#Zf1UK

Idąc na studia wiedziałam, że nie będzie łatwo. W domu usłyszałam - studia? Do pracy! My ci pomagać nie będziemy. I słowa dotrzymali.

Studia w ogromnym mieście w porównaniu do mojej wioski, w samym akademiku mieszkało więcej ludzi niż w wiosce, z której przyjechałam.
Koszty życia to 400 zł za akademik, potem jedzenie, jakieś pomoce naukowe i od czasu do czasu wypada kupić jakieś ubrania. Reszta jest do przeżycia studiów zbędna.
Mogłaby to być historia o tym, jak to ciężko się utrzymać, że na miesiąc zostaje mi 150-200 zł z jakiegoś pseudo stypendium, więc zaczęłam się... Ha! Nie puszczać. Zaczęłam nielegalnie pędzić bimber. W akademiku. Moja wiedza z chemii wystarczyła do tego jakże skomplikowanego procesu. Wszystko co mi zostało po opłaceniu akademika przeznaczałam na składniki.

Ustalmy - kokosów z tego nie było, ale wszystko co było potrzebne mogłam sobie kupić. Dodatkowo zyskałam mnóstwo znajomych, "szacuneczek" i w niektórych kręgach ksywkę "Heisenbergówa" (ponoć mój bimber był najczystszy, a dla śmiechu potem barwiłam go na niebiesko).
Przetrwałam studia. Wspominam je jako czas, w którym sen był luksusem, a nauka, praca, znajomi i doświadczenia sypialniane czymś, dla czego warto było iść i przetrwać wszystko... Najwspanialszy czas w życiu.

Z rodziną nie mam kontaktu, mają mnie za pindę, która opuściła dom  (czyli spelunkę bez ciepłej wody i perspektywy na przyszłość).

Pozdrawiam tych, którzy tam byli i ze mną mlek... bimber pili, choć było to już bardzo dawno temu.

#I3AEq

Miałam kumpelę, Kingę, chociaż to chyba za dużo powiedziane, to była dziewczyna mojego dobrego kumpla. Była ona wege, eko, sreko i ciul wie co jeszcze. Jej posty  kręciły się wokół jej wegańskich obiadów, ubrań, które upolowała na jakichś wymianach, o filozofii zdrowego życia. Fajnie, czasami lubiłam poczytać co dziewczyna ma do powiedzenia.
Ja jestem mięsożerna, lubię mięso i będę je jeść. Jednocześnie staram się żyć dobrze, oszczędzam energię, wodę, segreguję śmieci, jeżdżę samochodem hybrydowym, a kiedy tylko mam okazję - rowerem.

Bardzo lubię gotować i zdarzy mi się wrzucić zdjęcia przygotowanych przez siebie potraw. Pewnego razu wrzuciłam zdjęcie polędwiczek z czymś tam (nieistotne). Zaczęło się niewinnie - Kinga zapytała, czy nie myślałam o przejściu na dietę wegetariańską, a najlepiej to wegańską, na pewno wyszłoby mi to na zdrowie. Powiedziałam zgodnie z prawdą, że nie zamierzam, bo zwyczajnie lubię mięso.

I wtedy się zaczęło. Nękanie mnie w komentarzach, prywatnych wiadomościach, wysyłanie filmików z uboju zwierząt opatrzone "jak możesz na to pozwalać, masz ich krew na rękach!", nazywanie mnie morderczynią, doszło do tego, że jak spotkałam ją na ulicy, to pokazywała mi odruch wymiotny. Miarka się przebrała, kiedy napisała do mojej MATKI z "gratulacjami" wychowania córeczki na mordercę. Stwierdziłam, że nie zostawię tak tego i zemszczę się.

Z racji tego, że na polskich drogach odbywała się akcja "smog", a wielka ekolożka jeździła starym rzęchem na gaz, który nadawał się tylko na złom - powiedziałam znajomemu policjantowi, że sąsiadka mojego faceta ma takiego szrota, że jak go odpala, to można się udusić. Podałam mu numery, skończyło się mandatem i zatrzymaniem dowodu rejestracyjnego. Auto było tak naprawdę jej jedyną opcją na dostanie się do pracy, więc musiała się nieźle nagłówkować, żeby znaleźć alternatywę. Oczywiście napisała do mnie, że wie, że to ja. Szkoda tylko, że nie ma na to żadnych dowodów, a nawet jakby miała - może mi naskoczyć. ;)

P.S. Mój kumpel zerwał z nią, kiedy pokazałam mu jej wiadomości do mnie.

