Mając 11 lat, spędziłam wakacje na Helu. Piękna miejscowość, naprawdę byłam zachwycona. Morze piękne, ciepłe. Zakochałam się w tym mieście.
Pewnego dnia, jako że codziennie panowały upały, byłyśmy na mieście, bez stroju kąpielowego, a chciałam się wykąpać. Po prostu ta chęć pożerała mnie z każdą sekundą, kiedy patrzyłam na morze. W końcu nie wytrzymałam. Musiałam, musiałam po prostu wejść do wody. Zaciągnęłam mamę na plażę i myślałyśmy co tu zrobić. Nie chciało nam się oczywiście pójść do domu po strój. Analizowałyśmy co mama ma w torebce. Patrzymy - portfel, klucze, pomadka iii.... Voila!! Reklamówka. Wiecie, taka siateczka na zakupy. To był mój jedyny ratunek. Ubrałam siatkę na zakupy! Mama zawiązała mi te ''ramiączka'', gdzie chwyta się siatkę, wokół szyi. Gumką do włosów związała mi ją na plecach. Do tego zwyczajne majtki. I tak się kąpałam. Nie zwracałam nawet uwagi na roześmiane, czasami przerażone twarze ludzi.
Do dzisiaj wspominam tę historię z uśmiechem na twarzy. Ta historia jest hitem w mojej rodzinie! A siateczkę mamy do dzisiaj :D Mam jeszcze zdjęcie.
Pozdrawiam wszystkich fanów reklamówko-strojów! :D
Jak byłam mała, to starsza siostra wciskała mi, że rodzice znaleźli mnie na śmietniku, ale chcieli, żebym była chłopcem, więc zakładali mi męskie ubranka i nazywali mnie Zygmunt.
Wierzyłam.
Jako dziecko byłam sporo większa od innych dzieci. Nadwaga oczywiście powodowała, że byłam wyśmiewana w szkole. Gorzej traktowali mnie także nauczyciele.
Wiele było takich sytuacji, że na lekcjach wf-u, kiedy nauczycielka dzieliła klasę na drużyny, mnie sadzała na ławce i jeśli liczba osób była nieparzysta, to... ona sama dołączała do jednej z drużyn zamiast mnie. Oddalanie mnie od zajęć tłumaczyła tym, że jestem gruba i będę przeszkadzać. Jednocześnie utwierdzała inne dzieci w tym, że można mnie traktować gorzej i odsuwać na bok.
Zastanawiam się tylko jak według niej miałam schudnąć, skoro zniechęcała mnie do uprawiania sportu?
Jak już udało mi się wybłagać, by pozwoliła mi grać, oczywiście nie szło mi tak dobrze jak innym, bo zwyczajnie wiele miesięcy grzałam ławkę i nagle dostąpiłam zaszczytu, że mogłam pograć w siatkówkę czy inną koszykówkę. Nie umiałam dobrze odbić piłki, każda drużyna, w której byłam po prostu przegrywała, co jeszcze bardziej utwierdzało nauczycielkę, by na kolejnej lekcji nie pozwolić mi grać i kolejne miesiące siedziałam na ławce. Mogłam uczestniczyć jedynie w zajęciach sprawnościowych typu bieganie czy jakaś gimnastyka. W gimnastyce byłam dobra mimo mojej nadwagi, potrafiłam zrobić szpagat, czym inni nie mogli się pochwalić :) Ale to i tak nie sprawiało, że nauczycielka przestała mnie dyskryminować, tak czy inaczej dostawałam jedynki tylko za to, że byłam gruba.
Przez całe lata nauki czułam się gorsza, niepotrzebna, nic nie warta, mimo że wiele innych rzeczy robiłam lepiej niż moi rówieśnicy, to nie miało znaczenia. Liczyła się moja waga.
Pamiętam nawet, że w siódmej klasie moja wychowawczyni organizowała wycieczkę do parku sprawnościowego na zakończenie roku i ja bardzo chciałam iść. Ale kiedy poszłam się zapisać, ona powiedziała, że mam przyprowadzić rodziców. Kiedy przyszli, nauczycielka zasugerowała, że zamiast na wycieczkę, powinni mnie wysłać na całe wakacje na obóz odchudzający, bo jeśli nie schudnę, to nie ma dla mnie żadnej przyszłości. Tak, tak powiedziała przy mnie do moich rodziców. Tak mi to utkwiło w pamięci, że długo byłam przekonana, że jako grubas po prostu nie mam żadnych szans na szczęśliwe życie i żadnej przyszłości.
