglądamy telewizję. Nagle dzwonek do drzwi, mama idzie sprawdzić przez wizjer, któż to się do nas dobija. Ledwo zobaczyła, syknęła na mnie, żebym szybko zgasił telewizor i się nie odzywał. Zaciekawiony podszedłem do drzwi i przez "judasza" zobaczyłem dwóch ministrantów, na oko w wieku wczesnej podstawówki. Sterczymy tak sobie w milczeniu jakiś czas (co było trochę absurdalne, moim zdaniem można by ich po prostu odprawić, ale matka zawsze woli udawać, że nas nie ma w domu), aż nagle słyszymy taką oto rozmowę:
- Tu chyba nikogo nie ma.
- Nie, są, słyszałem włączony telewizor i kroki, dopiero potem wszystko ucichło. Dlaczego nie mogą po prostu otworzyć i powiedzieć, że nie przyjmą księdza? Naprawdę myślą, że my nie zdajemy sobie sprawy, że udają, że ich nie ma w domu? Dojrzałość na poziomie dzieci z przedszkola normalnie...

Po usłyszeniu końcówki dostałem takiego ataku śmiechu, że matka dała mi szlaban na komputer na tydzień. Co w tym anonimowego? No chyba to, że nie mogę nikomu o tym opowiedzieć, bo zagroziła mi, że jeśli tylko komuś o tym wspomnę, przedłuży mi zakaz o pół roku. Nie wiem już, co jest bardziej absurdalne: jej zachowanie podczas kolędy czy powód mojej kary.

#gq2rB

Ostatnio znalazłem świnkę morską na śmietniku. Była wsadzona do kartonu, więc zauważyłem ją od razu. Zabrałem biedactwo do domu i nagle stałem się bohaterem w rodzinie. Rodzice byli ze mnie dumni za uratowanie zwierzaka i zgodnie stwierdzili, że Lumpek zostaje z nami. Wujek kupił mi dla niej klatkę, a dziadkowie dołożyli się do wyprawki. Lumpek ma się dobrze, a ja jestem szczęśliwy. Co w tym anonimowego?

Moi rodzice nigdy nie pozwalali mi na zwierzaka. W akcie desperacji odkupiłem spasionego Lumpa na olx od jakiejś madki, której to dziecko znudziło się zabawką. Sam wsadziłem świnię do kartonu i udawałem, że ją znalazłem, nie kryjąc oburzenia.
Sam nawet nie sądziłem, że to kłamstwo się przyjmie.

Mam 19 lat.

#cC7ak

Zacznę od tego, że jestem audiofilem (miałem robione "ślepe testy", które potwierdzają to, że posiadam znacznie bardziej wyostrzony i dokładny słuch), ale też nie mówię tego na lewo i prawo, nie kolekcjonuję drogiego sprzętu oraz nie narzekam wszystkim na jakość dźwięku wszędzie wokół. Ot, prosty ze mnie człowiek z bardzo dobrym słuchem. Jedyne co łączy mnie z byciem audiofilem (poza dobrym słuchem) jest to, że dużo czytam o dźwięku, nagłośnieniu i po prostu bardzo dużo wiem z dziedziny nagłośnienia. W ten sposób trafiłem na konkurs, gdzie do wygrania była zniżka na naprawdę dobre słuchawki ze wzmacniaczem - najwyższa półka i olbrzymia cena.

Konkurs udało mi się wygrać. Kupon ważny był rok i w tym czasie odłożyłem resztę pieniędzy. Trzymałem je w swoim pokoju wpięte tymczasowo do komputera z braku lepszego sprzętu do odtwarzania muzyki (na ten wciąż odkładam pieniądze). I pewnego dnia pojawiła się u mnie w domu koleżanka mamy z 10-letnim dzieckiem. Wychodziłem z domu i na prośbę mojej mamy puściłem dzieciakowi jakąś grę na komputerze. Słuchawki z całym sprzętem schowałem do schowka zamkniętego na klucz.