#n9VYC

Sytuacja z dziś.
Byłam w trakcie zmieniania tamponu, gdy zadzwonił do mnie telefon... rozmawiam chwilę. Okazało się, że rozmowa będzie dłuższa, więc wyszłam z łazienki. Po skończonej rozmowie wracam do łazienki i aplikuję nowy tampon... Wszystko spoko? Nie do końca.

Przy następnej zmianie wyjęłam 2 tampony... musiałam nieświadomie podczas rozmowy jednak już zaaplikować.

Jak to zrobiłam, że był jeden za drugim? I że nie poczułam? Pojęcia nie mam.

#nve15

Miałam 4-5 lat.
Upodobałam sobie przyjaciela taty.
Zawsze, gdy przychodził do nas do domu, miętoliłam sukienkę w zalotnym geście, mrucząc pod nosem: "Sławeeeek...".
Dorośli oczywiście uznawali to za urocze, ale ja miałam obsesję do tego stopnia, że pewnego dnia po prostu rozebrałam się do naga, weszłam na stół i ostentacyjnie nasikałam na ciasto.
Do dzisiaj mi wstyd i nie mogę na niego patrzeć. Nie wiem co miałam w głowie...

#G2EJn

Mój brat jest 10 lat starszy ode mnie. Zawsze była to dla mnie kolosalna różnica wieku - sami rozumiecie, kiedy ja byłam na etapie klocków, mój brat wchodził w mistyczny czas dojrzewania. Były chwile, kiedy nie dogadywaliśmy się ani trochę - on miał dosyć młodszej siostry, którą trzeba było niańczyć, a ja widziałam w Tymonie wzór, każdą chwilę chciałam spędzać z nim. Z nim i z jego najlepszym przyjacielem, Danielem. Jest to przyjaźń z gatunku tych prawdziwych, znają się od dziecka, Daniel był traktowany jak członek rodziny, nasi rodzice się przyjaźnili.

Tymon i Daniel praktycznie w tym samym czasie znaleźli sobie stałe partnerki, rozpoczęli pracę, a ja wyjechałam na studia do stolicy. O ile Tymon się ustatkował, ożenił, wybudował dom, o tyle Daniel pozostaje z Natalią w narzeczeństwie i zajmuje się głównie swoją firmą informatyczną. Mieszkałam sama i czasem potrzebowałam pomocy z zaliczeniem niektórych przedmiotów (lub najzwyczajniej z usterkami w domu), Daniel, jako naprawdę dobry informatyk, co jakiś czas odwiedzał mnie i pomagał w zrobieniu tego wszystkiego. Czasem przyjeżdżał z Natalią, czasem z Tymonem i jego żoną (w tym czasie załatwiał też papierologię w urzędach dotyczącą firmy), a po zrobieniu wszystkiego szliśmy imprezować.

W któryś weekend wyszłam do pobliskiego pubu, zdana sesja, jest co opijać. Szukając wzrokiem wolnego stolika i przyjaciół spostrzegłam Daniela. Siedział sam sącząc piwo, zdziwiłam się, bo nie zapowiadał żadnej wizyty. Przysiadłam się, a on opowiedział, że najzwyczajniej ma doła, kryzys emocjonalny, wsiadł w samochód i przyjechał do ulubionego pubu w tej okolicy, właściwie sam nie wie po co. Postanowiłam, że nie ma co siedzieć na mieście. Zamówiłam jedzenie i poszliśmy do domu. Rozmawialiśmy na przeróżne tematy, ale przechodząc do sedna - Daniel wyznał mi, że boi się ożenić z Natalią, ponieważ... nie jest do końca taka jak ja.
Zatkało mnie, ale szczerze - on był dla mnie wzorem idealnego mężczyzny, taki zestaw cech, czarujący charakter mnie interesował w facetach. Dlatego miałam tylko jednego poważnego chłopaka w życiu.

Pewnie teraz myślicie, że rzuciliśmy się sobie w ramiona i żyliśmy długo i szczęśliwie. Niestety.

W tym wszystkim nawet nie chodzi o różnicę wieku - ja jestem po 20, on po 30 - takie związki istnieją... ale od małego wmawiano nam, że jesteśmy jak rodzina. Że Tymon i Daniel będą mnie bronić przed całym złem jako starsi bracia. Natalia nawet nie brała mnie pod uwagę jako jakieś "zagrożenie związku", wręcz przeciwnie, jako małą siostrę Daniela. Smutno mi, że to wszystko się tak potoczyło, bo... może jesteśmy sobie pisani? Jednak nie wiem, co powiedzieliby na to rodzice, Tymon.