W ósmej klasie wysłano mnie do szkolnej pielęgniarki, która miała pomóc mi schudnąć. Jej pomaganie polegało na tym, że co kilka dni mnie ważyła i jeśli waga nie spadała, kazała mniej jeść, wmawiając mi, że pewnie się obżeram, rodzice oczywiście przyznawali jej rację, bo na pewno taka mądra, wykształcona, to się zna. Doszło do tego, że zaczęłam się głodzić, co kiedyś tu już opisywałam.
Zastanawiam się tylko po latach, co te nauczycielki miały w głowach i co chciały w ten sposób osiągnąć, bo chyba nic dobrego.
Kiedyś zagrałam w serialu paradokumentalnym, który emitowany jest w telewizji.
Grałam patologiczną matkę, która wiecznie śpi pijana, a dziecko nie ma co jeść. Tak się składa, że moje dziecko miało dokładnie tyle samo lat ile chłopczyk, który grał mojego syna.
Odcinek był kręcony u nas w mieście, a na casting poszłam z koleżanką, żeby spróbować czegoś nowego, i udało się. Pomyślałam, że zawsze to jakieś nowe doświadczenie i co? Moi sąsiedzi nie dali mi żyć, po zobaczeniu tego odcinka co chwilę miałam policję w domu, że krzywdzę dziecko i jestem pijana. Niestety, ale mieszkałam w kamienicy wśród staruszków, którzy uwierzyli w to co zobaczyli w tv i nie dało im się przetłumaczyć, że to jest serial, że odgrywałam rolę, a moje dziecko ma się dobrze, ja pracuję, nie żyję z zasiłków, a mój mąż jest za granicą i jesteśmy normalną rodzinę.
W końcowym efekcie musiałam się wyprowadzić, bo nie dałam już rady psychicznie znieść tego, co nam robili. Zgłaszanie na policję też nic nie dało. Teraz już wiem, że drugi raz bym nie dała się namówić na takie coś, choć pamiątkę mam super :)
Jak ja nie lubię pytań typu "kiedy znajdziesz sobie faceta?!" I nie, nie jestem młodym podlotkiem, mam swoją historię.
Jestem rozwiedziona, mam swoją dzieci. Wyszłam za mąż z miłości, jak się jednak okazało dość szybko - miłość była wyłącznie jednostronna. Od tego czasu minęło już kilka dobrych lat, a ja dalej jestem sama. Dlaczego? Problem jest złożony.
Jestem samodzielną, pracującą kobietą, która stara się jak może wychować swoje dzieci na porządnych ludzi. Pracuję, więc jestem niezależna. Mam swoje, chociaż małe, mieszkanie. Mam hobby - uwielbiam wycieczki i z namiętnością chodzę po górach. Biegam, chodzę na siłownię, uprawiam jogę. Moje dzieci mają swoje zainteresowania, trenują sporty, jedno jest uzdolnione artystycznie. I jestem w stanie to wszystko ogarnąć sama, znajdując czas na kosmetyczkę, fryzjera czy czytanie książek. Jestem inteligentna, podobno nie jestem też brzydka. :)
W czym problem? W myśleniu o kobietach w mojej sytuacji życiowej. W momencie, w którym stwierdzam uczciwie, że jestem rozwiedziona i z dziećmi, od razu mężczyźni się ode mnie odsuwają. Nie szukam sponsora, który weźmie mnie z dziećmi na swojego garba - potrafię o siebie zadbać sama i wychodzi mi to dobrze. Nie imponują mi bogaci faceci, bo pieniądze to nie powód, dla którego miałabym się z kimś związać. Szukam kogoś, kto wypełniłby lukę w moim życiu. Kogoś, z kim mogę pozwiedzać świat, poczytać książkę albo zamówić pizzę i pograć w planszówki z dzieciakami po ciężkim tygodniu w pracy. Dla większości mężczyzn (i nie tylko) jestem jednak kolejną madką, która szuka sponsora dla siebie i swoich dzieci. Smutne, ale prawdziwe.
10 lat temu wyjechałam za granicę, do pracy, z moim obecnym już mężem.
W domu się nie przelewało. Tata pracuje jako dozorca, a mama zajmuje się domem. Wiem jak to zabrzmi, ale rodzice są bardzo religijni, tak więc mam sześcioro rodzeństwa.
Nie będzie to historia o własnej firmie i dorobieniu się fortuny, nic takiego.
Zwyczajnie z mężem pracujemy, staramy się oszczędzać. Czasem wysyłałam coś do domu, żeby pomóc. Do rzeczy.
Spodziewam się dziecka. Rodzicom powiedziałam będąc w trzecim miesiącu. Zamiast radości, wybuchła awantura. Bo nie mamy z mężem ślubu kościelnego. Jesteśmy 5 lat po ślubie, ale moje dziecko będzie owocem grzechu...