Po kilku godzinach gości nie było. Wróciłem do domu. Komputer wyłączony, mama twierdzi, że wszystko w porządku. Nie było.. Klucz do kłódki jest w dwóch kopiach - jeden mam przy sobie. Drugi ma w razie czego ojciec. Mama go użyła, żeby dać dzieciakowi słuchawki, bo od głośników z monitora bolały je uszy i nie mogły spokojnie rozmawiać. Oczywiście słuchawki uległy zniszczeniu. Przycisnąłem mamę do ściany i wszystko mi opowiedziała. Wiedząc, co będzie się działo, potajemnie nagrałem to co mi zeznała. Najpierw upomniałem się o pieniądze, bo słuchawki można naprawić, ale tylko w autoryzowanym serwisie za koszt, który znacznie przekracza moje możliwości. Oczywiście usłyszałem odmowę. Więc pozwałem matkę chłopca do sądu.

Sprawę wygrałem, słuchawki w serwisie. Na osiedlu uchodzę za nadętego bogacza, który nie ma szacunku dla starszych. Rodzice nie komentują, bo wiedzą, że częściowo to ich wina. A ja zabezpieczenia wzmocniłem przed kolejnym takim incydentem.

Możliwe, że pojawią się oskarżenia o hipokryzję, gdyż twierdziłem, że nie zbieram drogiego sprzętu - to prawda, nie zbieram. Na słuchawki odkładałem z nadwyżki pieniędzy, a gdybym nie uzbierał, to miałem zamiar kupon wymienić na coś innego. Nie odejmowałem sobie chleba od ust dla kawałka metalu.

#fbIrx

Prezentowane tutaj historie z harcerstwa to takie raczej pogodne opowiastki o przygodach dzieciaków na obozie. Moja historia jest z okresu, kiedy byłem harcerzem starszym (tak, tacy się jeszcze uchowali). Kiedy sobie o niej przypomnę, jeszcze dziś czuję wstyd, mimo że tak naprawdę nie zrobiłem nic złego. Nikomu też o niej nie powiedziałem, zaraz zrozumiecie dlaczego.

Do spotkania w komendzie hufca miałem jeszcze trochę czasu, więc postanowiłem pójść na pizzę. Zjadłem kilka kawałków takiej bardzo ostrej i po drodze poczułem, że muszę natychmiast do toalety. Wchodząc do komendy modliłem się w duchu, żeby nikt mnie nie zatrzymał i nie zagadał. Sytuacja mogła za chwilę wymknąć się spod kontroli. W biegu rozpinałem guziki rozporka, w drzwiach męskiej toalety opuściłem spodnie do kolan, otwieram kabinę, a tam... ukrył się jakiś harcerz z papierosem (wiadomo, harcerz nie pali). Mało nie zemdlał z przerażenia, bo myślał, że za chwilę zaatakuje go jakiś zwyrol.

Na szczęście nigdy więcej się nie spotkaliśmy.

#jrnqJ

Mam 24 lata i jestem emocjonalnym dzieckiem. Boję się dorosłości i bronię się przed nią rękami i nogami. Nie chodzi o to, że jestem życiową ofiarą - pracuję, radzę sobie, nie mam wyjścia. Od dwóch lat jestem w związku z 8 lat starszym mężczyzną. Do tej pory dziwię się, co on we mnie zobaczył - jesteśmy różni, ale dobrze się dogadujemy, chociaż ostatnio z tym gorzej.