Spędziliśmy resztę nocy rozmawiając o tym wszystkim, a rano dostałam buzi w czoło i pożegnanie. Jestem smutna, zła, ale jednocześnie wiem, że tak musi być.

#Dzsi6

Mam 30 lat i wiele, wiele imion.
Jestem gruba, brzydka i zakompleksiona.
W dodatku mam bardzo nudne życie, którego nie potrafię zmienić, bo nie mam nawet chęci do życia.
Mam za to również gadu-gadu.

Tam poznaję potencjalnych konwersantów i wymyślam sobie idealne życie. Zazdroszczą mi, proponują spotkania. Zaznaczam tylko z góry, że z nikim się nie spotykam i nie wysyłam zdjęć. Rozmawiamy max przez tydzień, bo wymyślam tak surrealistyczne rzeczy, że tylko smoków brakuje. Aktualnie "wynajęłam dom w Rzymie na tydzień, by odpocząć i pomyśleć", czyli po prostu przeszłam na niewidoka, żeby polować na kolejnych facetów.
Nie stać mnie na psychologa. Uważajcie.

#X4uB0

Pracuję w korpo, w której nikt nic nie ogarnia, więc każdy robi jakąś bezsensowną rzecz na komputerze, której genezy nie zna. Nikomu to nie przeszkadza.

Oddawałem raport dzienny szefowej. Nie było jej w gabinecie, a na komputerze była wewnętrzna wiadomość na platformie z listą nazwisk do zwolnienia (wyświetlona z autoodświeżonej strony www, więc pewnie nawet o tym nie wiedziała). Ja też byłem na tej liście... Poczułem się jak ktoś, kto nie ma nic do stracenia. Dałem "zbadaj element" i zmieniłem w HTML-u moje nazwisko na nazwisko typa, który mnie wkurzał i tylko psuł grupę, stary wyga, od 10 lat na stanowisku.
Sądziłem, że ona od razu to odkryje, już nawet powiedziałem żonie, że szukam nowej roboty.

Szefowa weszła na salę i wywołała te nazwiska do siebie i tego typa. Po jakiejś godzinie patrzę, a on się pakuje. 

Minęły 2 tygodnie, a ja nadal pracuję.
Chyba jestem złym człowiekiem.

#8DhuQ

Miałam prawie idealne życie. Wspaniałego męża, z którym byliśmy bardzo szczęśliwi. I staraliśmy się powiększyć naszą rodzinę. Pracę, którą uwielbiałam i w której czułam się doceniana. Plany, marzenia... Jedynym problemem był Michał - kolega z pracy. Karierowicz, szowinista i psychopata. Świetny manipulator, który okręcił sobie wokół palca naszą szefową - a koleżanki traktował przedmiotowo (delikatnie mówiąc). Ze względu na jego dobre relacje z przełożoną, zespół mu ustępował i pozwalał się źle traktować. Wyjątkiem byłam ja (nie daję sobie w kaszę dmuchać). Konflikt szybko eskalował i stałam się jego wrogiem numer 1.

Po pewnej większej awanturze szefowa zakomunikowała nam: "Cenię kompetencje was obojga, jesteście dorośli, macie to rozwiązać". Kilka dni później mieliśmy wyjazd integracyjny. Wtedy też Michał - po raz pierwszy - wyciągnął do mnie dłoń na zgodę. Przysiadł się, zaproponował piwo. Widziałam, że bardzo się starał. Więc też się starałam. Piliśmy i gadaliśmy, a mi zadziwiająco szybko urwał się film - pewnie przez stres i zmęczenie.

Obudziłam się następnego dnia, w swoim pokoju hotelowym, "w opakowaniu" (wczorajszy makijaż i ciuchy), z mega kacem - również moralnym. Było mi cholernie wstyd, że "dałam się ponieść melanżowi" na firmowej imprezie. Koleżanki i szefowa za to podkreślały szarmanckie zachowanie Michała, który widząc mój stan odprowadził mnie do pokoju, nie pozwalając, bym skompromitowała się śpiąc na krześle na imprezie.

Niestety, po imprezie konflikt z Michałem trwał w najlepsze - a nawet jeszcze bardziej eskalował, jeśli to w ogóle możliwe. Z czasem przestałam się jednak tym przejmować, bo życie nadało mi inne priorytety - wkrótce miałam zostać mamą :)

Od 1,5 roku mam cudowną córeczkę. Uwielbiam ją, ale przede wszystkim jest oczkiem w głowie tatusia.