Zostawiłam temat, mieszkam daleko, niech myślą co chcą.
Cztery miesiące później zadzwoniła mama. Moja 17-letnia siostra jest w ciąży. Zapytała, czy skoro ja będę miała już jedno, czy wezmę też drugie, bo siostra chce oddać, no a jak to tak? Na początku zareagowałam gwałtownie, ale po rozmowie z mężem byłam skłonna wziąć to dziecko. Moje pierwsze będzie moim ostatnim. Bardzo chciałam, by miało brata czy siostrę, ale nie ma co na to liczyć. Zadzwoniłam do domu i powiedziałam, że wezmę, ale na zasadzie pełnej adopcji. Okazało się, że NIE. Mam wziąć, odchować, a potem siostrze oddać, jak ta zechce. Bo rodzinie się pomaga.
Po tej rozmowie nie mam już rodziny. I tylko tego malucha mi żal. Mam nadzieję, że siostra jednak odda, tak jak zapowiadała. Do kogoś, kto je pokocha.
Trzy lata temu wracając ze szkoły zostałam napadnięta. Była to zima, a więc po południu było ciemno. Napastnik zaciągnął mnie do takiego zamykanego śmietnika, tam zrobił swoje, zostawił mnie na tym zimnie i po prostu poszedł. Ostatnimi siłami zadzwoniłam do rodziców, powiedziałam gdzie jestem. Wtedy byłam wdzięczna losowi, że żyję i nic więcej mi ten człowiek nie zrobił. W trakcie szarpaniny udało mi się ściągnąć na chwilę jego kominiarkę, zapamiętałam twarz. Jednak policja nie znalazła tego faceta. Ja żyłam dalej, choć bałam się wychodzić z domu, miałam koszmary, musiałam chodzić na terapię. Było mi ciężko, ale czas leczył rany. Stopniowo zaczęłam godzić się z tym, co mi się stało, nie mogłam cofnąć czasu.
Teraz zaczęłam studia. Poznałam na nich chłopaka. Zakochaliśmy się w sobie niemal od pierwszego wejrzenia. Wojtek jest cudowny, kochany, świetnie się ze sobą dogadujemy.
Przyszły święta, a my postanowiliśmy spędzić je razem. Najpierw byliśmy u mojej rodziny, potem u jego. Wszystko było pięknie, do czasu...
Jego ojciec. Rozpoznałam go od razu. To ten facet mnie wykorzystał 3 lata temu. Jestem tego pewna na 100%. Nie wiem, czy mnie rozpoznał, raczej nie, a przynajmniej nic na to nie wskazywało. Nikomu o tym nie mówiłam i nie wiem co zrobić z tą sytuacją, myślałam nawet, aby z moim obecnym chłopakiem zerwać, ale przecież on nie ma nic z tym nic wspólnego. Czuję się jak w jakimś filmie.
Jakiś rok temu, zupełnie spontanicznie zdecydowałam się zaadoptować psa. Nie ze schroniska, lecz z lokalnej strony na fejsie - po prostu zobaczyłam ten rudy ryjek i pieska o aparycji sarno-lisa i wiedziałam, że jest to mój zwierz.
Mam zaburzenia afektywne dwubiegunowe z epizodami psychotycznymi i nie dogaduję się z ludźmi. Jest to trochę kłopotliwe, kiedy masz dwadzieścia pięć lat na karku, studia, pracę i małego smroda z chorym pęcherzem.
Jednak za każdym razem, kiedy nachodzi mnie epizod i czuję się, jakbym traciła grunt pod nogami, patrzę na ten mały rudy ryjek i wszystko się uspokaja.
Leczę się farmakologicznie, uczęszczam na terapię, ale nic nie stabilizuje mnie tak bardzo jak chillowanie z Luną na kanapie, kiedy wydaje swoje psie dźwięki "łełełe", "brubbglu", "meeeh" i wiem, że wszystko się ułoży.
Czasem mały kundelek jest w stanie zdziałać więcej niż leki, alkohol i inne używki.
Mój prawie 20-letni brat jest wrzodem na tyłku dla wszystkich. Ale od początku.
Kiedy ja i siostra mieliśmy 12 lat, a Maciek 5, ojciec zostawił nas dla innej baby. Alimenty płacił, ale kiedy mama wręcz błagała go, żeby zabrał nas chociaż na weekend, żeby mogła odpocząć, miał milion wymówek albo robił to z wielką łaską. Najczęściej jednak w ostatniej chwili zmieniał plany i miał gdzieś nasze rozczarowanie i złość mamy. A kiedy już brał nas do siebie, musieliśmy chodzić na paluszkach, bo jego lalunia (ponad dziesięć lat młodsza od ojca) miała ataki migreny. Ojcu odwaliło totalnie, kiedy ją poznał.