Otóż mój facet nalega na to, żebyśmy ze sobą zamieszkali. Dla mnie to zdecydowanie za szybko, uważam, że mamy na to jeszcze dużo czasu. Poza tym jakkolwiek dziwnie to zabrzmi - przeraża mnie perspektywa takiego dorosłego życia z partnerem, dzielenia się obowiązkami i bycia ze sobą przez większość czasu. Wolę jak jest tak jak teraz, chociaż najchętniej cały czas mieszkałabym ze swoimi rodzicami. Oni niestety kilka lat temu wyjechali za granicę, a ja strasznie za nimi tęsknię. Bywają takie dni, że potrafię przeleżeć pół dnia w łóżku i płakać z tęsknoty. Kocham mojego faceta, ale z drugiej strony mam wrażenie, że jestem za młoda na związek, zobowiązania, poważne sprawy. Chciałabym wstać rano, zjeść śniadanie, spakować się i iść do szkoły, a po południu wrócić do domu, zjeść obiad, odrobić lekcje i spędzić wieczór z rodzicami. Nie cieszy mnie dorosłość, samodzielność, niezależność. Uważam, że to przekleństwo. Moje hobby to jazda na desce, granie na PS, kolekcjonowanie komiksów. Nie interesuję się polityką, finansami, gospodarką. Mam w nosie to, że wszystko drożeje (na tyle dobrze zarabiam, że spokojnie żyję sobie na przeciętnym poziomie). Kiedy mój facet zaczyna snuć plany na przyszłość, mnie od razu boli głowa i robi mi się niedobrze. Mówi, że chciałby wziąć ze mną ślub i mieć dzieci. Jak sobie pomyślę, że miałabym zostać matką, to robi mi się słabo, bo nie traktuję siebie jak kobiety, tylko jak dziecko.

Najchętniej cofnęłabym czas i zatrzymała go w miejscu, żeby już do końca życia zostać małą dziewczynką, za którą ktoś jest odpowiedzialny. Nie znam nikogo, kto miałby tak jak ja. Moi rówieśnicy ekscytują się wyprowadzkami z domu, biorą śluby, rodzą dzieci. Ja tak nie chcę. Coraz częściej mam czarne myśli, przeszło mi także przez myśl, żeby zacząć udawać chorobę i ściągnąć moich rodziców do Polski, wtedy byłabym najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.

#RWL3M

Moja siostra wpadła w złe towarzystwo. Imprezy, alkohol i nie tylko. Zmieniła się nie do poznania, a kiedyś jako dzieci byłyśmy nierozłączne. Wtedy ona stała się inną osobą i stałyśmy się dla siebie obce. Nie skończyła nawet szkoły. Miała dość naszego marudzenia (mojego i rodziców), więc szybko wyprowadziła się z domu do swojego chłopaka, który... no nie był dobrą partią. Typowy zły chłopiec, imprezowicz, kiedyś nawet handlował.

Siostra wpadła z nim, chciała zatrzymać dziecko. Myślałam, że będąc mamą się ogarnie, ale nie. Większy porządek był w żulowni niż w ich mieszkaniu i wcale nie przesadzam. On ciągle zmulony, a siostra potrafiła dzwonić w nocy do rodziców, że mają przyjść po tego bachora, bo ona nie daje rady. Tak, własne dziecko nazywała bachorem. Moja siostrzenica chodziła głodna, brudna. Obawiałam się, że coś jej się stanie w tej patologii. Każdy z rodziny wiedział, co się dzieje, że nawet moja siostra zaczęła brać i pić, że nie daje sobie rady z tym dzieckiem. Nikt nie reagował, bo byli zdania, że gdyby dziecko im zabrali, to byłaby katastrofa.

Pewnego dnia siostra zjawiła się pod naszym domem z płaczem, że opieka społeczna zabrała jej córkę. Krzyczała, że to ktoś z sąsiadów musiał na nią zgłosić. Teraz nagle mówiła jak bardzo kocha swojego dzieciaczka, którego wcześniej miała cały czas totalnie gdzieś. Dziecko trafiło pod opiekę do mojego wujka, a siostrze zostały odebrane prawa rodzicielskie. Nadal bardzo cierpi, ale nic się nie zmieniła i cały czas siedzi ze swoim kochanym partnerem życiowym.

Anonimowe w tej historii jest to, że to żaden sąsiad ich nie zgłosił. Zrobiłam to ja, bo nie mogłam patrzeć na krzywdę tego dziecka i nie żałuję tego. Sądzę, że postąpiłam dobrze, a dziecko nie poszło do domu dziecka, a pozostało na całe szczęście w rodzinie.
Dodaj anonimowe wyznanie