Niedawno wróciłam z urlopu macierzyńskiego. Akurat kilka dni przed kolejną imprezą firmową. Tym razem jednak nie piłam alkoholu. Pod koniec imprezy dosiadł się do mnie Michał. Wspominał poprzedni wyjazd i wyjaśnił, co właściwie się wtedy wydarzyło. Wrzucił mi pigułkę, zrobił co chciał w pokoju hotelowym, a potem doprowadził mnie w miarę do porządku, bym niczego się nie domyśliła. Dlaczego? Bo inaczej nie dałabym się zdominować. To jedyny sposób, by mógł mi pokazać, kto nad kim góruje. A teraz do końca życia będę się zastanawiać, czy to prawda.

Michał chyba nie potrafi liczyć. Ja potrafię i szybko zorientowałam się, że moja córeczka urodziła się 9 miesięcy później.

W tajemnicy przed wszystkimi zrobiłam test. Mój mąż nie jest ojcem Julki. Codziennie widzę jego szczęście, gdy się z nią bawi. I wiem, że mam dwa wyjścia - żyć w kłamstwie lub zburzyć nasze szczęście. Codziennie mnie to zabija. Prawdę znam tylko ja. I Wy.

#o3Z2t

Na stypie po babci brat taty opowiedział nam wartą przekazania dalej historię.

"Polska wieś, lata 50. Amerykanie budują rakiety, by podbić niebo, a u nas na wsi zęby wyrywa kowal.
Moja rodzina. Ojciec, matka, dziadkowie i my - czworo obsmarkanych, bosych smarkaczy.
Lato.
Brat przybiega z płaczem, że Kazek zemdlał. Idę za szopę. Kazek leży, na trawie krew.
Pytam brata co się stało. Kazek poszedł sikać i zemdlał. Zabieramy brata do domu. Matka w płacz, ojciec w złość, bo niedługo żniwa. Babcia lament, szuka gromnicy.
Wzywam wioskowego lekarza. Siwy, chudy jak wiór chłop, bada Kazka i stwierdza, że trzeba do szpitala, bo to nerki. Ojciec, pijany, wyrzuca go z domu, a ja dostaję największe w życiu lanie za sprowadzanie szatana pod nasz dach.
Noc. Kazek rozpalony rzuca się na łóżku. Czuwam przy nim chociaż wiem, że rano trzeba będzie go zostawić i iść w pole.
Podejmuję decyzję. Zaprzęgam wóz i zawożę Kazka do szpitala, prawie 30 km od domu.
Tam diagnozują guz przy pęcherzu, zapalenie nerek i zakażenie. Lekarz stwierdza, że trzeba zgody rodziców na operację, bo ja mam tylko 14 lat. Błagam go, by operował mimo to. Zgadza się. Kazek budzi się kilka godzin później. Wszystko jest dobrze.
Wracam do domu. Wychodzi do mnie matka. Ojciec nie chce nas widzieć. Wolą Boga było widzieć Kazka u siebie.
Kilka dni śpię w stodole, potem jednak wpuszczają mnie do domu, potrzeba rąk do pracy.
Po Kazka jadę kilka dni później. Słaby, ale żywy. Ojciec drze się o darmozjadach i niedojdach, które nawet nie są w stanie pracować. Opiekujemy się nim z rodzeństwem".

Kazek to mój tata. Gdyby nie wujek, nie byłoby go dzisiaj z nami. Ani mnie, drodzy Anonimowi. Mam nadzieję, że takie czasy już nigdy nie będą dla nikogo codziennością.

#SPQ8G

Z pozoru moja relacja z mamą wygląda OK. Z pozoru. Tak naprawdę w okresie dojrzewania nie wytłumaczyła mi nic. Pierwszy okres? Usłyszałam "wiesz, gdzie są podpaski?". Pierwszy stanik? "A po co ci?" Maszynki do golenia nie kupiła mi nigdy, musiałam podbierać taty.

Nie wytłumaczyła, jak powinnam dbać o higienę.

Mam młodszą siostrę, ostatnio młoda dostała okres, mama przyszła do mnie, żebym to ja z nią pogadała, bo dostała "TEGO". Nawet teraz, gdy mam 22 lata uważa, że to głupota myć się codziennie, jak siedzę akurat w domu. O depilacji już nie wspominając.
Kocham swoją mamę, dba o nas na innych płaszczyznach, jednak mam do niej trochę żal, że nie nauczyła mnie, jak być kobietą.
Dodaj anonimowe wyznanie