Mój brat nigdy nie był szczególnie bystry. Mama chodziła z nim po poradniach i psychologach, ale nie stwierdzili upośledzenia. Wszystko trzeba mu było tłumaczyć po tysiąc razy, a i tak nie docierało. Uwielbiał zaczepiać. Po miesiącach rozmów i tłumaczeń, kar, mama się poddała i pozwoliła nam oddawać kiedy zaczyna. Oczywiście pilnowała, żebyśmy nie przesadzali. Kiedy oddałem mu lekko za trzepnięcie w tył głowy, ryczał. I tak za każdym razem, a mama tłumaczyła bez skutku za co dostał. W przedszkolu to samo. Był też nieziemskim guzdrałą. Mama wstawała przed 6, żeby zdążyć na 8 do pracy i szkoły, ale zwykle wychodziliśmy na styk.
Jakoś przebrnął przez podstawówkę i gimnazjum. Niestety zawsze zadawał się z typami, przez których miał kłopoty. Żadne rozmowy i argumenty do niego nie docierały.
Ma talent do majsterkowania, za co mama i wiele innych osób go chwaliło. Poszedł do zawodówki i skończył ją z dobrym wynikiem. Ale potem stwierdził, że on się już namęczył i woli gapić się w telewizor, grać na kompie i szlajać z kumplami. Kursy i szkoła policealna też go nie zainteresowały. Dopiero kiedy mama przestała dawać mu kasę na cokolwiek (ojciec już nie płaci alimentów), łaskawie znalazł pracę. Którą rzucił po miesiącu, bo mu godziny nie pasowały. I tak jeszcze kilka razy. Bo nudna i ciężka robota, głupi szef, niska wypłata itp.
Nie robi nic, żeby podnieść swoje kwalifikacje. Chciał, żebym mu załatwił robotę taką jak moja, bo uważa, że jest lekka i przyjemna (jestem informatykiem), ale nie widzi ile czasu spędziłem i spędzam na nauce.
Ostatnio ma duży problem - ukradł mamie tysiąc złotych i kazała mu się wyprowadzić. Ja go do siebie nie wezmę, nie chcę pasożyta, poza tym moja żona jest w ciąży i lekarz kazał jej bardzo na siebie uważać. Siostra niedawno dostała co najmniej półroczną delegację za granicę i też mu nie pomoże. Ojciec na pewno mu nie pomoże, więc Maciej mieszka u kumpla.
W zasadzie to mam gdzieś co zrobi, byle nie pasożytował na matce. I trochę szkoda, że nie chciała zgłosić kradzieży na policję.
Lata temu cierpiałam na anoreksję. Moja mama dosłownie uprowadziła mnie ze szpitala. Pamiętam, jak siedziałam zawinięta w gruby koc, pomimo że było lato. Byłam wykończona, mój organizm powoli umierał, moje serce biło wolniej, a ja nie potrafiłam napić się głupiej wody z miodem, którą przygotowała mama.
Siedziałam tak i można powiedzieć, że czekałam już na śmierć. Wtedy do pokoju wszedł mój dziadek. Starszy człowiek, po 80., nie wiem, czy do końca rozumiał co się ze mną wtedy działo. Przeszedł przez pokój i sięgnął po pudełko z orzechami, które zawsze trzymał w szufladzie pod telewizorem. Usiadł obok mnie jak gdyby nigdy nic i poczęstował mnie tymi nieszczęsnymi orzechami. Normalnie odmówiłabym wpadając w płacz, ale tym razem o dziwo tego nie zrobiłam. Dlaczego? Mój dziadek przeżył Holokaust, był w getcie, a potem w obozie. Przeżył piekło, a historie o głodzie jaki tam panował były znane już w całej rodzinie. Dziadek nigdy nie został zdiagnozowany, ale zmagał się ze straszną traumą praktycznie do końca swoich dni. Jednym z objawów tej traumy było to, że często chował orzechy i chleb w różnych miejscach w domu. Zazwyczaj nie jadł tych rzeczy przy innych, zawsze w pośpiechu, po kryjomu, tak jakby bał się, że ktoś może mu to zabrać. Nigdy nie widziałam, żeby poczęstował kogoś innego. Ten gest tak bardzo mnie rozczulił, że postanowiłam się nie poddawać.
Po latach można powiedzieć, że jestem już zdrowa, choć bywają gorsze dni. Dziadzia z nami już nie ma, ale jego pudełko z orzechami nadal trzymamy w tym samym miejscu.
Dodaj anonimowe wyznanie